Zero waste po polsku. Sprawdzam, jak wygląda życie bez śmieci

Wprowadzanie zmian nie jest proste
8 minut czytania
2342
2
Karolina Mosur
Karolina Mosur
24 kwietnia 2017

Śmieci – problem znany i nielubiany. Pozornie mamy wiele jego rozwiązań, wszystkie jednak wymagają indywidualnej zmiany każdego z nas – bez tego w żaden sposób nie uda się przynajmniej ograniczyć ich produkcji. Na fali trendu zwalczania śmieci powstał ruch Zero Waste, czyli zero odpadów.

Nazwa brzmi radykalnie, toteż jedna z głównych bohaterek inicjatywy, Bea Johnson, autorka bloga Zero Waste Home, zadaje wszelkim sceptykom pytanie – ile śmieci w takim razie chcesz znieść w swoim środowisku? Po czym dumnie prezentuje słoik śmieci, który podobno jej rodzina produkuje w ciągu roku. No dobrze – w Ameryce na pewno da się tak zrobić – mamy tam sklepy, gdzie wszystko można kupić na wagę, nie tylko orzechy, ale też mydło, powidło i pastę do zębów. Mają specjalne kooperatywy, w których ludzie umawiają się i razem kupują żywność prosto od rolników, którzy dostarczają im ją prosto do domu, bez żadnych plastikowych opakowań. Czy jednak da się żyć tak u nas? Postanowiłam przeprowadzić taką próbę w dużym, polskim mieście i przeżyć tydzień zgodnie z zasadami Zero Waste.

zero waste
Zapomnij o foliówkach (fot. Shutterstock)

Zero Waste wyklucza wszelkie “jednorazówki”, czyli papierowe ręczniczki, papier do pieczenia, folię aluminiową i wszelkie podobne im produkty. Co więcej – możemy zapomnieć o płynach do mycia naczyń czy sprayach do czyszczenia pakowanych w plastikowe butelki. Efekt? Nie mam gdzie zakupić takich produktów, zaleca mi się zrobienie ich samodzielnie, “będą bardziej ekologiczne”. Zamiast wytrzeć plamę z sosu jednorazowym ręczniczkiem obecnie potrzebuję stosu materiałowych ścierek. Niedługo, obawiam się, będę potrzebować jeszcze dodatkowej pralki do ich prania. Podobnie wygląda kwestia sprzątania domu. Czyli dwie pralki. Zaczynam się zastanawiać, czyli większą degradację środowiska powodują papierowe ręczniczki (bądź co bądź, jednak rozkładające się) czy dodatkowe litry detergentów, które konieczne są do wyprania tej całej sterty brudnych szmatek.

Wsparcie? Zapomnij…

Kolejne poletko do wprowadzenia zasad Zero Waste to wycieczka na zakupy. Zaopatrzona w zestaw bawełnianych toreb radośnie wybrałam się po warzywa. Pakuję je do toreb, opisuję każdą pisakiem, który się spierze (znowu kolejna sterta prania!), żeby kasjerce było łatwiej. Ochrona sklepu nie patrzy na mnie przyjaźnie, bo przecież nie pakuję wszystkiego w przezroczyste foliówki, więc na pewno chcę coś ukraść pokątnie. Kasjerce także nie odpowiada moja “ekologia” – mimo opisania toreb musi ona do każdej zajrzeć i upewnić się, że zawartość zgadza się z opisem i dopiero wtedy może skasować towar, przy okazji marudząc pod nosem o “nowomodnych wymysłach”. Oczywiście nie mam do niej pretensji – na tym polega jej praca, by przypilnować co kupuje klient i czy nie próbuje na czymś oszukać, nie dziwię się jej także, że chciałaby swoje zadanie wykonać jak najszybciej, by nie drażnić stojących w kolejce klientów. Efektem może i jest trochę większa ekologiczność, ale wymowne spojrzenie sprzedawczyni i osób stojących w kolejce wywołuje u mnie głębokie poczucie winy.

Może więc należałoby spróbować zakupów w lokalnym warzywniaku? Kolejnego dnia podejmuję to wyzwanie, dziarskim krokiem wchodzę do sklepu, wybieram warzywa, przebieram w jabłkach, żartuję z panem wybierającym mi co ładniejsze marchewki. Eksperyment zdecydowanie przebiega przyjemniej, ba, nawet sprzedawca dzieli się ze mną swoim patentem na zwiększoną ilość prania – podobno doskonałym rozwiązaniem mają być piorące orzechy. Wracam do domu, googlam. Ich cena wywołuje u mnie lekki szok, ale mają mi służyć wielokrotnie, więc klikam, zamawiam, będę testować. Przy okazji udaje mi się kupić mydło bez żadnego plastikowego opakowania, więc przybijam sobie wirtualną piątkę – oto kolejny krok na drodze do czystszego środowiska!

Zero waste
Krem można robić samodzielnie, szczoteczkę do zębów właściwie pewnie też…(fot. Shutterstock)

Kupuję już ekologicznie, wiem jak prać i mogę się umyć nie produkując kolejnych odpadów. Tylko co teraz zrobić z odpadami powstałymi chociażby w procesie gotowania? Wszelkie obierki z ziemniaków, skorupki jajek to też odpad, jakby nie patrzeć. Zasięgam opinii na grupach facebookowych, jak chociażby Zero Waste Polska. Najczęściej przewijającą się odpowiedzią jest kompostownik i pytanie o najlepszy. Przegląd jest pełen, trochę więc googlam sama, wybieram najmniejszy jaki zmieści mi się na balkonie (tylko co z tymi co takowego nie mają? W domu trochę głupio trzymać taki sprzęt). Mam więc już gdzie “wyrzucać” odpadki organiczne, dodatkowo zyskuję też nawóz do roślin na balkonie czy w doniczkach.

Co w ogóle mi wolno?

Zastanawiam się, jakie dalsze kroki mogę podjąć na swojej bezodpadkowej drodze. Oczywiście i tutaj przychodzi mi z pomocą internet. Poleca mi się odstawienie butelkowanej wody na rzecz tej z kranu. Z niepokojem czytam tę poradę, szczególnie, że sama od dawna filtruję wodę za pomocą węglowych filtrów. “Filtry to kolejny odpad, a woda w mieście musi nadawać się do picia, pozbądź się uprzedzeń”. Nie czuję się na tyle kompetentna by dyskutować z tym argumentem, ale też daleko mi do przekonanej, zostaję więc przy filtrze i szukam dalej.

“Zamień papier toaletowy na niebielony, z recyklingu”, “zamiast pasty do zębów używaj sody oczyszczonej z aktywnym węglem”, “zbieraj wodę z mycia rąk i zmywania i używaj jej do podlewania kwiatów”. Kolejnym krokiem jest ograniczenie garderoby do minimalnej liczby strojów – bezodpadkowcy polecają sklepy z używaną odzieżą i kupowanie takich ubrań, które pasują do siebie wzajemnie oraz unikanie wielkich sklepów (napad zakupów twoim wrogiem!). Nie pamiętam kiedy ostatnio robiłam zakupy z czystej przyjemności, a moja garderoba od kilku lat jest minimalistyczna, więc znowu przybijam sobie piątkę zastanawiając się dlaczego wolimy tanie koszulki, uszyte w Chinach, zamiast kupić raz na dłuższy czas porządną koszulę od jakiejś lokalnej szwaczki. Zero Waste zazębia się doskonale z antykonsumpcjonizmem, czasami aż do przesady.

Jedzenie z odzysku

Dłuższe poszukiwania zwracają wyniki w postaci, na przykład, freeganizmu, czyli poszukiwania produktów spożywczych na śmietniku. Brzmi strasznie, a wielu z nas zapewne od razu wyobraża sobie brudnego bezdomnego wygrzebującego nagryzionego kebaba z kosza przy ulicy. Rzeczywistość wygląda jednak nieco inaczej – freeganie prawie całe jedzenie znajdują w koszach znajdujących się przy supermarketach, do których często lądują chociażby całe paczki jabłek, w których tylko jedno jest zepsute, a cała reszta nadaje się do jedzenia.

Zero Waste
Wszystko da się ponownie wykorzystać (fot. Shutterstock)

Bezodpadkowcy za granicą chwalą się nawet znaleziskami w postaci papieru toaletowego – sklepy wyrzucają niejednokrotnie ledwo naderwane paczki z których złodziej wyjął jedną czy dwie rolki przez co opakowanie automatycznie, zgodnie z zasadami, nie może zostać sprzedane. Absurd zakazów powoduje u mnie opad rąk i nawet zaczynam się cieszyć, że takie produkty się nie marnują, bo ktoś je znajduje i wykorzystuje.

Zero waste to sposób na życie?

Odpowiadając więc na pytanie zadane na początku tekstu – czy Zero Waste jest u nas możliwe? – mogę powiedzieć tylko, że tak, jest możliwe, ale czuję się jakbym wpadła do świata pełnego abstrakcji, zakazów, nakazów, gdzie jedyne, o czym wolno myśleć, to jak zmniejszyć ilość śmieci na świecie. Rozumiem szczytny cel, w końcu nikt ostatecznie nie chce żyć na wysypisku śmieci, ale chyba wolałabym działanie u podstaw. Czyli chociażby rozmowy z producentami by owoce pakowali w papierowe worki niż w folię.

Niespecjalnie wierzę, że kilka osób ruchu Zero Waste rozwiąże ogólny problem śmieci, którego można pozbyć się tylko i wyłącznie większymi zmianami, i to niekoniecznie po stronie konsumenta. To, czy stu konsumentów kupi zakupy w foliówkach niewiele zmieni – one i tak trafią na wysypisko śmieci, jeżeli nie zostaną użyte. Jeżeli jednak ktoś dzięki Zero Waste poczuje się lepiej i nie chce dokładać swojej cegiełki do globalnego problemu śmieci, to trzymam za niego mocno kciuki.

Karolina Mosur
Karolina Mosur
Ciekawa nowych technologii w lifestyle’owym ujęciu, miłośniczka starych gier i sprzętu o smaku białego jabłka. Zafascynowana kulturą japońską, książkami i gotowaniem. Po godzinach spędza czas przymierzając kimona i szukając przepisu na sernik idealny.
AUTOR

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.