Podróbki – przedmioty pożądania szyte grubymi nićmi

"Oryginały bez rodowodu"
16 minut czytania
5462
3
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
12 kwietnia 2017
Fot. Korkusung/Shutterstock.com

Nawet dobry wojak Szwejk, oficjalnie uznany za permanentnego idiotę, z powodzeniem sprzedawał „podrabiane” psy. Nie ma się więc co dziwić, że rynek podróbek kwitnie w najlepsze, skoro dziś fałszowaniem oryginałów zajmują się nierzadko fachowcy wysokiej klasy, a kupujący to zazwyczaj ludzie zdeterminowani, niezbyt dociekliwi, naiwni i lubiący żyć w krainie iluzji.

Papierosy, wyroby tytoniowe i paliwa to najczęściej podrabiane towary. Podróbkomania ogarnęła cały świat. Grecy wyspecjalizowali się w wytwarzaniu „markowych” zegarków, Hongkong – produktów wysokiej technologii, Polacy zaś są specjalistami od wódki i papierosów ostro rywalizującymi w tej dziedzinie z Rosją. Chińczycy to fachowcy od wszystkiego, a Hindusi od leków, szczególnie niebieskich pigułek na męską potencję i, o zgrozo, preparatów onkologicznych. W porównaniu z handlem podejrzanej konduity farmaceutykami nielegalna sprzedaż butów, torebek czy ubrań, które też cieszą się wielkim zainteresowaniem, wydaje się procederem tak niewinnym jak zabawa w piaskownicy.

Podróbki - torebki na ulicy w Rzymie
Rzymskie ulice pełne są podrabianych towarów (fot. Paul Vance/Shutterstock.com)

Żeby jej zasmakować, wystarczy pojechać do Rzymu i wziąć udział w wielkich biegach, np. wokół Koloseum, wraz z przepłoszoną przez strażników miejskich grupą Afrykańczyków, którzy   sprzedają tam torebki od pseudo-Chanel lub niby-Louisa Vuittona. To bardzo częsty widok w Wiecznym Mieście, a także innych turystycznych włoskich aglomeracjach: biegnący w panice handlarze i zdezorientowani amatorzy światowych marek, którzy ich gonią, zastanawiając się, skąd wziął się dziwaczny włoski zwyczaj polegający na tym, że klient musi dogonić upatrzony wcześniej towar.

W świecie fałszywych oryginałów

Jeśli jednak wierzyć Robertowi Saviano, autorowi książki „Gomorra”, taka scena jest komiczna tylko pozornie. U jej podstaw może leżeć potężna działalność przestępcza animowana przez włoską kamorrę, która włada nie tylko rynkiem narkotykowym, ale także tekstylnym, skórzanym, galanteryjnym i high-tech. Czarnorynkowe towary gorszej jakości, wyprodukowane w okolicy ubogiego i przeżartego przez mafijną działalność Neapolu, powierza się właśnie ulicznym sprzedawcom i właścicielom straganów, zgodnie z zasadą, że nawet mniej udany egzemplarz nie może się zmarnować. Natomiast falsyfikaty z wyższej półki trafiają na międzynarodowy rynek. Można je dostać w renomowanych sklepach, m.in. w Berlinie, Hamburgu, Dublinie, Madrycie, Barcelonie, Amsterdamie, Sarajewie, Nowym Jorku i Chicago. Obecne są także w sklepach outletowych.

– Dzięki autorytetowi klanów i talentom menedżerskim bossów mafijnych można było obracać astronomicznymi kapitałami, niewyobrażalnymi w jakimkolwiek aglomeracie przemysłowym działającym zgodnie z prawem. Rodziny mafijne stworzyły strukturę przemysłu tekstylnego i skórzanego, dzięki której były w stanie wyprodukować ubrania, buty, koszule identyczne z tymi, które wprowadzały na rynek wielkie włoskie domy mody – pisze Saviano.

Podróbki - Chanel
Podrabia się wszystko – od portfeli po biżuterię (Anton Watman/Shutterstock.com)

Branżę tekstylną kontrolował tzw. System Secodigliano, (słowo „kamorra” jest używane przez policję, sami zainteresowani używają określenia „System”). – Fałszywki wyprodukowane przez klany z Secodigliano nie były więc żadną tandetą, nędzną imitacją, ledwo podobną podróbką, która udaje autentyk. Można je było nazwać fałszywymi oryginałami. Brakowało im tylko jednego elementu: autoryzacji firmy matki, jej znaku towarowego. Ale klany nikogo nie prosiły o żadną autoryzację, dawały ją sobie same – tłumaczy autor „Gomorry”, który podkreśla, że klienci wcale nie protestowali, bo zależało im wyłącznie na markowym produkcie dobrej jakości.

Kreacje szyte pod schodami

Mało tego, bardzo długo nie protestowały też ofiary procederu, czyli producenci odzieży, którzy podnieśli alarm dopiero wtedy, gdy problemem zajęły się organizacje zwalczające mafię. Działo się tak z kilku powodów. Po pierwsze, wśród zainteresowanych ugruntowała się opinia, że System nie robi konkurencji znanym firmom, lecz jedynie popularyzuje markę – wychodzono z założenia, że sprzedaż drogiej garderoby, na którą mało kogo stać i  którą można podziwiać jedynie na pokazach mody lub na sklepowym manekinie, prowadzi do spadku prestiżu firmy i spadku popytu. Innymi słowy, firmy, choć nie zawsze oficjalnie, uznawały działalność kamorry jeśli nie za zbawienną, to przynajmniej odświeżającą dla marki. Po drugie, dla mafii pracowali ci sami wytwórcy co dla renomowanych firm odzieżowych, zatrudniających na czarno bardzo utalentowanych, acz ubogich mieszkańców zagłębia tekstylnego, czyli Neapolu. Decydenci reprezentujący markowe firmy, które podbijały światowe wybiegi, dobrze wiedzieli, że jakakolwiek forma sprzeciwu wobec kamorry skończy się odcięciem ich od taniej siły roboczej i utrudnianiem współpracy z fabrykami z Europy Wschodniej i Dalekiego Wschodu. Tak więc trudno było występować przeciw korupcji, samemu będąc skorumpowanym i zatrudniając doskonałych fachowców, którzy pracowali w manufakturach – w pomieszczeniach ukrytych pod schodami stojących na peryferiach domów.

Podróbki - Chanel
Podrabiane torebki są szczególnie popularne na ulicach europejskich miast (Settawat Udom/Shutterstock.com)

Właściciel manufaktury i robotnicy jechali na tym samym wózku. Jeśli coś poszło nie tak, ten pierwszy płacił z własnej kieszeni, a nierzadko o pomoc musiał się zwrócić… do któregoś z mafijnych klanów. Oczywiście wszyscy pracownicy manufaktury mają świadomość, że wymaga się od nich produktu najwyższej jakości, wiedzą też, że pracują za minimalne stawki. – Nie istnieje system ochrony pracownika, nie ma specjalnych uprawnień, wypowiedzeń, przepustek, świadczeń zdrowotnych, urlopów. Uprawnienia sam sobie musisz wywalczyć, urlop wyprosić. Nie ma się co skarżyć. Wszystko dzieje się tak , jak dziać się musi. Ważne są zdrowe, zręczne ręce, maszyna, przy której pracujesz, i zarobek – pisze Saviano.

Fałszywy przedmiot pożądania

Trzeba sobie zadać pytanie, czy wielbiciele markowych gadżetów rzadziej sięgaliby po podróbki, gdyby byli świadomi, że ich wytwarzanie jest okupione ciężką pracą ludzi, którzy, mimo talentu i doskonałego warsztatu, pracują za grosze i na zawsze pozostaną anonimowi. Jest to raczej wątpliwe, biorąc pod uwagę fakt, że po podróbki zdarzało się sięgać nawet polskim stylistom i celebrytom, dla których narzędziem pracy powinna być prawdziwa, a nie podszyta fałszem marka. Mało tego, 10 lat temu niemałe zamieszanie wywołała informacja, że jedna z bardziej znanych posłanek prawicy, której bliskie są takie wartości jak prawo i sprawiedliwość, zaopatrzyła się na bazarku w torebkę „od Chanel”, za którą, jak donosił jej partyjny kolega, zapłaciła… 50 złotych.  Ale cóż tu się dziwić, torebka tej marki jest na liście najbardziej pożądanych makowych przedmiotów.

Podróbki - Adidas
Panowie upodobali sobie sportowe marki ubrań i obuwia (dimbar76 / Shutterstock.com)

Jak mówi Anna Gidyńska, znana tropicielka podróbek, która prowadzi lifestyle’owy blog Jest Pięknie, istnieją takie przedmioty, które chce mieć każdy. Obok Chanel Flap Bag na wspomnianej liście znalazły się: torby LV Neverfull oraz Michael Kors Selma, okulary Ray-Ban, buty Nike, Adidas  i New Balance. Jeśli chodzi o świat kosmetyków do makijażu, najczęściej podrabianymi hitami są cienie do powiek Zoeva i szminka Kylie marki MAC. To wszystko leży w polu zainteresowania pań. – Panowie najczęściej szukają bluz Adidas z dużym logo, zegarków Omega i Breitling, a niektórzy nawet naklejek AMG czy M Power na swoje mercedesy i BMW – wymienia blogerka.

Panowie są też czuli na zapachy. Niestety, nie wiadomo na jakie, bo taka informacja nie przedostała się do opinii publicznej. Na pewno były one produkowane przez nielegalną rozlewnię perfum w Milanówku, którą  funkcjonariusze Centralnego Biura Śledczego Policji zlikwidowali w lutym 2017 roku. Przy okazji kilkunastu z nich zatrzymało dla siebie niewielką ilość perfum, czego następstwem było zatrzymanie również ich samych na polecenie warszawskiej prokuratury. Trudno powiedzieć, jak rozumieć, używane przez rzecznika prasowego prokuratury, sformułowanie „niewielka ilość perfum”. Wiemy jedynie, że funkcjonariusze zarówno w fabryce Milanówku, jak i w pięciu należących do niej magazynów w powiecie pruszkowskim skonfiskowali 300 tysięcy flakonów, czyli 10 tysięcy litrów pseudomarkowych perfum o wartości 10 milionów złotych, co obrazuje skalę zjawiska.

Podróbki - perfumy
Podrabianie perfum przynosi milionowe zyski (fot. Imran’s Photography/Shutterstock.com)

Zlikwidowana rozlewnia dysponowała kanistrami z perfumami, fiolkami i maszynami do napełniania flakonów. Ten perfumiarski biznes miał też swoją drukarnię, w której produkowano opakowania perfum, a także pakowalnię.

Nawiasem mówiąc, aby używać pokątnie kupionych perfum, trzeba mieć nie lada odwagę. Z informacji zamieszczonych na amerykańskiej stronie stopfakes.gov oraz z danych FBI wynika, że flakon może nas uraczyć nie tylko pięknym zapachem, ale też arsenem, aluminium, berylem i mocno rakotwórczym DEHP, nie wspominając o moczu, który jednak w zestawieniu z wcześniej wymienionymi substancjami wydaje się zupełnie niewinnym dodatkiem.

Wina od Jeffersona

Perfumy to jeden z częściej podrabianych towarów. Podobnie jak wina. Ofiarą oszustów padają nawet wielcy gracze, tacy jak 76-letni William Koch, przemysłowiec z Florydy, którego fortuna wyceniana jest na 1,99 miliarda dolarów. Ów zarządca giganta przemysłowego o nazwie Koch Industries, a jednocześnie wielki kolekcjoner win dużą część swoich dochodów przeznacza na walkę z fałszerzami tych trunków, których ofiarą sam padł kilkakrotnie. Kilka lat temu wygrał proces z innym biznesmenem, Erikiem Greenbergiem, który w 2005 roku sprzedał mu 2600 butelek wina za 3,7 miliona dolarów. Co najmniej 24 butelki z tamtej kolekcji okazały się fałszywkami. Sąd federalny w Nowym Jorku przyznał Kochowi 380 tysięcy dolarów odszkodowania, zaś same opłaty sądowe, jakie musiał wnieść zainteresowany, to suma rzędu kilku milionów dolarów. Potentat przemysłowy, uczciwszy sukces lampką wina, deklarował jednak, że sprawa z Greenbergiem to dopiero początek jego krucjaty przeciwko oszustom zalewającym winiarski rynek, który określa mianem skorumpowanego. Zaznacza, ze chodzi mu o zasady, nie o pieniądze.

Podróbki - alkohol
Wszyscy wiemy o podrabianiu alkoholi, ale o winie słyszy się rzadko (fot. Shutterstock)

Wcześniej Koch dał się wyprowadzić w pole oszustowi, który sprzedał mu za 400 tysięcy dolarów cztery butelki bordeaux, rzekomo należące onegdaj do innego zacnego admiratora tego trunku – Thomasa Jeffersona, wówczas ambasadora we Francji, później prezydenta USA. Do zbadania wina Koch, posiadacz doktoratu z inżynierii chemicznej, zaangażował najlepszych specjalistów i najnowocześniejsze technologie – w badaniach partycypowało muzeum Szkła w Corning w stanie Nowy Jork oraz eksperci kryminalistyki FBI. Autentyczność wina została podważona po analizie wyrytych na butelkach inicjałów Th.J. Okazało się, że inskrypcja została wykonana szybkoobrotowym wiertłem diamentowym z ruchomą głowicą, czyli urządzeniem, którego w XVIII w. jeszcze nie znano.

Fałszerze win dysponują laboratoriami, na widok których szoku doznają nawet agenci FBI:  pseudotrunki, wiekowe butelki, postarzone korki i etykiety, a to wszystko w scenerii domów wartych kilkaset tysięcy funtów i w sąsiedztwie wypasionych bryk, takich jak lamborghini, mercedes-benz czy range rover. Takie rekwizyty pozwalają wyobrazić sobie, jakie korzyści finansowe przynosi handel podrabianym winem.

Zemsta pełna artyzmu

Na warunki mieszkaniowe nie mógł też narzekać Han van Meegeren (1889–1947), genialny fałszerz dzieł Jana Vermeera. Jego rezydencja w Amsterdamie miała podziemne lodowisko i marmurowy hol, po którym jeździli na rowerach zapraszani na bankiety goście. Ten twórca jedenastu „Vermeerów”, dzięki opanowaniu malarskich technik charakterystycznych dla XVII w., stał się krezusem. Lecz fałszowanie dzieł sztuki w jego przypadku było nie tylko praca zarobkową, ale także formą zemsty, jakiej dokonał na niedoceniających go krytykach sztuki, którzy pisali, że może to i twórca o niezłym warsztacie, ale brakuje mu polotu, wyobraźni charyzmy i oryginalności.

Pieter de Hooch
Pieter de Hooch czy falsyfikat? (fot. Wikimedia Commons)

W odpowiedzi malarz uwiódł Joannę Oerlmans, żonę jednego z nich, po czym zabrał się do malowania obrazu pt. „Uczniowie z Emaus”, który był tak doskonałym odwzorowaniem warsztatu Vermeera, że drugi z krytyków – cieszący się niezwykłym uznaniem specjalista od XVII-wiecznej sztuki Abraham Bredius – ogłosił światu na łamach opiniotwórczego i prestiżowego „Burlington Magazine”, że oto odnaleziono nieznany dotąd obraz mistrza z Delft, co potwierdzał własnym autorytetem oraz badaniami chemicznymi i stylistyczną analizą.

Obraz zakupiło Muzeum Boijmans w Rotterdamie za pół miliona guldenów, a malarz, zachęcony sukcesem, zajął się malowaniem kolejnych „nieodnalezionych dotąd Vermeerów”, wśród których znalazły się m.in. „Ostatnia wieczerza” oraz „Chrystus i jawnogrzesznica”. Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że Meegeren podjął się zadania karkołomnego. Same przygotowania do namalowania „Uczniów z Emaus” trwały sześć lat, a rozpoczęły się w 1932 r. od wyprawy na Lazurowe Wybrzeże, gdzie mistrz ukrył się przed światem, by pracować w spokoju. Bywał jednak w antykwariatach, by znaleźć oryginalne podobrazie (pochodzące z XVII w.) do swojego działa oraz przedmioty mające się wcielić w role rekwizytów. Stanął też przed licznymi problemami natury technicznej. Jak tu bowiem uzyskać Vermeerowską żółć, skoro sam mistrz korzystał z żółcieni indyjskiej produkowanej z moczu indyjskich krów karmionych mango? Albo jak uzyskać ultramarynę produkowaną z półszlachetnego i trudno dostępnego kamienia lapis lazuli? Nie mówiąc już o tym, co zrobić, żeby stworzyć siatkę pęknięć na werniksie, która optycznie postarzy obraz oraz skąd wziąć pędzel z borsuczego włosia, skoro dostępne są tylko z włosia sobolowego, czego dowiedzie każda ekspertyza, obracając wniwecz całą pracę.

Podróbki - sztuka, Van Meegeren
Van Meegeren był fałszerzem doskonałym (fot. Nationaal Archief NL,CC BY-SA 3.0 via Wikimedia Commons)

Efekt wysiłków holenderskiego malarza okazał się jednak tak znakomity, że National Gallery w Waszyngtonie potrzebowała aż 20 lat, by przenieść dwa Vermeery autorstwa Meegerena z działu „ Jan Vermeer” do działu „naśladowcy Vermeera”.

Pęczniejący rynek „sztuki”

„Z 2,5 tysiąca dzieł, jakie namalował Corot, przetrwało 5 tysięcy, z czego ponad 7,5 tysiąca jest w zbiorach amerykańskich”, drwił w 1940 roku tygodnik „Newsweek”. I nic się w tej sprawie nie zmieniło, a Polska nie jest tu wyjątkiem. Oto co pisał Piotr Sarzyński w tygodniku „Polityka” z 2015 roku: „Fałszuje się praktycznie wszystkich twórców. Od autorów najwybitniejszych po drugorzędnych. Z dawnych mistrzów najczęściej Kossaków, Malczewskiego, Orłowskiego. Masowo podrabia się Karpińskiego, tzw. monachijczyków, malarzy z kręgu Ecole de Paris, Stażewskiego, Nowosielskiego i wielu, wielu innych. Szacuje się, że około 80 proc. pojawiających się w handlu akwareli Nikifora i rysunków Berezowskiej to falsyfikaty.

Wojciech Kossak Bitwa pod Olszynką Grochowską"
Polscy nabywcy lubują się w dziełach Kossaka. nieważne, czy to oryginały (fot. W. Kossak, „Bitwa pod Olszynką Grochowską”/via Wikimedia Commons)

W domach aukcyjnych takie wpadki zdarzają się stosunkowo rzadko, ale antykwariaty, nie mówiąc o pchlich targach, to już królestwo kopii, podróbek, naśladowań”. Sarzyński podkreśla, że w ciągu ostatnich dwóch dekad w Polsce nie skazano ani jednej osoby za fałszowanie. Paradoksalnie u nas łatwiej trafić do więzienia za podrobienie dwuzłotowej monety niż za podrabianie dzieł sztuki, który to proceder przynosi niewyobrażalne pieniądze.

Podróbkolandia – kraina cieni

Rynek podróbek rzeczy użytkowych w Polsce też jest doskonale rozwinięty.  – Podrabia się wszystko. Od szczotki do włosów za 25 złotych do torebki za 25 tysięcy złotych –  mówi Anna Gidyńska. Specjaliści od fałszywek nie przepuszczą żadnej marce. – Spotkać można i podróbki balsamów Maybelline, i bransoletek Cartier – dodaje blogerka.

W tej sytuacji należałoby się martwić o bardziej wrażliwych podróbkomaniaków, którzy mogliby się poczuć dotknięci wynikami badań naukowców z bostońskiej Harvard Business School, opublikowanych na łamach „Psychological Science” i dowodzących, że korzystanie z podróbek wywołuje negatywne skutki w naszej psychice, pogłębiając skłonność do nieszczerości oraz cynizmu i odbierając nam umiejętność do obdarowywania ludzi zaufaniem? I na to jest rada. Rynek stworzył nową eufemistyczną strukturę językową – „produkt inspirowany”. Zawsze lepiej mieć na sobie kreację inspirowaną domem mody Chanel niż podróbkę Chanel, nawet gdyby ta kreacja była szyta, nomen omen, grubymi nićmi.

Podróbki - torebki
Podróbek nie trzeba szukać – znajdziemy je na ulicach, w sklepach oraz w internecie (fot. Dino Geromella/Shutterstock.com)

Dlaczego ludzie lubią pławić się w różnego autoramentu i rozmaitego kalibru falsyfikatach? Być może jest to chęć stwarzania pozorów bogactwa? Być może ułomność ludzkiego charakteru polegająca na  nieumiejętności przyznania się do błędu? Frank Wynne, autor biografii Meegerena, sugeruje, że wszelkiej maści krytycy sztuki i marszandzi często świadomie brną w kłamstwo, przez lata uznając fałszywkę za autentyk. Nie wypada przecież podważać ani swojego własnego autorytetu, ani autorytetu kolegów z branży.

A może po prostu nasza ludzka natura nakazuje nam żyć w krainie iluzji? Bohater książki Jarosława Haszka, wzmiankowany już dobry wojak Szwejk, który słynął ze zdroworozsądkowego podejścia do życia, trudnił się sprzedażą psów. W trosce o jakość swoich usług zaopatrywał się regularnie w druki rodowodów, żeby „z ulicznych kundli, co lęgły się w cegielni, robić najczystszą szlachtę pieską”. I dzięki jednemu świstkowi ludzie byli w stanie kupić każdego psa, biorąc go za championa. No, ewentualnie, gdy był już w sile wieku, trzeba go było dodatkowo „podrasować”: przy użyciu „piorunku” rtęci  siwą sierść przefarbować na czarno, zęby wyczyścić szmerglem, a przed zaprowadzeniem do klienta podać śliwowicy, żeby psina się schlała, a wtedy „jest wesoła, ruchliwa, szczeka uciesznie i zaprzyjaźnia się z każdym jak pijany radny miejski”. I za większością podróbek stoi dziś właśnie taki unowocześniony wojak Szwejk, który załatwia dla nas „rodowody”, byśmy czuli się usatysfakcjonowani i mieli poczucie, że wszechogarniająca Podróbkolandia – kraina cieni, w której tkwimy po uszy, to w gruncie rzeczy świat bytów nieskazitelnie doskonałych, prawie jak u Platona. Ale, inspirując się pewną reklamą, wypada na koniec przypomnieć, że prawie czyni wielką różnicę.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody

 

Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
Obserwuje, słucha, czyta i podróżuje. A potem nie może się powstrzymać, żeby o tym nie napisać. Pytanie, które najczęściej zadaje, brzmi: co o tym myślisz? Interesuje ją wszystko, co niekonwencjonalne i wyprzedzające epokę. Jest żądna wiedzy, ciekawa świata i ludzi.

Od kilkunastu lat pracuje jako dziennikarka. Pisała dla takich tytułów, jak „Trendy Art of Living” czy „Dziennik. Gazeta Prawna”.

Uwielbia Włochy i mistykę. Z wielką determinacją próbuje nauczyć się włoskiego. Nie lubi zimna, tłumu i hałasu. Jest uzależniona od kina, więc wolny czas najchętniej spędza w ciemnej sali kinowej. Często jeździ na rowerze i ćwiczy jogę. Do siebie i życia podchodzi z dystansem. Czasami chciałaby być niewidzialna.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Klaudia Heintze: „Zapach smoły jest genialny i rozczulający”. Czemu zatem wolimy pachnieć banalnie niż rewolucyjnie?

– Kristen Stewart, która jest twarzą nowego zapachu Chanel, to niegdyś bohaterka kultowej sagi „Zmierzch”. Teraz młode pokolenie, wychowane na tym filmie, wkroczyło w dorosłość, zaczęło zarabiać i może sobie pozwolić na kupno pierwszych perfum. Dlatego producent zapachu wybrał twarz, która będzie do tych ludzi przemawiać. To doskonale przygotowane przedsięwzięcie marketingowe – mówi Klaudia Heintze, ekspertka w dziedzinie perfumiarstwa oraz autorka perfumiarskiego bloga.
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
24 września 2017
CZYTAJ WIĘCEJ