“Girlboss” – prawda ciekawsza od fikcji

Sophia Amoruso – historia założycielki Nasty Gal
6 minut czytania
1345
1
Kasia Nowakowska
Kasia Nowakowska
13 maja 2017
Kathy Hutchins/Shutterstock.com

Serial “Girlboss”, oparty na historii założycielki marki Nasty Gal – Sophii Amoruso, w ciekawy sposób zderzył się z rzeczywistością. Premiera jednej z najnowszych produkcji Netflix zbiegła się z wiadomością o bankructwie ikony ruchu “girlpower”. Los pisze własne scenariusze i potrafi być cholernie złośliwy.

Amoruso jest niewątpliwie interesującą dziewczyną i zarazem uwspółcześnioną wersją amerykańskiego snu “od zera do milionera” – w wersji dla zbuntowanych dziewcząt. Jako rozsmakowana w stylistyce lat siedemdziesiątych dwudziestoparolatka zaczęła sprzedawać na eBayu ciuchy vintage i w ciągu kilku lat stworzyła z tego wart 300 milionów dolarów biznes. Nieźle, jak na jakąś postpunkówę bez wykształcenia.

Serial koncentruje się właśnie na tej dobrze znanej narracyjnej kliszy – jak społeczny wyrzutek bez grosza przy duszy realizuje swoje marzenia i osiąga finansowy sukces wbrew wszystkim i wszystkiemu. Wcielająca się w postać Sophii Britt Robertson nosi skórzane kurtki, klnie jak szewc i nie lubi, gdy faceci próbują wskazywać jej miejsce lub umniejszać jej sukcesy. Ikona pop-feminizmu, wypisz wymaluj.

Piszę to z lekkim przekąsem, ponieważ kwestie feminizmu są ujęte w serialu dość karykaturalnie i sprowadzają się de facto do dość agresywnej postawy wobec świata, prezentowanej przez bohaterkę. Natomiast prawdziwa Sophie Amoruso ma realne zasługi na polu tzw. girl-empowerment, czyli wzmacniania kobiet i kobiecości w życiu społecznym. Uważa się ją za jedną z kluczowych inspiracji dla kampanii społecznej “Ban bossy”, która wskazywała jak niszczące konsekwencje ma używanie wobec dziewczynek słowa “bossy” (władczy, dominujący) w charakterze obelgi, piętnującej ich asertywne zachowania czy próby narzucenia własnej woli. Twarzą akcji była między innymi Beyoncé z hasłem “I’m not bossy. I’m the boss” (Nie rządzę się, jestem szefową).

Kampania, sfinansowana przez Sheryl Sandberg, COO Facebooka i niestrudzoną wojowniczkę o to, by w biznesie i technologii było więcej kobiet na kierowniczych stanowiskach, ma swój początek w wydanej w 2014 roku autobiografii Amoruso pt. “Girlboss”. Założycielka Nasty Gal, oprócz opisania swojej drogi od nisko płatnych śmieciowych posad na szczyt własnego dochodowego biznesu, zawarła w książce wiele złotych myśli, zachęcających kobiety do większej samodzielności, walki o swoje i pozbycia się lęku przed byciem szefowymi.

Girlboss Sophia Amoruso
Sophia Amoruso (fot. TechCrunch, CC BY 2.0, wikimedia.org)

Prowadzona przez nią strona Girlboss jest w założeniu platformą łącząca kobiety, które szukają inspiracji i wsparcia w walce o swoje. Możliwe, że utalentowana i mająca smykałkę do biznesu Sophia zrobi z tego kolejną dochodową markę. Częścią tej marki – a być może sprytnie pomyślaną promocją – jest serial “Girlboss”, współprodukowany m.in. przez samą Amoruso. Nasty Gal, wbrew triumfalnemu tonowi serialowej narracji, jest już bowiem pieśnią przeszłości.

W 2014 roku na firmę spadło kilkanaście pozwów, między innymi od byłych pracownic, które twierdziły, że zostały wyrzucone z pracy, gdy zaszły w ciążę – niezbyt to “wzmacniająca” kobiety polityka. W wyniku sądowych batalii i by uniknąć złego PR, Amoruso ustąpiła z funkcji CEO firmy, którą pełniła od 2006 roku, gdy rozkręciła swój pierwszy sklep na e-Bayu. Gdy przekazywała fotel “szefowej” Sheree Waterson Nasty Gal było firmą wartą miliony, zaś sama Amoruso figurowała na liście najbogatszych kobiet świata. Business Insider nazwał ją nawet w 2013 roku “jedną z najseksowniejszych prezesek świata”, dodając, że jej wyczyny sprawiają, że “feminizm znów jest cool”.

Faktycznie, Amoruso zawsze opierała się na współpracy z kobietami, wielu umożliwiając realną karierę oraz inspirując rzesze kolejnych do tworzenia własnych biznesów. Sama znam kilka polskich młodych przedsiębiorczyń, które pierwsze samodzielne kroki stawiały pod hasztagiem #girlboss. Jej kreatywność, zapał, odwaga, a także rozpoznawalny styl i szyk przekładały się na sukces Nasty Gal. Wiele osób uważa, że to odejście założycielki i głównej siły napędowej marki spowodowało jej upadek. Pod koniec 2016 roku firma ogłosiła bankructwo, zaś w marcu tego roku, niedługo przed premierą serialu, media obiegła wiadomość, że Nasty Gal została sprzedana brytyjskiej platformie zakupowej boohoo.com. Niewątpliwie jednak do ruiny marki przyczyniły się wspomniane pozwy i konieczność zawarcia wielu kosztownych ugód.

Akcja serialu urywa się w 2008 roku wraz z założeniem przez Amoruso swojego własnego sklepu internetowego (już nie na eBayu, który usunął jej konto ze względu na naruszenie regulaminu platformy). To, czego film nie dopowiadał zrobiły gazety i serwisy internetowe mocniej zainteresowane sensacjami wokół prawdziwej Sophii, niż chęcią rzetelnego zrecenzowania produkcji filmowej. W sumie trudno im się dziwić, prawdziwa Sophia jest dużo ciekawsza niż jej grubo ciosana fikcyjna odpowiedniczka. Serial ani na moment nie wykracza poza kliszę i jest zwyczajnie nudny, mimo dwóch najcudowniejszych i najśmieszniejszych ludzi świata obsadzonych w drugoplanowych rolach – Ru Paula i Jima Rasha. Ich znakomite epizody trochę osładzają nijaka resztę, ale “Szefowa” zdecydowanie nie będzie rządzić moim sercem.

Kasia Nowakowska
Kasia Nowakowska
Od ponad dziesięciu lat "robi w słowie" jako dziennikarka, blogerka, felietonistka. Była redaktor naczelną internetowego serwisu dla kobiet Foch.pl i współzałożycielką BACHORA, humorystycznego magazynu dla sfrustrowanych rodziców. Ma za sobą pracę w prasie papierowej (m.in. Dziennik, Przekrój, Machina), ale bez trudu przeniosła się do internetu i tu czuje się u siebie. Nałogowo ogląda seriale, tłumaczy gry i komiksy, uwielbia przeprowadzać wywiady (i nienawidzi ich potem spisywać). Zwierzę miejskie, matka dzieciom (sztuk dwie) i fanka Davida Bowiego.
Put on your red shoes and dance the blues.
AUTOR

Komentarze

Jedna odpowiedź do ““Girlboss” – prawda ciekawsza od fikcji”

  1. Co do najnowszych produkcji Netflixa miałbym pewną uwagę, związaną z polityczno-ideologiczym zaangażowaniem, czasem kosztem artystycznej wartości i fabularnej zawartości. Ale ta uwaga dotyczyłaby nie tylko ich, a w zasadzie większości dzisiejszych produkcji X, XI i XII Muzy, zatem to temat na odrębny felieton… i dyskusję w szerszym gronie. 😉

    Korzystając z okazji polecam najświeższy dokument biograficzny Netflixa, fascynująco-odpychający portet makiawelicznego Rogera Stone’a.

Dodaj komentarz