Dlaczego odmawiam stania w kolejce do Kaplicy Sykstyńskiej

Przeciwko fast-turystyce
6 minut czytania
1469
45
Kasia Nowakowska
Kasia Nowakowska
11 kwietnia 2017

Rzym. Plac Świętego Piotra wypełniony jest słońcem. Oraz ludźmi, którzy stoją w długaśnej kolejce, by za dwie-trzy godziny (minimum) wejść do bazyliki i spoza pleców tych, którzy weszli wcześniej podziwiać arcydzieła Berniniego. Potem ten sam numer (kolejka trochę krótsza, góra dwie godziny) przy Kaplicy Sykstyńskiej i już można – posuwając się jednokierunkowo w karnym tłumie – popatrzeć na freski Michała Anioła.

A ja dziękuję, nie chcę. Nie interesuje mnie zwiedzanie w kolejce.

Demokratyczna turystyka dla wszystkich

W czasach sprzed turystyki masowej (przypomnę, że pierwsza masowa wycieczka została zorganizowana przez Thomasa Cooka w 1841 r.) podróżowanie było skomplikowane i drogie, co za tym idzie dostępne nielicznym: bogatym i dysponującym wolnym czasem klasom wyższym. Od połowy XIX wieku turystyka, napędzana przy tym mitem romantycznego wędrowca, który błąka się po nieznanych i zapomnianych miejscach, chłonąc ich ducha i atmosferę, z jednej strony ogromnie się zdemokratyzowała, z drugiej zaś rozwinęła w ogromny przemysł, który generuje 10 procent globalnego produktu brutto i w którym pracuje co 11. człowiek na świecie.

Forum Romanum
Żeby zobaczyć słynne miejsca bez tłumów trzeba po prostu oglądać zdjęcia (fot. Shutterstock)

Ten pierwszy aspekt zdecydowanie mnie cieszy. To że mamy tanie linie lotnicze, tanie hotele i biura podróży jest ekstra. Świat stoi przed nami otworem i wszystkie wspaniałe miejsca znane z literatury, filmów lub albumów ze sztuką każdy zainteresowany może teraz odwiedzić osobiście. Jednak druga strona medalu nie jest już tak piękna: zwiedzanie stało się kolejnym globalnym fast-foodem, w którym jak na taśmie przesuwa się ogromne masy ludzkie, by jak najwięcej osób (brzęk kasy) mogło zaliczyć kolejny (jeden z wielu) obowiązkowy punkt na liście Rzeczy-Które-Trzeba-Zobaczyć. Szybko, karnie, wiecznie w tłumie, bo wszyscy mają te same punkty na liście i po prostu muszą tego Michała Anioła na własne oczy zobaczyć, bo jak nie to wycieczka nie będzie prawidłowo zaliczona. Cały wyjazd nieważny.

Turystyczny produkt taśmowy

A ja nie chcę. Nie chcę stać przez dwie godziny w palącym słońcu, by przez chwilę popatrzeć na wspaniałe malarstwo czy rzeźbę, czując przy tym, że ktoś chucha mi w kark i starając się na nikogo nie wpaść i pilnować torebki, bo wiadomo, jak to w tłumie… Zamiast tego wolę posiedzieć przy kawiarnianym stoliku (w cieniu) i wypić karafkę wina, gapiąc się na ulice i domy. A jeszcze bardziej lubię iść w deszczu, mało uczęszczaną Via Appia Antica (tak mało uczęszczaną, że nie ma tam chodnika i kierowcy patrzą na ciebie jak na wariatkę, ale z uprzejmości nie przejeżdżają) i zwiedzić zdecydowanie mniej oblegane Katakumby św. Kaliksta. Tak, też miejsce od a do zet turystyczne, podane na tacy, z kasą (brzęk!), toaletą i całym turystycznym sztafażem, ale jednak umożliwiające jakąś własną refleksję, a nie tylko karne przesuwanie się na taśmie.

Rzym - Kaplica Sykstyńska
Warto obejrzeć to na żywo. Ale czy trzeba czuć przymus? (fot. Shutterstock)

Nie jestem naiwnym backpackersem, któremu się wydaje, że może uciec przed machiną turystyki w jakieś “egzotyczne i nieznane”. Takich miejsc już prawie nie ma i żeby do nich dotrzeć trzeba naprawdę przedzierać się przez dżunglę czy inne Himalaje. Ale nawet dla zwykłego turysty z taniego lotu dostępne są miejsca, w których da się myśleć i oddychać. Są nawet takie, gdzie można (po uiszczeniu opłaty w kasie) cały dzień błądzić wśród starożytnych ruin jak jakiś cholerny Caspar David Friedrich i w tym czasie spotkać może ze dwie inne żywe dusze (o ile na samym początku zręcznie wyminie się wycieczkę niemieckich emerytów). Byłam już w kilku takich miejscach i wspominam je jako najciekawsze, najmocniej przeżyte punkty mojego programu zwiedzania.

Internet na pomoc

Powie ktoś może, że głupio porównywać freski Michała Anioła z jakimiś prymitywnymi malowidłami w katakumbach – nie ta klasa dzieła, nie te wrażenia. A jednak. Wolę zobaczyć na własne oczy coś mniej znanego, mniej wybitnego, ale ciekawego – przy czym będę mogła się zatrzymać, co będę mogła sobie jakoś przyswoić, zamiast przesuwać się krok za krokiem, by kolejny spragniony sztuki turysta nie oskrobał mi marchewek. Zresztą freski z Kaplicy Sykstyńskiej sfotografowano i opisano w detalach. Ba! Muzeum Watykańskie umożliwia nawet wirtualny spacer po kaplicy – jakże przyjemnie pustej! W realu nie będę miała nawet cienia szansy, by przyjrzeć się widocznym tu detalom, bo zasłoni mi je tłum innych zwiedzających.

Via Appia
Romantyczny spacer przez Via Appia? Poproszę! (fot. Shutterstock)

Nie cieszy mnie bezrefleksyjne i taśmowe oglądanie sztuki. Wolę świadomie zrezygnować z kilku punktów programu z “obowiązkowej” listy, jeśli wymaga to stania w kolejce i zwiedzania zza czyichś pleców. Bo w taniej, masowej turystyce lubię tylko to, że jest tania, a nie to że jest masowa! (Tak, wiem że to się łączy).

Kasia Nowakowska
Kasia Nowakowska
Od ponad dziesięciu lat "robi w słowie" jako dziennikarka, blogerka, felietonistka. Była redaktor naczelną internetowego serwisu dla kobiet Foch.pl i współzałożycielką BACHORA, humorystycznego magazynu dla sfrustrowanych rodziców. Ma za sobą pracę w prasie papierowej (m.in. Dziennik, Przekrój, Machina), ale bez trudu przeniosła się do internetu i tu czuje się u siebie. Nałogowo ogląda seriale, tłumaczy gry i komiksy, uwielbia przeprowadzać wywiady (i nienawidzi ich potem spisywać). Zwierzę miejskie, matka dzieciom (sztuk dwie) i fanka Davida Bowiego.
Put on your red shoes and dance the blues.
AUTOR

Komentarze

45 odpowiedzi na “Dlaczego odmawiam stania w kolejce do Kaplicy Sykstyńskiej”

  1. Pierwszy raz zetknąłem się z tym zjawiskiem bodaj w Figueres, ze szkolną wycieczką kilka godzin spędzając w kolejce po bilety, by w takiej samej kolejce przeciskać się przez korytarze i pokoje domu Salvadora Dalego, popędzani przez pracowników co chwila, jak się ktoś za długo zawiesił przy jakimś rysunku czy rzeźbie. Potem Walencja i jeszcze absurdalniej dłuższa kolejka do Św. Graala… w postaci pucharka oglądanego przez kratę z odległości 20 metrów i z takiego dystansu nie różniącego się niczym od podstawka do jajka na miętko.

    Potem spore rozczarowanie Kanarami, zabetonowanymi aparthotelem na aparthotelu, zatłoczonymi rozechlanymi masami (nie)pracującymi zachodniej Europy, z hiszpańską obsługą sfrustrowaną nimi do tego stopnia, że wprost promienieli ze szczęścia dowiadując się, że jesteśmy z Polski. Na szczęście wypożyczyłem na Gran Canarii samochód i z tego klatkowego chowu wyjechaliśmy w głąb wyspy, aż na Szczyt Śniegów. Fajnie było siedzieć na parkowej ławeczce w Mogán i nasłuchiwać jak z okna miejscowego domu kultury dobiegają strzępy okrzyków grających w bingo lokalsów.

    Jakie to szczęście, że przy swoim całym, przyrodniczym przede wszystkim, uroku moja wieś jest w umiarkowanym stopniu dotknięta masową turystyką. Owszem, Dublin bywa w niektórych miejscach nieco tacky & touristy, ale wystarczy skręcić w boczną uliczkę, ominąć bezdomnego narkomana i obławę na gang Kinahana i zupełnie inny świat. A poza miastem to dopiero bajka.

  2. „A ja nie chcę. Nie chcę stać przez dwie godziny w palącym słońcu, by przez chwilę popatrzeć na wspaniałe malarstwo czy rzeźbę […] Zamiast tego wolę posiedzieć przy kawiarnianym stoliku (w cieniu) i wypić karafkę wina, gapiąc się na ulice i domy. A jeszcze bardziej lubię iść w deszczu, mało uczęszczaną Via Appia Antica”

    A ja nie chcę, po co się tłuc na drugi koniec świata, żeby się nawalić. Zamiast tego wolę posiedzieć w domu w kapciach i brudnym podkoszulku i wypić flaszkę, gapiąc się przez okno na frajerów chodzących w deszczu. 😀

      • Dobrze schłodzone karafki vino de mesa tinto potrafią być zdradliwe. Oczywiście wpierw należy ustalić, co rozumiemy przez ‚nawalenie’: czy już wyrażny szum w głowie i uciekające zabawnie momenty, czy dopiero pełzanie ryłem po krawężniku przy wykorzystaniu własnych wymiocin jako środka poślizgowego. 😉

        W każdym razie Foch You poruszył ciekawą kwestię turystycznej teleologii. Pewnie każdemu podróżnikowi przydarzył się ten moment, kiedy siedzi na ławce gdzieś w pozornie obcym miejscu, stara się przez różowe okulary wakacjusza przyjrzeć codzienności przechodniów i dostrzeć niecodzienność, ale nie może. No jakby nie przekrzywić głowę, to ludzie chodzą na dwóch nogach, mężczyźni najczęściej w spodniach, kobiety z długimi włosami. Rozmawią albo i nie – mimo językowej bariery można wyczuć, że to nie aż tak istotne rozmowy. I się zastanawia co tu właściwie robi, tyle mil od domu, popijając w zasadzie tak samo smakującą kawę i zagryzając podobnie słodkim ciachem, nazwę którego wcześniej wygooglował sobie.

          • Aż mi się przypomniało ‚Stranger than Paradise’ Jarmuscha. Też się w sumie odprężam przyglądając oczywistościom z przekrzywioną głową, bez konieczności powrotu do domu/pracy na daną godzinę.

          • O to, to. Ten brak konieczności jest kluczowy. tego szukam w wyjazdach. Stanie w kolejce, czy zwiedzanie na czas jest zaprzeczeniem tej idei 🙂

          • Bo relaks to stan umysłu. Przycupnąć sobie na luziku w niszy między budynkami przy jakiejś kobiecokształtnej statui z widelcem na głowie i gapić się na stalowordzawy posąg smoka rodem z South Parku po drugiej stronie ulicy, popijając kawkę z Lavazzy prowadzonej przez prawdziwych wychudłych, rozlewniwionych Włochów. Takich co po angielsku jeszcze nie bardzo i manierą wszechpomocnego superprzyjacielskiego baristy z Midwestu nie obrośli. I dopiero w domu dowiedzieć się, że siedziało się pod rzeźbą Miró i wpatrywało w rzeźbę Pablo. A inni niech się tłoczą pod Fasolką i włażą jeden drugiemu w kadr, aż się trzeba opędzać kijkiem do selfików.

          • Gdzieś w małym, uroczym miasteczku w górach Andaluzji – usiąść w małej, lokalnej kawiarence na uboczu, zamówić gaspacho w szklance, oprzeć się wygodnie, patrzeć na wspaniały krajobraz gór, słuchać smętnych piosenek granych przez lokalnego grajka na gitarze, czuć chłodny wiatr od gór na twarzy. Zamawiać sernik z sokiem truskawkowym pół po hiszpańsku, pół po angielsku – bo obsługa tak mówi po angielsku, jak ja po hiszpańsku; ale i tak się dogadamy z uśmiechem.
            Taka mała chwila, kiedy w głowie coś przeskakuje i czas się zatrzymuje. I zostaje w głowie na bardzo długo.

          • Andaluzja: półdzikie psy co wchodzą do namiotu i nalegają, żeby z tobą spać. A rano zupełnie cię nie pamiętają. Olbrzymi owczarek niemiecki z czerwoną chustą na karku, mijany na górskiej ścieżce i patrzący takim ludzkim wzrokiem, jakby chciał spytać: ‚co tu robicie, chłopaki?’

      • A czy Tobie ktoś narzuca styl życia i każe biegać po kaplicach sykstyńskich? 🙂 Ja akurat tam byłem, zwiedzałem sobie pomału i ze zwracaniem uwagi na detale, bez poczucia że ktoś mnie goni czy do czegokolwiek zmusza. Ale ja na takie wyjazdy jeżdżę poza sezonem turystycznym.

        • Trochę tak, trochę jest to narzucony styl życia – tak się zachowuje współczesny człowiek: jedzie, zwiedza, odhaczając punkty z listy. Wolę – gdy mam wybór – być flaneurem, przechadzającym się niespiesznie. Wyjazdy poza sezonem praktykuję, ale akurat tutaj termin był zdeterminowany koncertem, na który się wybieraliśmy 🙂

          • Ja też wolę być flanelem 🙂 . Nie wiem, nie mam takiego narzuconego stylu życia, nie czuję tego. Kiedy mam ochotę, jadę sobie do jakiegoś miasta i zwiedzam po swojemu z przewodnikiem książkowym w ręku – wybierając to, na co danego dnia mam ochotę. Jeśli w jakimś mieście jest znana galeria, ale też wybitna cukiernia z rurkami z kremem – to wstając rano mogę zdecydować, że pójdę na rurkę z kremem i nikomu nic do tego. Jest też kilka miejsc, w których już byłem – ale wrócę, bo je lubię; to przykład muzeum historycznego w Heraklionie, albo Sieny.
            Nie wiem, może ja inaczej podchodzę przez mieszkanie w kilku różnych krajach z rzędu.

          • Rzecz jasna, można temu stylowi życia nie ulegać, ale to osobna kwestia. Masowa turystyka oferuje bowiem równie masowo powielane scenariusze działań. Tak, własna inwencja, wiedza, czasem dobre przygotowanie a czasem spontaniczne decyzje pozwalają zaznać czegoś innego. Tym niemniej można po prostu chcieć zobaczyć Kaplice Sykstyńską ale zrejterować na widok kolejki 🙂

          • Kwestia przygotowania. Wiedząc o kolejkach do Muzeum Watykańskiego i z góry zakładając, że spędzę tam cały dzień – przyszedłem tam przed otwarciem. Kolejka składała się może z 10 osób; w momencie otwarcia stało za mną grubo ponad sto osób (nie liczyłem, długa linia ludzi). Wystarczyło na jedną noc znaleźć nocleg w okolicy. Efekt uboczny – piękne zdjęcia nocne z Placu Św. Piotra, kiedy nie było już tłumów i nie było już gorąco.

          • Dobrze napiszę to: Ty umiesz zwiedzać. Ja nie. Kłaniam Ci się. Wystarczy? 🙂

          • A po co się kłaniać? Ja akurat trafiłem na dobry moment, akurat było miejsce w hostelu niedaleko. Akurat zdecydowałem tego konkretnego dnia na to konkretne muzeum. Nie planowałem nocnych zdjęć Watykanu – a po intensywnym dniu zwiedzania wieczorem nie chciało się nigdzie dalej chodzić, stąd udało się właśnie tak.
            Może Tobie akurat uciekł właściwy autobus sprzed nosa, albo po drodze zapatrzyłaś się na pięknie oświetlony budynek i masz zupełnie inne wspomnienia – czy to znaczy, że gorsze? Nie uważam, żeby zwiedzanie musiało przebiegać tak a nie inaczej. Każda podróż, która daje radość podróżującemu – jest właściwa. Będziesz chciała, to kolejnym razem zobaczysz coś innego.

          • No i o tym jest mój tekst. Że chcę zwiedzać, co chcę, chcę móc się zagapić albo łazić swobodnie aż nogi rozbolą, a wtedy usiąść i napić się kawy czy czegoś. Nawet jeśli to oznacza, że będąc w Rzymie (czy jakimś innym mieście/wiosce/atrakcji turystycznej) nei zobaczę czegoś z żelaznej listy Rzeczy-Które-Trzeba-Zobaczyć. Nie twierdzę, że ktoś mnie pod bronią zmusza do zwiedzania tych Rzeczy-Które-Trzeba-Zobaczyć. Nikt oprócz poradników, przewodników, folderów oraz niekiedy własnych marzeń i chęci. Z których rezygnuję bez żalu na widok tłumów, kolejek i selfie sticków 🙂

          • Tylko tekst jest jakiś taki konfrontacyjny, jakbyś została powszechnie odsądzona od czci i wiary po przyznaniu się, że nie widziałaś Obiektu KS. Przecież to Rzeczy-Które-Warto-Zobaczyć, ale nikt nie zmusza.
            Jeśli chodzi o oglądanie na żywo, to pamiętam jak piorunujące wrażenie zrobił na mnie obraz „Narodziny Venus” – mimo, że znałem z reprodukcji czy zdjęć, to jednak są pewne detale które widać dopiero własnymi oczyma. Dlatego polecam, ale jeśli ktoś wybierze tiramisu w kawiarni nad rzeką Arno – nie widzę powodu, żeby uważać, że zrobił źle.

          • Jest konfrontacyjny, bo skonfrontowana z nieprzyjemną rzeczywistością postanowiłam dać jej odpór. Na piśmie. Tym się w życiu zajmuję 🙂

          • Czyli nikt na to nie zwrócił uwagi, to postanowiłaś wymyślić problem i się dzielnie z nim rozprawić? Co za heroiczna postawa, no no!

          • Jak tak dalej będzie się z Tobą droczył, to jeszcze rozstroju żołądka dostaniesz i smażone potrawy będą musiały pójść w odstawkę.

          • Te telefony, coraz cwańsze dranie. Najwyraźniej uznał, że jesteś niepoprawna. Ale co się mu dziwić? 😉

          • A zachwytów nad Rzeczami-Znanymi-Widzianymi-Na-Żywo to pamiętam długie godziny w Musee d’Orsay spędzone na wgapianiu się w różne obrazy Van Gogha. Siadałam na ławeczce vis-a-vis i patrzyłam se do syta. Ale to było 20 lat temu, do muzeum weszłam z ulicy, w środku też nie było tłumu. Dziś tam też są kolejki i możliwe że zrezygnowałabym na ich widok 🙂

          • > Tym niemniej można po prostu chcieć zobaczyć Kaplice Sykstyńską ale zrejterować na widok kolejki 🙂

            Boss move.

  3. W niektórych miejscach rozwiązaniem może być po prostu odpowiedni dobór terminu wyjazdu. Na przykład Ateny i ogólnie Grecja – nawet w zimowych miesiącach pogoda jest jak najbardziej znośna dla mieszkańców mroźnej Północy. Jasne, będzie trochę niedogodności – pora zwiedzania w wielu miejscach będzie kończyć się kilka godzin wcześniej niż latem, przy wycieczkach w miejsca nieco oddalone od większych ośrodków trzeba się liczyć z koniecznością kilkukilometrowego spaceru (Mykeny), ale za to turystów praktycznie brak.

    • Sporo też zależy od miejsca. Co tu dużo mówić, stara Europa jest przeładowana turystycznie, czego nasmutniejszym przykładem jest chyba Wenecja. Zdecydowanie przyjemniej dzieła Picassa, Van Gogha, francuski impresjonizm, klasyczne malarstwo włoskie i modernizm w architekturze ogląda się za Wielką Wodą. Do tego dostępność otwartych przestrzeni i bezkresnego nieba nieporównywalna z niczym w Europie, może poza mniej zaludnionymi rubieżami wschodnimi.

  4. Jeśli stykam się z takim tłumem oglądającym zamkniętą atrakcję turystyczną, to mam wrażenie, że zawalili organizatorzy, wpuszczając za dużo osób na raz. W zeszłym roku w muzeum Prado byłam na wystawie Boscha i nie dało się jej oglądać mimo sprzedawania biletów na określone godziny.

    Z punktu widzenia turysty, problem można zmniejszyć wybierając np. wczesne godziny poranne. W Bazylice św. Piotra o 7:00 rano było całkiem pusto. Inną metodą na ominięcie kolejki przy kasie jest kupno biletów przez internet, ewentualnie korzystanie z kart miejskich, które dają pierwszeństwo przy wejściu.
    Zresztą takich największych obleganych atrakcji w konkretnym mieście nie ma zbyt dużo np. w Pradze widziałam dziki tłum w katedrze, ale w muzeum obok już nie.

    • Tak, tak, znam te światłe porady: bądź tam o 7 rano, by uniknąć tłumów. Ale o 7 rano na przyjemnej wycieczce wolę robić coś innego, między innymi spać 🙂 Co do kupowania biletów przez internet itd – zgoda, czasem to ułatwia sprawę. A czasem stoisz z tym biletem w kolejce… 🙂

Dodaj komentarz