Geografia szczęścia. Gdzie pojechać, by znaleźć raj na ziemi?

Szukasz miejsca dla siebie?
16 minut czytania
980
2
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
24 marca 2017

W zamożnej Ameryce niewiele osób ma poczucie szczęścia, ale za to każdy nieustannie o nim mówi. W Bhutanie, maleńkim kraju w Himalajach, większość ludzi jest szczęśliwa, ale nikt na ten temat nie rozmawia. To miejsce, w którym nie występuje poczucie egzystencjalnego niepokoju, dlatego pracuje tu tylko kilku psychiatrów.

Od czego właściwie zależy szczęście: genów, szerokości geograficznej czy relacji z innymi ludźmi?

Wiele osób podróżuje w nadziei, że odnajdzie Eden – miejsce, w którym niepodzielnie króluje szczęście. Tahiti, Fidżi czy Bali, wyspy, na których chętnie spędzilibyśmy wakacje, wcale nie są najszczęśliwsze, przynajmniej dla ich mieszkańców. Jeżeli pewnego dnia znudziłoby im się spacerowanie po plaży i surfowanie, co innego mogliby robić?

Nie znieślibyśmy życia z idealną osobą, tak samo nie chcielibyśmy żyć w idealnym miejscu. Najszczęśliwsze zakątki na ziemi to te, które dalece różnią się od tropikalnego raju. Jak przestrzega bohater filmu „Spadkobiercy”, grany przez George’a Clooneya, nikogo nie powinien zwieść hawajski krajobraz: ciężar gatunkowy trudnych decyzji przygniata wszędzie tak samo, niezależnie od szerokości geograficznej.

Hawaje - Kojący krajobraz nie zawsze może uleczyć duszę
Kojący krajobraz nie zawsze może uleczyć duszę (fot. Shutterstock)

Hawaje, na których toczy się akcja „Spadkobierców”, to kraj ludzi przegranych. Żona bohatera umiera w szpitalu po wypadku, a on musi nagle zająć się córkami, z którymi nie łączą go bliskie relacje.

Szczęście narodowe brutto

Produkt krajowy brutto nie jest miarą postępu narodu, a rozkład dochodów na świecie nie pokrywa się z mapą szczęścia. PKB to suma wszystkich towarów i usług wytwarzanych przez naród w danym czasie. Paradoks polega na tym, że do osiągnięcia bogactwa danego kraju w jednakowy sposób przyczyniają się sprzedaż zarówno broni, jak i leków. PKB nie mierzy, jak to ujął Robert Kennedy, „piękna naszej poezji czy siły naszych małżeństw ani też poziomu debaty publicznej”. Zanim człowiek Zachodu odkrył banalną prawdę, że to nie dochodem PKB można najskuteczniej mierzyć zadowolenie mieszkańców, bhutański król Jigme Singye Wangchuck w 1972 roku zainicjował nową formę mierzenia potencjału narodowego – indeks szczęścia. Chodziło o wykazanie, że stopnia rozwoju i postępu kraju nie obrazują liczby, ale satysfakcja ludzi. Na początku nie spotkało się to z entuzjastycznym przyjęciem, aż do 1986 roku, gdy młody dziennikarz Michael Elliot przeprowadził z królem wywiad dla „Financial Times”. Władca Bhutanu uparcie twierdził, że szczęście krajowe brutto jest ważniejsze niż produkt krajowy brutto, a rozwój narodu należy oceniać, kierując się nie jego dochodami, ale poziomem szczęścia obywateli. Ekonomiści uznali, że król kraju położonego wysoko w Himalajch – połowa królestwa leży powyżej 3 tysięcy metrów nad poziomem morza – cierpi na niedobór tlenu, bo szczęścia nie można mierzyć, tak jak to proponował. Jednak tę nowatorską ideę zapożyczyło kilka krajów, napisano na ten temat rozprawy naukowe, a nawet zorganizowano konferencje.

Tym małym, liczącym 47 tysięcy kilometrów kwadratowych i położonym pomiędzy Chinami a Indiami krajem zachwycił się amerykański dziennikarz Eric Weiner, który objechał wszystkie kontynenty w poszukiwaniu najszczęśliwszego miejsca na ziemi. Rezultatem jego poszukiwań jest książka „Geografia szczęścia”. Autor w humorystyczny, a często ironiczny sposób opisuje, jak odmiennie jest rozumiane słowo „szczęście” w zależności od szerokości geograficznej. Odwiedził kraje uznane za najszczęśliwsze miejsca na świecie: Holandię, Katar, Tajlandię, Wielką Brytanię, Stany Zjednoczone, Indie, Bhutan, Szwajcarię i Islandię. O dziwo, trudno znaleźć między nimi jakiś wspólny mianownik, bo co może łączyć Bhutan, Katar i Islandię? Nie jest to przecież ani poziom zamożności, ani klimat, ani religia.

Władca Bhutanu uparcie twierdził, że szczęście krajowe brutto jest ważniejsze niż produkt krajowy brutto
Władca Bhutanu uparcie twierdził, że szczęście krajowe brutto jest ważniejsze niż produkt krajowy brutto (fot. Shutterstock)

– Badania dotyczące poziomu szczęśliwości lub subiektywnie odczuwanego dobrego samopoczucia dowodzą, że szczęście można kupić za pieniądze, przynajmniej do pewnej granicy. Granica ta jednak przebiega na zaskakująco niskim poziomie – jakichś 15 tysięcy dol. rocznie. Przy wyższych współczynnikach związek między dobrobytem a szczęściem gdzieś się ulatnia – pisze Eric Weiner w „Geografii szczęścia”.

Dlaczego ludzie w Bhutanie – a żyje ich tu 700 tysięcy – są szczęśliwi? Bo nie mają nierealistycznych oczekiwań. To bardzo pasuje do słów Leszka Kołakowskiego, który przekonywał: – Życie może być przyjemne i ciekawe, pod warunkiem że człowiek nie pragnie być zbyt szczęśliwy.

Pieniądze to naprawdę nie wszystko

Bhutan to pierwszy kraj, który oficjalnie rzuca wyzwanie stanowisku, jakoby pieniądze same w sobie były dobrem absolutnym, i czyni starania, by zminimalizować ich znaczenie w życiu obywateli. „Gdy zetniemy ostatnie drzewo, gdy opróżnimy ostatnią rzekę, gdy złowimy ostatnią rybę, dopiero wtedy człowiek zrozumie, że nie da się jeść pieniędzy”. Tablice z takimi napisami można spotkać na poboczach ulic w Bhutanie. Środowisko naturalne uznano tu za narodowe bogactwo i chroni się je konstytucyjnie. Kraj zobowiązał się do utrzymywania „neutralności węglowej” i zachowania lasów przynajmniej na 60 proc. powierzchni.

Telewizja istnieje tu dopiero od 1999 roku, a do 1962 roku nie było ani jednej drogi, szkoły czy szpitala. Nie było nawet narodowej waluty. Dziś władze pracują na rzecz polepszenia jakości życia ludzi, ale poprzez przedsięwzięcia niemające uzasadnienia z ekonomicznego punktu widzenia. Jak pisze Eric Weiner, dotyczy to chociażby rezygnacji z milionów dolarów z turystyki.

Król, chcąc uchronić swój, sześciokrotnie mniejszy od Polski, kraj przed skutkami inwazji turystów i jednocześnie pozyskać dewizy na rozwój państwa, ustalił bardzo wysokie ekonomiczne bariery dostępu do królestwa.

Każdy przybywający do Bhutanu gość otrzymuje swojego przewodnika, którego wynagrodzenie zostaje pokryte z 200 dolarów płaconych przez gościa bhutańskiej firmie turystycznej za każdy dzień pobytu – to danina za przywilej zwiedzania kraju. Nie da się jej uniknąć. Tylko studenci i dyplomaci mają 25 proc. zniżki. Dopiero gdy na konto bhutańskiego banku wpłyną pieniądze, wydawana jest promesa wizy. Dlatego królestwo odwiedza nie więcej niż 20 tysięcy turystów rocznie.

Bhutan, czyli raj na opak

W Bhutanie, kraju, który do 1949 roku pozostawał pod brytyjskim protektoratem, wszelkie przejawy nowoczesności są tłumione w zarodku. Działalność antykonsumpcyjna dotyczy tu absolutnie wszystkich, także króla, który nie mieszka w pałacu, lecz w willi, zaś za granicę podróżuje, korzystając z rejsowego samolotu. Lotnisko przypomina bardziej świątynię buddyjską: to mały budynek terminalu w żywych, czerwono-niebieskich barwach, ozdobiony rzeźbami. Thimphu to jedyna na świecie stolica, w której nie ma ani jednego sygnalizatora świetlnego. Na ulicach nie uświadczy się billboardów i świecących neonów. Za to są znaki z podziękowaniem za powstrzymanie się od plucia na ulicy.

Bhutan to raj na opak (fot. Shutterstock)
Bhutan to raj na opak (fot. Shutterstock)

Rząd Bhutanu zapewnia swoim obywatelom bezpłatną opiekę medyczną i edukację. To pierwszy na świecie kraj, w którym zakazano sprzedaży tytoniu, a dla marihuany znaleziono nowe zastosowanie – karmi się nią świnie. Żyje tu więcej mnichów niż żołnierzy. Może dlatego obserwuje się bardzo niski poziom przestępczości, a o morderstwach nie słyszy się wcale.

Bhutan to kraj, którego obyczaje są wywrócone do góry nogami w porównaniu z resztą świata – król chce obalić samego siebie, a trzynastka to szczęśliwa liczba.

To właśnie tu Bernardo Bertolucci nakręcił „Małego Buddę”. W jednym z pensjonatów z widokiem wartym milion dolarów mieszkał zaś Richard Gere, aktor i praktykujący buddysta. Buddyzm jest dominującą religią Bhutanu, ma też ogromny wpływ na mentalność, tradycje i zachowanie mieszkańców. Wielu tutejszych mężczyzn udaje się na medytację do maleńkich drewnianych chatek zawieszonych na stromych zboczach, do których rząd sukcesywnie doprowadza prąd. Taki duchowy trening trwa niekiedy trzy lata, a jego uczestnicy nie mają kontaktu ze światem.

Mieszkańcy zamożnych krajów są sceptyczni wobec wszystkiego, co nie przynosi efektów finansowych. Natomiast Bhutańczycy z radością poświęcają cały dzień na grę w rzutki albo na zwykłe leniuchowanie.

Problemem bywa tylko pogoda

Wbrew powszechnemu przekonaniu do szczęścia wcale nie jest konieczne słońce – kraje skandynawskie należą do najszczęśliwszych, podczas gdy mieszkańcy tropików na nadmiar szczęścia nie narzekają.

W 2016 roku, według raportu ONZ World Happiness Index, pierwsze miejsce na liście najszczęśliwszych miejsc świata zajęła Dania, drugie – Szwajcaria, a trzecie – Islandia. Dalej znalazły się: Norwegia, Finlandia, Kanada, Holandia, Nowa Zelandia, Australia i Szwecja.

Do szczęścia nie jest konieczne słońce. Dania to najlepszy kraj do życia
Do szczęścia nie jest konieczne słońce. Dania to najlepszy kraj do życia (fot. Shutterstock)

Zdaniem Kaarego Christensena, wykładającego demografię i epidemiologię na uniwersytecie w Odense, sekret szczęśliwości Duńczyków tkwi, tak jak w przypadku Bhutańczyków, w ich niewielkich wymaganiach. – Są zadowoleni z tego, co dostają. Nie mają wielkich oczekiwań wobec tego, co robią, lub tego, co się im przytrafia – przekonuje.

Na uwagę uwagę zasługuje fakt, że Szwajcarzy osiągają w rankingu miejsca wyższe niż Włosi i Francuzi. Jest to dziwne dlatego, że przecież to Francuzi wymyślili pojęcie radości – „ joie de vivre”. „Szwajcarzy spożywają ogromne ilości czekolady i istnieją pewne wiarygodne dane, że dzięki temu są szczęśliwsi – pisze Eric Weiner – Aby zbadać tę zależność, zaglądam do sklepu z czekoladą. (…) Sprzedawcy podnoszą trufle szczypczykami, jakby były to rzadkie i cenne klejnoty”.

Czy Szwajcarzy są szczęśliwi tylko dzięki smakołykom? A może sekret tkwi w tym, że nie ulegają wyśrubowanym emocjom i nie są niewolnikami entuzjazmu? Szwajcar nigdy nie powie, że coś jest doskonałe lub wspaniałe, ograniczy się jedynie do zdawkowego „jest niezłe”. Badacze zajmujący się szczęściem odkryli, że lepiej żyć pośrodku, niż nieustannie wznosić się na wyżyny, a potem z nich spadać.

Najszczęśliwsze kraje z reguły leżą w strefie klimatu umiarkowanego albo, tak jak Islandia, w pasie klimatu zimnego. Pomimo nadmiernej ciemności i zimna depresja sezonowa jest tu prawie nieznana.

Lodowate szczęście

W Islandii niepowodzenie nie wiąże się z żadnym napiętnowaniem, wręcz przeciwnie, tu podziwia się osoby, którym się nie udało. Może ponieśli klęskę, bo byli niewystarczająco bezwzględni?, zastanawia się Eric Weiner. Islandczycy stanowią jedną wielką rodzinę. Genetycy odkryli, że siedem lub osiem pokoleń temu każdy mieszkaniec wyspy był w jakimś stopniu spokrewniony z pozostałymi. Weiner pojechał tam specjalnie w czasie nocy polarnej – no bo jak można być szczęśliwym, gdy wokół tylko ciemno, zimno i drogi alkohol? A jednak można. „Nie trzeba wiele czasu, aby ślizgając się po Rejkiawiku, dojść do wniosku, że to wyjątkowo kreatywne miejsce. Zdaje się, że co drugi budynek to galeria sztuki, sklep muzyczny lub kawiarnia pełna pisarzy skrobiących Wielką Islandzką Powieść. (…) Wielcy filozofowie już dawno temu dostrzegli zależność między kreatywnością i szczęściem. Jak zauważył Kant, szczęśliwość jest ideałem nie rozumu, ale wyobraźni”.

Choć krajobraz Islandii zdaje się wielu być ponurym, mieszkańcy wyspy wcale nie narzekają
Choć krajobraz Islandii zdaje się wielu być ponurym, mieszkańcy wyspy wcale nie narzekają (fot. Shutterstock)

W ostatnich latach wiele państw osiągnęło wzrost gospodarczy kosztem rosnących nierówności, wykluczenia społecznego i niszczenia środowiska naturalnego. Ale World Happiness Raport to ranking, który ma brać pod uwagę nie tylko tempo wzrostu gospodarczego, ale i wskaźniki trudniej mierzalne, bardziej subiektywne, takie jak: wsparcie socjalne, oczekiwana długość życia w zdrowiu, wolność dokonywania wyborów życiowych, hojność, zaufanie społeczne czy korupcja.

O tym, jak wielki wpływ na końcowy wynik rankingu mają subiektywne kategorie, najlepiej świadczy fakt, że spośród trzech państw o najwyższym wskaźniku PKB per capita tylko jedno (Luksemburg) znalazło się w pierwszej dwudziestce.

Pierwszy ranking szczęśliwych krajów ukazał się w 2012 roku Od tego czasu pięć państw na świecie – Bhutan, Ekwador, Szkocja, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Wenezuela – utworzyło ministerstwa, których zadaniem jest promowanie szczęśliwości jako ważnego celu polityki społecznej.

Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
Obserwuje, słucha, czyta i podróżuje. A potem nie może się powstrzymać, żeby o tym nie napisać. Pytanie, które najczęściej zadaje, brzmi: co o tym myślisz? Interesuje ją wszystko, co niekonwencjonalne i wyprzedzające epokę. Jest żądna wiedzy, ciekawa świata i ludzi.

Od kilkunastu lat pracuje jako dziennikarka. Pisała dla takich tytułów, jak „Trendy Art of Living” czy „Dziennik. Gazeta Prawna”.

Uwielbia Włochy i mistykę. Z wielką determinacją próbuje nauczyć się włoskiego. Nie lubi zimna, tłumu i hałasu. Jest uzależniona od kina, więc wolny czas najchętniej spędza w ciemnej sali kinowej. Często jeździ na rowerze i ćwiczy jogę. Do siebie i życia podchodzi z dystansem. Czasami chciałaby być niewidzialna.
AUTOR

Komentarze