Idą żywe trupy. Lennie James: „Szykujemy się do wojny”

Co słychać na planie "The Walking Dead"?
11 minut czytania
632
0
Bartek Czartoryski
Bartek Czartoryski
8 kwietnia 2017
©AMC

W ostatnią niedzielę mogliśmy obejrzeć finał siódmego sezonu serialu „Żywe trupy” (The Walking Dead). Zastanawialiśmy się, czy poniższy wywiad dać przed odcinkiem finałowym, czy może poczekać aż widzowie sobie wszystko ułożą w głowie i będą mogli poczytać na spokojnie.

Zdecydowaliśmy, że tylko spokój może nas uratować.

Bartek Czartoryski: Które oblicze Morgana jest ci bliższe: refleksyjnego pacyfisty, czy może raczej bezkompromisowego zabijaki, bo takim również mieliśmy okazję go oglądać?

Lennie James: Chyba nie mam odwagi, żeby identyfikować się z którymkolwiek z nich. Jeśli jednak miałbym wybierać, powiedziałbym, że bliżej mi do Morgana, który kroczy ścieżką pokojowego wojownika. Często jego postawa jest nierozumiana, ale nie wynika ona ze strachu. Morgan boi się siebie, tego, kim może się stać, zabijając. To odpowiedzialne podejście. Bo pytaniem, jakim kierują się ludzie, którym przyszło żyć w świecie opanowanym przez żywe trupy nie jest już dłużej „Jak przeżyć?”, tego się już nauczyliśmy, ale „Jak żyć?”. Nie można już strzelać, a potem zadawać pytań. Morgan upiera się przy swoim, co jest trudne, kiedy wokół giną ludzie. Sam pewnie bym się na to nie zdobył. Ale on ma już tylko siebie. Dawno temu stracił dziecko. Nie czuje się odpowiedzialny za nikogo innego. Lecz to pośrednio dlatego uważa, że każde życie jest cenne.

Zanim zaliczyłeś comeback, na dość długo zniknąłeś z serialu, a na ten okres przypadło swoiste apogeum popularności „The Walking Dead”. Nie bombardowano cię nim zewsząd?

Jako że jestem dobry w omijaniu tego, co ludzie mówią na temat serialu, mogłem oglądać od razu całe sezony pod rząd. Jestem zapracowanym facetem i rzadko kiedy mogę sobie pozwolić na regularne, cotygodniowe posiedzenia przed telewizorem. Zaskakiwał mnie niejednokrotnie kierunek, w jakim serial dążył, bo nie czytałem nic na jego temat i nie rozmawiałem o nim z fanami, nie chciałem zatracić perspektywy. „The Walking Dead” dojrzewało i dojrzewało, a ja mogłem być tego świadkiem, znajdując się w dość wyjątkowym miejscu. Pamiętam jeszcze, jak mówiono nam, że nie dojedziemy do drugiego sezonu, a co dopiero do siedmiu! Wtedy wszystkie telewizje chciały wampiry, a nie zombie. A teraz? Sam zobacz. Ale ktokolwiek twierdzi, że od początku przewidywał ten sukces, kłamie. Mówię to z pełną odpowiedzialnością!

Walking Dead - Andrew Lincoln i Lennie James
Lennie James i Andrew Lincoln jako Morgan Jones i Rick Grimes (fot. mat. prasowe ©AMC)

Logistyka zdjęć jest chyba dość skomplikowana, bo kręcicie w różnych miejscach?

Nienawidzę tego. Nienawidzę. Pasjami. Nienawidzę. Powtarzam się, ale, cholera jasna, irytuje mnie to nie na żarty. Nie możemy się po ludzku spotkać, ciągle się mijamy. Andy’ego [Lincolna] nie widziałem na planie przez półtorej miesiąca. Inne miejsce, inny czas. Spotkaliśmy się dopiero w samolocie lecącym do Londynu. Nienawidzę tego. Jest się odciętym od kumpli przez całe tygodnie. A na dodatek są przecież jeszcze nowi ludzie z obsady, których potem spotykam na imprezie po zakończeniu zdjęć i nie mam pojęcia, kim są! I jestem dla nich opryskliwy, bo garnę do przyjaciół.

Ale kiedyś powiedziałeś, że wszędzie gra się tak samo.

Bo plan na całym świecie jest identyczny. Poważnie. Mógłbyś zawiązać mi oczy i wywieźć gdziekolwiek, a jestem pewien, że potrafiłbym wskazać poszczególnych ludzi i powiedzieć, czym się zajmują i co tutaj robią. Różnica między krajami polega najczęściej na godzinach pracy. Przy „The Walking Dead” harujemy naprawdę długo, czasem wita nas blady świt, a my jeszcze kręcimy. Osiemnaście godzin na dobę? Już to przerabialiśmy. Gdzie indziej, na przykład w Wielkiej Brytanii, robisz sześć, osiem godzin dziennie i do domu. Po prostu cały okres zdjęciowy trwa dłużej.

Skąd ta różnica?

Nadgodziny. Tutaj nic nie dostaniesz, w Stanach jak najbardziej. Dlatego robimy odcinek w tydzień. Ale też trochę inaczej prowadzi się narrację tam i w Europie. Na przykład BBC nie przerywa programu blokiem reklamowym, co nie wymusza pewnych sprytnych zabiegów i cięć montażowych. Lecz, tak naprawdę, jest więcej punktów wspólnych niż różnic.

Lennie James - Morgan Jones w Walking Dead
Morgan Jones kontra zombie (fot. mat. prasowe ©AMC)

Podobno widzowie byli zaskoczeni, że nie jesteś Amerykaninem.

O tak, mnóstwo ludzi nadal nie ma pojęcia, że jestem Brytyjczykiem, choć, na przykład, przed chwilą komplementowali moją rolę w, dajmy na to, „Przekręcie”. Fani, których spotykam osobiście na Comic-Conie albo podczas innych imprez, również bywają szczerze zdziwieni akcentem.

Skoro już sam o tym napomknąłeś. Pojawisz się w serialowym „Przekręcie”?

Nawet nie brałem tego pod uwagę, ale i żadnej roli mi nie proponowano, choć i tak nie znalazłbym na nią czasu. Za to otrzymał podobną ofertę mój kolega, którego nazwiska nie wymienię, bo nie wiem, czy by sobie tego życzył, lecz odmówił. Ale sądzę, że poradzą sobie bez nas, to nieodzowne, nie mogą oglądać się na to, co było. Muszą opowiedzieć coś nowego w świecie, który myśmy stworzyli, dla nas było to niesamowite przeżycie i mam nadzieję, że dla nich również takie będzie.

Wracając jednak do tematu pracy w Stanach i Europie – czy myślisz, że teraz, kiedy USA zaostrza politykę imigracyjną, ciężej będzie brytyjskiemu aktorowi grać za oceanem?

Nie, chyba nie, ale z nową administracją trudno cokolwiek przewidzieć. Zresztą nie tylko Ameryka ma podobne problemy, Trump jest symptomem pewnej sytuacji panującej na świecie, mój kraj również przechodzi przez tak zwany Brexit. Podziały u nas są równie głębokie jak w Stanach i jedna strona kompletnie nie rozumie drugiej. Kompletnie. I to dzieje się wszędzie. Choć obywatele amerykańscy mnie naprawdę zaskoczyli, bo Donald Trump jest, cóż, osobliwym wyborem.

Walking Dead Lennie James
Lennie James w serialu Walking Dead (fot. mat. prasowe ©AMC)

Ośmielę się jednak stwierdzić, że bardziej interesująca dla fanów serialu będzie osoba nie Donalda Trumpa, a Negana, szczególnie, że zapowiada się mocny finał sezonu.

Owszem. Szykujemy się do wojny, co nie powinno być dla nikogo zaskoczeniem. Nie jestem pewien, ile ona potrwa, bo w komiksach ciągnie się całkiem długo, ale zobaczymy. Dlatego im bliżej końca, tym więcej postaci zostanie nam przybliżonych, żeby oglądający mogli świadomie i bez manipulacji z naszej strony obrać którąś ze stron. A nie będzie to takie proste.

Czyli przyśpieszycie na ostatniej prostej?

Tak, można tak powiedzieć. Ale zawsze będę bronił naszego powolnego tempa, bo uważam, że zasłużyliśmy sobie na luksus spokojniejszego opowiadania historii. Mamy co pokazać, rozszerzyć ten świat. To nie tylko Negan, ja i Rick. Chcemy to zaakcentować. Lecz nikt nie będzie się nudził na tych paru ostatnich odcinkach, o tym mogę cię zapewnić. Czytałem scenariusz finału podczas lotu samolotem i gdy doszedłem do końca, po prostu pod nosem wypaliłem „O mój Boże”. Nie mogę się doczekać, aż to zobaczycie.

Lennie James na planie Walking Dead
Lennie James na planie Walking Dead (fot. mat. prasowe ©AMC)

Nawet nie pytam, czy możesz coś zdradzić na ten temat, bo twórcy „The Walking Dead” swoje sekrety zawsze chronią własną piersią, ale podejrzewam, że na planie nowego „Blade Runnera” nie było inaczej?

Pytanie! Do tej pory myślałem, że ludzie od „The Walking Dead” są tajemniczy, ale to naprawdę nic przy sequelu „Blade Runnera”. Kiedy zaproponowano mi rolę, chciałem przeczytać choćby kawałek scenariusza. Dostałem plik zawierający dwadzieścia stron przed pojawieniem się mojej postaci, swoje kwestie i dwadzieścia stron tego, co następuje dalej. Mogłem otworzyć go na jednym tylko urządzeniu, nie dało się zrobić zdjęcia ani zrzutu ekranu, nie mówiąc już o zapisie. Po trzydziestu sześciu godzinach plik zniknął. Gdy już się zgodziłem przyjąć tę rolę, nadal nie mogłem brać scenariusza ze sobą do przyczepy, trzeba było wpisać się do kajetu za każdym razem, kiedy odbierało się choćby jedną kartkę. Niewiarygodne.

Denis Villeneuve to jedno z najgorętszych obecnie nazwisk.

Nieprzypadkowo. Potrafi zapanować nad aktorami, ma oczy dosłownie wszędzie i wszystko, co widać potem na ekranie, to jego wizja. Niesamowity filmowiec. Podczas tych niespełna trzech tygodni, które spędziłem na planie, potrafił parokrotnie przerywać zdjęcia i decydować na bieżąco,

Bartek Czartoryski
Bartek Czartoryski

Bartek Czartoryski. Samozwańczy specjalista od popkultury, krytyk filmowy, tłumacz literatury, redaktor wydania weekendowego portalu naEKRANIE. Prowadzi fanpage Kill All Movies.


AUTOR

Polecamy

Komentarze