Jak tłumaczyć dzieciom, że mięso na talerzu nie jest ze sklepu?

Trudne rozmowy z młodymi ludźmi
11 minut czytania
1763
3
Kamila Łońska-Kępa
Kamila Łońska-Kępa
25 kwietnia 2017

Chyba każdy z nas w dzieciństwie usłyszał od mamy lub babci: „chociaż mięso zjedz, a ziemniaki zostaw”. Zastanawialiście się kiedykolwiek, skąd wzięło się to powiedzenie, powtarzane w tak wielu domach? Czy to przez to, że mięso jest droższe? Możliwe. Przez to, że ma więcej wartości odżywczych? Na pewno. Na wsi wiemy jednak doskonale, że zjedzenie mięsa, by się nie zmarnowało, to oznaka szacunku – do życia zwierzęcia i do jego śmierci.

Nie dalej jak dwa tygodnie temu, moja córka w niedzielny wieczór oglądała kolejny odcinek programu „Master Chef Junior”. Po studiu telewizyjnym chodziły sobie kaczki i kury, a dzieci w chwilę później przygotowywały potrawy z ich mięsa. Nie z tych konkretnych kaczek i kur, bo rzezi na wizji nie było, ale po prostu z drobiu.

Jednak następnego dnia w internecie zawrzało – natknęłam się na co najmniej kilkanaście komentarzy na temat tego, jak ogromną traumą był ten odcinek dla jego małych uczestników i najmłodszych widzów. Pytano ze zgrozą, jak można pokazywać dziecku miłego ptaszka, a potem kazać kroić, smażyć czy też dusić mięso pochodzące z podobnego zwierzęcia. Można: nazywamy to unikaniem hipokryzji. W miejscu, w którym mieszkam, to zupełnie normalne i nie dziwi nikogo. Chciałabym wam o tym opowiedzieć.

Kura bez głowy i pożegnanie z krówką

Na wsi zawsze jest co robić. Posiadając gospodarstwo, ma się zapewnioną pracę od świtu do zmierzchu. W takich warunkach dzieci towarzyszą rodzicom wszędzie. Nie ma mowy o płatnych opiekunkach, o przedszkole trudno. Z dzieckiem na ręku idzie się więc karmić świnie, zebrać jajka i… zabić kurę. Powoli się to zmienia, gospodarstwa się specjalizują, zatrudniają pracowników. Ale wciąż jeszcze dziecko siedzące obok zakrwawionego pieńka to nie oznaka patologii, a jedynie zapowiedź pysznej pieczeni, która pojawi się na rodzinnym obiedzie.

Dzieci ze wsi rozumieją pewne rzeczy wcześniej, dzieciom z miasta trzeba pewne sprawy wytłumaczyć w porę (fot. Shutterstock)

Sama mam w głowie wiele obrazków, które wielu osobom mogłyby wydawać się traumatyczne. Jak choćby kurę, która po odcięciu głowy jeszcze przez 15 sekund biegła, ponieważ babcia biedaczki nie złapała. Nie mam z tego powodu psychicznych problemów. Wbrew pozorom, choć pozyskiwanie mięsa w zaciszu własnego gospodarstwa jest chlebem powszednim dla ludzi mieszkających na wsi, mają oni ogromny szacunek do zwierząt i do ich życia. Nie bez powodu dziadek, wprowadzając naszą starą krowę na przyczepę samochodu, który miał ją odwieźć do rzeźni, uronił łzę i pożegnał się z krasulą. Jako dziecko byłam świadkiem nie tylko takich scen, które mogłyby wydawać się straszne, ale też takich, dzięki którym rozumiałam, jak silna więź łączy człowieka ze zwierzętami, jaki ma on do nich szacunek.

„Patrz dziecko, tak wygląda życie i śmierć”

Do dzisiejszego dnia dzieci na wsi wychowują się, dotykając życia i śmierci zwierząt na niemal każdym kroku. Nikt nie wygania bawiących się przy stajni kilkulatków, tylko dlatego, że cieli się krowa (chyba, że po coś do picia dla weterynarza). Ciekawskie spojrzenia dostrzegają szereg zwierzęcych emocji: ból, zmęczenie, ale i radość, a nowonarodzony cielak staje się odtąd najlepszym kompanem zabaw. Dzieci na wsi widują też porody kotów i psów. Nie są im obce choroby zwierząt, a wreszcie ich odchodzenie. I doskonale wiedzą, że Burek nie poszedł do nieba, tylko że dziadek zaniósł go do dziury wykopanej pod orzechem. Wiejskie dzieci wiedzą doskonale, jak wygląda koło życia i śmierci: są oswojone z tą koleją rzeczy i obrazami, jakie się z tym wiążą. Czy to oznacza, że takie dzieci obojętnieją na los zwierząt? Pielęgnują w sobie negatywne emocje? Przechodzą traumy? Nie mam w tej materii wykształcenia, trudno też znaleźć badania na ten temat – ale mogę się wypowiedzieć jako osoba mieszkająca na wsi od 29 lat. Mogę z całym przekonaniem stwierdzić, że dzieci wychowywane w takich warunkach stają się bardziej empatyczne i świadome. Owszem, zdarzają się trudne momenty i łzy: ale dzięki tego rodzaju niełatwym przeżyciom wkracza się w dorosłe życie z umiejętnością radzenia sobie z przeciwnościami.

Kolorowa tacka i zamykanie oczu

Problemem nie jest więc absolutnie to, że kurki biegają po studiu telewizyjnym, a dziecko oglądające taki program zdaje sobie sprawę z tego, że mięso z takich właśnie kurek służy do zrobienia rosołu. Trzeba rozumieć, że mięso znalazło się na talerzu wskutek śmierci konkretnego zwierzęcia. Tymczasem wielu rodziców, chcąc chronić dziecko przed jakimś uczuciem przykrości, zataja przed nim tę oczywistą prawdę. Dorośli wolą powiedzieć wymijająco, że mięso na obiad pochodzi ze sklepu, gdzie leżało na kolorowych tackach. Paradoksalnie, takie produkty to właśnie mięso tych zwierząt, które najbardziej cierpiały.

Najlepiej do pieczenia nadaje się łopatka lub szynka - ważne, żeby miała nieco tłuszczu
Niełatwo czasem wytłumaczyć, że choć coś nie wygląda jak zwierzę, tak naprawdę kiedyś nim było (fot.Shutterstock)

Znam wielu dorosłych, pochodzących ze wsi, którzy tak jak ja mieli okazję popatrzeć nie tylko na biegającą po podwórzu kurę, ale i na jej śmierć. Żadne z nas nie kupi kurczaka w markecie – bo wiemy, że kura może cierpieć kilka sekund, a ta która kończy na tacce, cierpiała przez całe swoje życie. Nie zamykajmy więc oczu na to, co jest całkowicie naturalne: rozmawiajmy z dzieckiem i wychowujmy świadomego konsumenta. To także najprostszy sposób na zminimalizowanie okrucieństwa, które wiąże się z praktyką przemysłowego chowu.

Jak wytłumaczyć dziecku, skąd bierze się mięso na talerzu?

To oczywiste, że każdy rodzic chce w miarę możliwości uchronić swoje dziecko przed różnego rodzaju potwornościami i całym złem tego świata. Warto jednak zdać sobie sprawę, że zabijanie w celu zdobycia pokarmu nie jest złem – to prawo natury, które wyznaczało rytm życia człowieka od jego początków. Odrębną kwestią jest nadużywanie tej mocy, jaką ludzie mają nad innymi stworzeniami. Zdarza się bowiem, że zabijają z chęci zysku, wiele słyszy się także o tych, którzy w bestialski sposób traktują zwierzęta hodowlane. To w niebezpiecznych skłonnościach człowieka leży prawdziwy problem.

Z dzieckiem warto na ten temat rozmawiać: może niekoniecznie straszyć je fotografiami dokumentującymi pracę w rzeźni, ale też nie oszukiwać, że mięso pochodzi z supermarketu, gdzie w magiczny sposób znalazło się na estetycznej tacce. Dziecko powinno mieć szansę dotknięcia krowy czy zobaczenia kury. Powinno wiedzieć, że to dzięki tym zwierzętom na rodzinnym stole pojawiają się mięsne potrawy. Takie rozmowy trzeba jednak przeprowadzać umiejętnie, by skutkiem tej specyficznej edukacji nie była niepotrzebna trauma. Chodzi o to, by dziecko zyskało wiedzę, na podstawie której samo podejmie w przyszłości pewne decyzje – na przykład świadomie zrezygnuje z jedzenia mięsa, jak moja córka. Takie rozmowy mogą też zaszczepić w dziecku większy szacunek do samego mięsa, co jest równie ważne.

Kamila Łońska-Kępa
Kamila Łońska-Kępa
Zawodowo freelancer copywriter, w przeszłości blogerka. Osoba, która próbuje na nowo odnaleźć się w opowiadaniu historii. Zamieszkała na głębokiej, ale malowniczej prowincji, gdzie pójście do sklepu po bułki to logistyczna wyprawa. Jest mamą, lubi być dobrą żoną. A przynajmniej tak o sobie myśleć. Tuż przed magiczną granicą trzydziestego roku życia wciąż dziwi się światu i lubi o nim mówić.
AUTOR

[FM_form id="1"]
Skup antyków Warszawa