Pionierki w fabryce snów, czyli kobieca historia Hollywood

Dyskryminacja jest stara jak... kino
13 minut czytania
1754
0
Olaszka
Olaszka
25 marca 2017

Nie od dziś wiadomo, że Hollywood to piaskownica, w której dobrze bawią się przede wszystkim chłopcy. W 2016 roku wszyscy mieli na ustach słowa “równość szans” i “dywersyfikacja”, ale statystyki mówią same za siebie.

Ze stu największych hollywoodzkich hitów ubiegłego roku, tylko jedna trzecia mogła się poszczycić główną bohaterką. Gwiazdy obsadzane w tych rolach zarabiały mniej niż partnerujący im aktorzy. Na liście najlepiej opłacanych aktorek na świecie pierwsze miejsce zajęła ulubienica Ameryki, Jennifer Lawrence, ale jej zarobki nijak się miały do wynagrodzeń starych wyjadaczy Dwayne’a Johnsona, Matta Damona czy Toma Cruise’a. Nawet Johnny Depp zgarnął więcej kasy niż 26-letnia laureatka Oscara – i to w roku, w którym reputację aktora mocno nadszarpnęły oskarżenie o przemoc domową i głośny rozwód, a jego rola w drugiej części burtonowskiej sagi o “Alicji w Krainie Czarów” doczekała się dwóch nominacji do Złotych Malin.

Kiepskie statystyki Hollywood

Ale to jeszcze nic w porównaniu z tym, co działo się za kulisami. Amerykańska badaczka Dr. Martha M. Lauzen wzięła pod lupę 250 najbardziej dochodowych amerykańskich filmów zeszłego roku i przeanalizowała udział kobiet w ich tworzeniu. Okazało się, że tylko w 7 proc. przypadków za kamerą stała kobieta. 92 proc. filmów nie miało ani jednej reżyserki, a 79 proc. żadnej montażystki. Przy 77proc. scenariuszy pracowali sami faceci. Niektóre elementy produkcji filmowej okazały się niemal całkowicie zdominowane przez specjalistów płci męskiej.

Spośród osób odpowiedzialnych za zdjęcia, reżyserię dźwięku czy skomponowanie ścieżki dźwiękowej kobiety stanowiły marne (i dość zatrważające) 3 proc. Wygląda na to, że chociaż celebryci odmieniają “równouprawnienie” przez wszystkie przypadki, a media biją na alarm i nakazują przemysłowi filmowemu poważnie się nad sobą zastanowić, to statystyki prawie nie drgnęły od 20 lat i są równie przygnębiające co w 1998 roku.

Ulubienica Ameryki - Jennifer Lawrence - zarabia świetnie, ale jej zarobki nie umywają się do kwot przelewanych na konta jej kolegów po fachu
Ulubienica Ameryki – Jennifer Lawrence – zarabia świetnie, ale jej zarobki nie umywają się do kwot przelewanych na konta jej kolegów po fachu (fot. Helga Esteb/Shutterstock.com)

Co ciekawe, parytet w świecie filmu nie jest trudnym do wprowadzenia w życie ideałem, a po prostu dawnym stanem rzeczy. Mało kto wie, że w epoce filmu niemego obecność kobiet w przemyśle filmowym była normą, a nie wyjątkiem od reguły. Raczkujące Hollywood chętnie karmiło się kobiecym talentem. Nie było mowy o przebijaniu się przez celuloidowy sufit – kobiety nie bały się pełnić kluczowych funkcji, a studia nie bały się im ich powierzać.

Pionierki filmowej rewolucji

Za pionierkę reżyserii uważa się Francuzkę Alice Guy-Blaché, której krótkometrażowa “Kapuściana wróżka” z 1886 roku uznawana jest za pierwszy narracyjny film w historii. Po przyjeździe do Stanów Zjednoczonych Guy-Blaché założyła własną firmę produkcyjną i przetarła szlaki dla cenionych amerykańskich filmowczyń, takich jak Lois Weber i Dorothy Arzner. Warto podkreślić, że kobiety od samego początku zaangażowne były we wszystkie etapy produkcji filmowej, od organizacji castingu po promocję i szeroko pojęty PR.

W 1923 roku magazyn The Business Woman opublikował listę filmowych profesji wykonywanych przez kobiety. Na liście znajdowało się aż 29 zawodów, w tym: reżyserka, aktorka, scenografka, kostiumografka, scenarzystka, montażystka i producentka. W tamtym okresie struktura i podział pracy na planie nie były tak sztywne jak dziś – reżyseria często przechodziła w montaż, a praca nad scenariuszem w produkcję. Aktorka grająca drugoplanową rolę mogła jednocześnie zajmować się księgowością albo projektowaniem kostiumów. Takie rozwiązania są dziś nie do pomyślenia, ale wtedy bardzo odpowiadały twórczyniom dążącym do jak najszerszych kompetencji i jak największej sprawczości.

Wielkie gwiazdy też rzadko zadowalały się byciem wyłącznie twarzą filmu. Na ekranie zdominowane przez mężczyzn, kruche i omdlewające, za kulisami grały pierwsze skrzypce: rządziły planem, kierowały produkcją, negocjowały umowy.

Mary Pickford – od aktorki do producentki

Aktorka Mary Pickford, którą historia zapamiętała jako ślicznotkę z loczkami z filmów DW Griffitha, w rzeczywistości była marką i siłą twórczą pokroju Charliego Chaplina. Jako nastolatka rzadko odmawiała ról (między 1909 a 1910 zagrała w osiemdziesięciu produkcjach!) by zapewnić sobie rozpoznawalność, a gdy tylko okrzyknięto ją gwiazdą, natychmiast zażądała podwyżki i wymogła na studiu, żeby jej nazwisko pojawiało się na ekranie. Jednak celem Pickford od początku była nie tylko sława i mocna pozycja, ale i twórcza autonomia.

Mary Pickford
Mary Pickford (fot. iryna1/Shutterstock.com)

W 1916 roku dwudziestoczteroletnia aktorka sama zajęła się produkcją, stawiając przede wszystkim na ekranizacje progresywnych, reformatorskich książek pisanych przez kobiety. Później, od 1919 współtworzyła pierwszą niezależną wytwórnię filmową United Artists, nieformalnie jej szefując i wyznaczając kierunek jej rozwoju. Pickford była niekwestionowaną pionierką, ale nie odosobnionym przypadkiem. Dbanie o własne interesy, kontrolowanie własnego wizerunku i dążenie do artystycznej samorealizacji było powszechną praktyką wśród największych gwiazd pokroju Lillian Gish czy Normy Talmadge.

Męska dominacja lat trzydziestych

Schyłek “kobiecej epoki” Hollywood zbiegł się z początkami kina dźwiękowego w latach trzydziestych. Wraz z rozwojem technologii, praca w przemyśle filmowym stawała się coraz bardziej prestiżowym zajęciem, więc o kluczowych zawodach i stanowiskach zaczęto nagle mówić, że to “robota dla mężczyzny”. Studio Universal Pictures, które w drugiej dekadzie XX wieku miało na swoim koncie aż 170 filmów wyreżyserowanych przez 11 kobiet, teraz nawiązywało współpracę wyłącznie z mężczyznami.

Na kolejną produkcję Universalu wyreżyserowaną przez kobietę trzeba było czekać do 1982 roku. Proces maskulinizacji Hollywood przebiegł tak pomyślnie, że o tworzącym przed stu laty Chaplinie słyszało każde współczesne dziecko, a nazwiska kobiet odpowiedzialnych za rozwój i komercyjny sukces kina dziś brzmią zupełnie obco. Pionierkami nazywa się teraz reżyserki Jane Campion, Kathryn Bigelow czy Avę DuVernay, nie wiedząc że drogę do ich sukcesu utorowały całe zastępy twórczyń z początku ubiegłego stulecia.

Te kobiety zasługują na to by ocalić je od zapomnienia – nie tylko ze względu na zasługi i niepodważalną wartość swojej pracy, ale również po to, żeby Hollywood, zapytane o seksizm, przestało bezradnie rozkładać ręce. Bo to nie jest tak, że przemysł filmowy ma męskość w genach, a kobiecość jest cechą nabytą, i to w męczarniach. Z tym wtórnym seksizmem naprawdę można się uporać. Trzeba tylko poszukać inspiracji – najlepiej u korzeni.

Olaszka
Olaszka
Jazgotliwa feministka, ale w sumie miła. Od lat tkwi w miłosnym trójkącie z Warszawą i Londynem. Na stałe mieszka i pracuje w internecie. Wierzy w przyjaźń damsko-damską i zbawienną moc oversharingu. Nie wierzy w tematy tabu. Lubi palmy, używane książki i kawiarnie z miękkimi fotelami.
AUTOR

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *