Habemus POPactum

10 minut czytania
1263
0
Jakub Ćwiek
Jakub Ćwiek
24 marca 2017
©Gianni Fiorito/Sky Atlantic/HBO

Nie do końca wiem, czego się spodziewałem po „Młodym papieżu”, gdy usłyszałem pierwsze zapowiedzi serialu. Możliwe, że trochę ostrej, kontrowersyjnej satyry w duchu animowanego „Popetown”.

W „Popetown”, gdzie – zgodnie z tym czego można się spodziewać po produkcji porównywanej do kultowego „South Park” – nie uszanowano żadnej świętości? A może raczej jednej z tych lekkich, głupkowatych opowiastek w stylu „wyluzowany Amerykanin przypadkiem wpada w wyjątkowo elitarne kręgi i musi je trochę rozruszać”? Na pewno spodziewałem się w jakiś sposób komedii z odrobiną pieprzu, ale to chyba tyle.

Informacje w sieci i publikowane materiały promocyjne wcale mi nie pomagały. Jude Law grał w sumie wszystko i jego dobór ról nie dawał żadnej wskazówki. W końcu był on już androidem-żigolakiem, amerykańskim szpiegiem, radzieckim snajperem, mrocznym czarnym ludem, a nawet gościem, który z powagą na twarzy strzela z pistoletu… zrobionego z udka kurczaka.

Reżyser i scenarzysta, Paolo Sorrentino, również mówił mi mniej niż powinien, choć jednak nieco więcej niż Law. Z jednej strony widziałem , nawet na zwiastunach, szereg motywów charakterystycznych dla jego twórczości . Wizualnie jak zawsze pięknie skomponowane kadry i montaż; jakby dawne MTV – to zanim zdurniało i kiedy jeszcze puszczało muzykę – wzięło się za tworzenie klipów do operowych arii. Muzycznie pełen eklektyzm, ale wyśmienicie zgrany z obrazem. Aktorsko, choć to akurat najtrudniej było ocenić po krótkich klipach, oszczędnie, prosto, trochę teatralnie.

Drugą stroną była jednak tematyka. Do tej pory Sorrentino zawsze opowiadał o starości, przemijaniu, powolnym blaknięciu. W dodatku, takie przynajmniej odniosłem wrażenie, raczej z ateistycznym zacięciem. A tu nagle historia o papieżu? W dodatku młodym? Zdziwniej i zdziwniej.

Jude Law jako papież, który łamie i zmienia zasady (©HBO)
Jude Law jako papież, który łamie i zmienia zasady (©Sky Atlantic/HBO)

Gdy jednak obejrzałem serial do końca, wszystkie klocki – plakaty, zwiastuny, styl Sorrentino, a nawet wybór Jude’a Lawa do głównej roli – wskoczyły na swoje miejsce. I choć nie dostałem komedii (ani ostrej, ani lekko głupawej), to pozostałe spodziewane elementy znalazły w tej opowieści swoje miejsce. Otrzymałem to, czego spodziewałem się po reżyserze – opowieść o przemijaniu, o starości, o szukaniu pomysłu na siebie i otaczający świat. Z tym, że tu starcem jest sam Kościół. Dostałem Jude’a Lawa jako przystojniaka świadomego swojej urody, wyglądu, charyzmy, ale też jednocześnie borykającego się z tym, jak mógłby go postrzegać świat. Dostałem ateizm, agnostycyzm, wątpliwości, wiarę, piękne kadry, świetną muzykę, stonowany humor, a nawet kangura!

A gdy już byłem przekonany, że to wszystko, okazało się, że dostałem coś jeszcze. To jednak uświadomiła mi dopiero niedawna lektura „Konklawe” Richarda Harrisa.

Cofnijmy się jednak troszkę w naszych rozważaniach. Chodzi o to, byśmy zauważyli, że na tę chwilę Popkultura nie do końca radziła sobie z opowiadaniem o papiestwie i Watykanie. Zwykle o następcach świętego Piotra mówiono na trzy sposoby. Albo byli oni tajemniczymi postaciami gdzieś w tle pasjonujących historii (jak choćby sir John Gielgud jako kontrowersyjny Pius XII, papież paktujący z Hitlerem), albo stanowili wcielenie zła i przebiegłości (Jeremy Irons jako Aleksander VI w „Rodzinie Borgiów”). Wreszcie sposób trzeci prezentują twórcy chociażby filmów o Janie Pawle II. I nieważne, czy mówimy tu o produkcji z Piotrem Adamczykiem, czy tej z „Nocnym kowbojem” Jonem Voightem, bo obie są tym samym – fatalnymi scenariuszowo laurkami na cześć wówczas jeszcze przyszłego świętego.

„Konklawe” pokazuje kardynałów błądzących, szukających równowagi między tradycją a nowoczesnością (fot. Wydawnictwo Albatros/IgiMag)

I o ile pierwszy sposób prezentowania głowy Kościoła bywał dość często światopoglądowo neutralny – trudno szukać głębszego przesłania w cameo sobowtóra Jana Pawła II w finale „Zakonnicy w przebraniu” czy wygłupach związanych z konklawe w uroczo głupkowatym „Eurotrip” – o tyle w sposobie drugim i trzecim szybko zrobiło się ostro.

Ograniczając się do najświeższych przykładów. Niejako w odpowiedzi na medialne uwielbienie dla Jana Pawła II, faktu, że ten wydał płytę, że pojawiał się na kubkach, koszulkach czy dedykowanych mu hagiograficznych komiksach, Robert Kirkman (tak, ten od „Żywych trupów”) wypuścił w 2000 roku swoją serię komiksową „BattlePope” opowiadającą o papieżu. Takim z twarzy jakby znajomym, który trochę skrewił, przez co Bóg otworzył bramy piekła. Głowa Kościoła dostaje jednak drugą szansę, nowe, muskularne ciało oraz pomocnika w postaci wyluzowanego Jesusa H. Christa i tak zostaje superbohaterem. Drwiny w tym co niemiara, szyderstwo przekracza granice dobrego smaku, ale komiks czyta się przednio, zeszyt po zeszycie.

Gdy w 2005 Jan Paweł II umiera, jest go oczywiście pełno we wszystkich mediach. Tak, również w związku z kontrowersjami, z żalami skierowanymi do niego i wobec jego pontyfikatu, częściej jednak w kontekście „santo subito”, z miejsca na ołtarze, a szaty i palce na relikwie. W tej atmosferze światu zostaje zaprezentowany „Popetown” czyli wspomniana już animacja opowiadająca o mieście stylizowanym na Watykan, którym rządzi niewydarzony dzieciak, który jakimś cudem został papieżem, a trzech tłustych kardynałów wpada na coraz bardziej szalone pomysły jak zarobić więcej szmalu. Nie zapominajmy też o wszystkim, co dla Watykanu zrobił swymi „Aniołami i demonami” Dan Brown. Po tej, przyznajmy, dość głupawej lekturze, zdarzało mi się spoglądać na biskupów jeszcze bardziej podejrzliwie niż zwykle.

BattlePope
Niestety – strona BattlePope.com już nie istnieje, pozostał tylko ten ślad (fot. screen /web.archive.org)

Reasumując: akcja budzi reakcję, strony się okopały i w zasadzie nic już się w temacie powiedzieć nie da. Tym bardziej, gdy miejsce bardzo medialnego papieża-Polaka zajął konserwatywny Benedykt XVI, co szukaniu porozumienia, czy choćby wzajemnego zrozumienia, nie sprzyjało.

Aż tu nagle: bum! Na papieskim stolcu zmiana, Benedykt ustępuje, zasiada Franciszek I. Już sam wybór imienia zaskakuje, bo Jezuita powołujący się na Franciszka to trochę jakby herbem wegan uczynić parujący stek. A potem robi się zabawniej, bo papież mający doświadczenie w boju z wojskowymi juntami, nie tylko zapowiada nowe porządki, ale i zaczyna je od samego siebie. Rezygnuje z apartamentów na rzecz małego pokoju, nie chce kierowców, pomników, daje przykład ubóstwa i potępia szereg dotychczasowych kościelnych praktyk. Do tego wydaje się, na ile to jest możliwe w takiej instytucji jak Kościół Katolicki, otwarty na dialog. Szok!

I tu wkracza nam nowy rozdział popkultury, która rzeczonym szokiem się żywi. Pierwszą jaskółką był właśnie serial Sorrentino, drugą – powieść Harrisa. Co je wyróżnia?

Przede wszystkim: jedno i drugie nie szydzi, stara się do tematu podejść z szacunkiem. Owszem, Law jako papież nagina zasady, wątpi a nade wszystko grzeszy, ale jednocześnie pokłada wiarę w Bogu, walczy z pokusami i szuka właściwej drogi. To, że mu nie wychodzi, że jego ludzka małość często to czy tamto przesłania, nie jest graniem kontrowersją, a urealnieniem postaci. Oto nie święty, a papież. Człowiek wybrany drogą kompromisu – może przypadkiem, może bożym tchnieniem – który chce mówić o zmianach, który boryka się z brzemieniem doktrynalnej nieomylności, z ciężarem jaki spoczywa na jego barkach. Szukając wzorów w takich postaciach jak Kubrick czy Banksy, daje świadectwo, kim chce być. By przejąć się jego rozterkami, by spróbować go zrozumieć, nie trzeba być papieżem Dokładnie tak, jak nie trzeba być królową, by zrozumieć postać Hellen Mirren wcielającą się w Elżbietę II. Chodzi o typowe ludzkie rozterki w nietypowych okolicznościach.

O zupełnie ludzkich rozterkach najważniejszego człowieka w Watykanie, można wiele się dowiedzieć z serialu HBO (fot. Gianni Fiorito /materiały prasowe ©Sky Atlantic/HBO)
O zupełnie ludzkich rozterkach najważniejszego człowieka w Watykanie, można wiele się dowiedzieć z serialu HBO (fot. Gianni Fiorito /materiały prasowe ©Sky Atlantic/HBO)

Zbędnej kontrowersyjności unika również Harris. Pokazuje kardynałów błądzących, szukających równowagi między tradycją a nowoczesnością, której nie rozumieją. Nie buduje opowieści na taniej sensacji, a jedynie pokazuje co i jaki może mieć wpływ na ten jeden z najbardziej tajemniczych obrzędów związanych z wyborami władcy, jakim jest konklawe. I pewnie, są tu pokazane problemy, jest ludzka małość, są ambicje, tajemnice, kombinatorstwo. Ale pokazywane, uważam, uczciwie, nie w brukowcowym stylu Browna. Jest w tym trochę jak Aaaron Sorkin w swoich produkcjach typu „Prezydencki poker” czy „Newsroom” – opierając się na faktach, buduje fikcyjną opowieść o tym, jak działa pewien mechanizm, jaki wpływ mają na niego ludzie i ile tak naprawdę z czasem złych rzeczy jakie się dzieją, to spiski, a ile niekompetencja i nieporozumienia.

Zmierzam do tego, że chyba uczymy się wreszcie rozmawiać o problemach, jakie Kościół ma ze sobą samym, ale i tą niewierzącą częścią świata. Dojrzewamy powoli do tego, że można o głowie Kościoła mówić bez natychmiastowej polaryzacji poglądów, bez szydzenia lub peanów. Ot, jak o człowieku. To ważne, bo chcemy czy nie, wierzymy czy niekoniecznie, Kościół ma na nas wszystkich wciąż ogromny wpływ.

Jakub Ćwiek
Jakub Ćwiek

Jakub Ćwiek (rocznik 82) – pisarz, scenarzysta, publicysta, podróżnik. Autor dwudziestu książek, w tym niezwykle popularnych serii „Kłamca” o nordyckim bogu Lokim czy „Chłopcy” o motocyklowym gangu złożonym z dorosłych pomagierów Piotrusia Pana. Słynie z nietypowych metod zarówno reaserchu (do powieści „Ciemność płonie” przez pół roku mieszkał na dworcu z bezdomnymi) jak i promocji. W latach 2012-2013 organizował „Rock and Read Festival” – książkową akcję promocyjną w konwencji rockowej trasy.


Wielki miłośnik popkultury z naciskiem na amerykańską, dziennikarz akredytowany przy San Diego Comic-Con, pomysłodawca i współorganizator projektu „Przez Stany POPświadomości”, aktywnie promującego turystykę do miejsc powiązanych z popkulturą.


AUTOR

Polecamy

Komentarze