„Ghost in the Shell”. Wizualna uczta

Tylko na dużym ekranie
6 minut czytania
840
16
Marcin Zwierzchowski
Marcin Zwierzchowski
5 kwietnia 2017

Rupert Sanders ani nie nakręcił nowego „Łowcy androidów” czy „Matrixa”, ani nie przeszczepił do filmu – nomen omen – ducha oryginalnej mangi, a później kultowego anime „Ghost in the Shell”.

Dał nam za to świetne kino akcji, z niezwykle bogatym i olśniewającym wizualnie tłem fantastyczno-naukowym.

Wizualne cacko

Film Sandersa wypada dużo lepiej, jeżeli oceniać go bez oglądania się na kwestię ekranizacji. Bo odsunąwszy na bok myśli o oryginale, przyglądamy się „Ghost in the Shell” ze Scarlett Johansson jedynie w kategorii hollywoodzkiego blockbustera SF. Trzeba więc wtedy chwalić niezwykle pieczołowicie zaprojektowany świat niedalekiej przyszłości, gdzie to granica między człowiekiem a maszyną staje się płynna, w efekcie czego coraz trudniej o ludzi nie posiadających cybernetycznych ulepszeń.

Ghost in the Shell
Scarlett Johansson jest posągowa (Fot. mat. promocyjne ©UIP)

Trzeba pochylić czoła przed pracą scenografów, kostiumologów i speców od efektów specjalnych, którzy wspięli się na wyżyny swojej sztuki, dostarczając nam film po prostu piękny, gdzie każde ujęcie to wizualna orgia – z jednej strony wszystko wygląda tu niezwykle realistycznie, z drugiej poziom szczegółowości jest tak wysoki, że jeden seans nie wystarczy, by wyłapać wszystkie elementy tej wizji; dawno już nie było w kinach filmu fantastyczno-naukowego zaprojektowanego tak oszałamiająco dobrze, że podczas seansu widza nachodzi ochota, by niektóre ujęcia zatrzymywać i analizować, by przewijać i powtarzać wybrane sceny, tylko po to, by cieszyć nimi oczy.

Przy czym reżyser jest tu silny siłą anime Mamoru Oshiego, z którego czerpał pełnymi garściami zarówno jeżeli chodzi o projekty kostiumów i gadżetów oraz wygląd postaci, jak i konkretne ujęcia i pracę kamery. „Ghost in the Shell” to po prostu techniczne i wizualne arcydzieło, które im na większym ekranie jest oglądane, tym lepiej.

Piosenka z tekstem…

Na szczęście nie jest to przy tym efektowna wydmuszka, jak choćby obrazy z serii „Transformers” czy „Szybcy i wściekli”, bo opowieść o Mirze Killian, pani major, czyli kobiecie, której mózg umieszczono w ciele maszyny, prowadzona jest nad wyraz sprawnie, cierpliwie, z wieloma scenami akcji, a jednak przy spokojnym tempie.

Ghost in the Shell
Scarlett Johansson uspokaja tempo (Fot. mat.promocyjne ©UIP)

Sanders też bardzo umiejętnie wprowadza widza w świat przyszłości, stopniowo dokładając kolejnych bohaterów i rozbudowując tło, tak że nie sposób się w tym wszystkim pogubić. Udaje mu się przy tym coś, na czym poległ przy wcześniejszym swoim filmie fantastycznym, „Królewnie Śnieżce i Łowcy” – sprawia, że wierzymy, iż pokazany nam świat jest większy, niż ta jedna opowiadana w filmie historia. Czyni to więc przyszłość według „Ghost in the Shell” bardziej realistyczną.

I lekko fałszującą melodią

Solidną łyżką dziegciu jest wśród tych pochwał fakt, że przy wielu zaletach obrazu Ruperta Sandersa, film ten nie sprawdza się jako opowieść o relacji człowiek-maszyna, bo akurat te kwestie przekazuje się widzom w sposób łopatologiczny (irytujące używanie słów „ghost” w znaczeniu „dusza” i „shell” w znaczeniu ciało w niemalże każdej scenie, w której jest to możliwe, oraz w kilku, gdzie wpycha się to na siłę), czy to w rozmowach Miry z doktor Ouelet, czy w monologach wewnętrznych pani major – tu podkreślić trzeba, że końcowe konkluzje bohaterki, już po finale, to stek pustych bzdur rodem z „Psychologii dla nierozgarniętych”.

Ghost in the Shell
Fot. mat.promocyjne ©UIP

Ratuje „Ghost in the Shell” fakt, że takich momentów jest mało, ponieważ skupiono się na wątku poszukiwania terrorysty Kuzego i prezentowaniu tej cyberpunkowej przyszłości, jednocześnie jednak to właśnie zaważyło na fakcie, że film Sandersa, choć – co trzeba podkreślać – olśniewający wizualnie, nie może z podniesionym czołem stanąć na przykład obok „Łowcy androidów”. Czy nawet kultowego anime, z którego wyrósł – dlatego fani oryginałów mogą być zawiedzeni, zapewne donośnie wybrzmią głosy, że akurat tej skorupie ducha jest brak. Nie zmieni to jednak faktu, że tak pięknej skorupy w kinach dawno nie widzieliśmy, zaś od czasu „Dredda” z Karlem Urbanem nie było tak dobrego filmu akcji SF.

Marcin Zwierzchowski
Marcin Zwierzchowski

Jestem stałym współpracownikiem”Polityki”, redaktorem „Nowej Fantastyki”, regularnie publikuję także w serwisie naEKRANIE.pl oraz w Lubimyczytac.pl. Od czasu do czasu piszę również dla „Gazety Wyborczej”, a do niedawna moje teksty ukazywały się w „Dzienniku Gazecie Prawnej”. Aktualnie jestem project managerem w Storytel Original.


AUTOR

Polecamy

Komentarze