Męcząca jedenastka – irytujące postacie z popularnych seriali

Macie swoje typy?
8 minut czytania
10343
21
Agata Połajewska
Agata Połajewska
26 maja 2017
fot. ABC

Nawet uwielbiając niektóre seriale, nie można czasem powstrzymać się od zgrzytania zębami podczas oglądania. Dzieje się tak wtedy, gdy na ekranie pojawiają się ONI.

Pisanie tego tekstu wiązało się z wieloma dyskusjami – podczas niektórych doszło nawet do gorszących scen i rzucania w siebie jedzeniem. Nie przeszliśmy do prawdziwych rękoczynów, ale okazało się – nie po raz pierwszy – że gusta czasem różnią się niezwykle mocno i naprawdę zaskakująco. Serialowe postacie, które niewiarygodnie mnie irytują bywają jednocześnie ulubieńcami moich znajomych, a moi ukochani z ekranu bywają ogólnie znienawidzeni.

Kolejność jest zupełnie przypadkowa – odławiałam wszystko z licznych notatek. Można też zgadywać, kogo nie znoszę ja, kogo moi rozmówcy, choć to zapewne dość oczywiste. Na listę trafili ci, którzy otrzymali najwięcej głosów – odpytałam około dwudziestu osób.

Proszę wybaczyć brak polskich tytułów – jestem bardzo przywiązana do oryginalnego brzmienia.

Lorelai i Rory Gilmore – „Gilmore Girls”

Panny Gilmore to wyjątkowa para. Fani serialu nie tylko niezwykle je kochają, ale równie mocno nienawidzą – wszystko zależy od odcinka, a czasem nawet całego sezonu (zwłaszcza najnowszy wzbudził sporo kontrowersji).

Najwięcej problemów sprawiają wiernym fanom, którzy serial obejrzeli po raz pierwszy lata temu, identyfikując się z Rory i jej szkolnymi i sercowymi problemami. Potem przyszedł czas na silniejsze uczucia do Lorelai, a oglądanie serialu dziś skutkuje u wielu osób pytaniem, czemu u licha babcia Emily nie lała regularnie naszych bohaterek nahajem po białych plecach.

Te uśmiechy są zwodnicze – w rzeczywistości panny Gilmore to istne potwory (fot. WB)

Panny Gilmore to przecież mistrzynie dramy, królowe egoizmu i zawzięte primadonny, które jawnie pogardzają ludźmi nie wykazującymi zrozumienia dla ich dekadenckiego (meh) stylu życia.

Lorelei jest niezdecydowaną marudą, która nie może żyć bez samobiczowania (samobitchowania?) się, a Rory to córka, którą należałoby wysłać do szkoły wojskowej, żeby nabrała nieco pokory.

Na szczęście ktoś wymyślił Emily, która jest absolutnie bezkonkurencyjna. O Paris Geller nie wspomnę, dobrze?

Piper Chapman – “Orange Is The New Black”

Co najmniej trzy osoby twierdzą, że lepiej oglądałoby się wszystkie sceny z udziałem Piper, gdyby było wiadomo, że skazana została na karę śmierci, a w ostatnim sezonie wyrok zostanie wykonany.

Piper jest odrażającą miągwą, która zdaje się nie rozumieć konsekwencji swoich czynów – i nie mówimy tu o tym, w jaki sposób znalazła się w więzieniu. Piper ma nieuzasadnione poczucie wyższości, które stanowi wybuchową mieszankę z jej jękliwością i egocentryzmem. Do płaczu mogą doprowadzić też sceny, gdy nasza bohaterka usiłuje odgrywać królową
zbrodni – serdecznie życzy się jej wtedy dłuższego pobytu w izolatce.

Taylor Schilling jest uroczą osobą, ale Piper to inna bajka (fot. Kathy Hutchins/Shutterstock)

Oczywiście wiadomo, że postać Piper ma drażnić i powodować przewracanie oczami. Jednak nie sposób oprzeć się myśli, że scenarzystom to zadanie udało się aż nazbyt dobrze. Nie zmienia to faktu, że na nadchodzący sezon serialu większość wiernych fanów czeka z mocnymi wypiekami.

Gemma Teller Morrow – “Sons Of Anarchy”

Nie sposób Gemmy perwersyjnie nie wielbić. Jednak śledząc i składając do kupy całą jej historię szybko dochodzi się do wniosku, że w piekle jest dla Gemmy zarezerwowane bardzo specjalne miejsce.

Gemma to przewrotny i dwulicowy potwór, w dodatku pozbawiony wszelkich skrupułów. Nawet miłość i rodzinne więzy nie powstrzymują jej przed zdradą, jątrzeniem i intrygami o tragicznym finale. Wiecznie przekonana o swojej racji, zawsze pewna, że to ona najlepiej wie, które zło jest mniejsze. Wiecznie wściekła i wiecznie pełna goryczy.

Zło w ludzkiej – i bardzo atrakcyjnej – postaci (fot. FX)

Z premedytacją i błyskiem w oku krzywdzi tych, których podobno kocha. Choć żywi się do niej wszechogarniającą nienawiść, nie sposób przestać o niej myśleć.

Czy jednak ten potwór w ludzkiej skórze – należącej do wspaniałej Katey Sagal – nie jest przypadkiem najlepszą postacią wymyśloną przez Kurta Suttera?

Hanna Horvath – “Girls”

Uparcie potrzebujecie serialu z przeintelektualizowaną, upośledzoną życiowo i wyjątkowo flejowatą bohaterką? To już go znaleźliście. Hanna to uosobienie wszystkiego, co może denerwować w serialowej postaci kobiecej, nawet przy założeniu, że obserwujemy głupiutką młodą… (słowo „dama” nie przejdzie tu przez klawiaturę) osobę, wchodzącą w trudne dorosłe życie.

Wyjątkowo niestrawna postać (fot. HBO)

W bonusie otrzymacie cały pakiet koszmarnych postaci (wiele z nich sprawia wrażenie, jakby miały poważny problem z higieną osobistą). Szkoda słów. Po prostu szkoda.

UWAGA: jeśli jesteś przed trzydziestką, możesz zlekceważyć ostrzeżenia i delektować się modnym serialem z intelektualną duszą! Po prostu zamykaj oczy, gdy na ekranie pojawi się Marnie.

Meredith Grey – “Grey’s Anatomy”

Aby oddać tej postaci sprawiedliwość – z sezonu na sezon (no dobra, od połowy serial) staje się mniej irytująca. Jednak nie sposób nie wymienić jej wśród tych bohaterek, które rozpalają widzów do białości i chęci rzucenia w telewizor czymś naprawdę ciężkim.

Panna Grey to kłębek nerwów i problemów, solidnie podlanych niewytłumaczalną niczym pychą i bezczelnością. W prawdziwym życiu miałaby szansę umrzeć samotnie, zjedzona przez owczarki alzackie. Lub zostałaby uduszona w mrocznym zaułku przez zirytowanych przyjaciół/współpracowników.

Krew, pot i drama (fot. ABC)

Meredith i Derek – mężczyzna o temperamencie i oczach starego spaniela – stanowią doskonały przykład pary, która zachęca do pozostania w stanie wolnym i długiego życia w czystości. I choć Mer staje się o wiele strawniejsza w późnych sezonach, nadal blednie przy innych bohaterkach serialu – czasem nawet przy tych, które w serialu nie goszczą zbyt długo.

Shonda Rhimes ma zresztą wyjątkowy talent do tworzenia postaci zmiennych, nierównych i męczących – czasem nawet zbędnych. Widać to w każdym sezonie „Grey’s Anatomy” po poznaniu nowego zespołu młodych adeptów sztuki medycznej. Na szczęście trup ściele się gęsto…

Kim Bauer – “24”

Cytując jednego z rozmówców: “Postać, przez którą zastanawiasz się, czy na pewno chcesz mieć dzieci”. Kim istnieje głównie po to, by wpadać w kłopoty i sprawiać je innym – zwłaszcza niezwykle zajętemu ojcu. Samo pojawienie się na ekranie znajomej – i irytującej – twarzyczki, powoduje pełne bólu westchnienie i tłukące się w głowie pytanie DLACZEGO?

Ciężko zapomnieć Elishy rolę Kim Bauer (fot. Stacey Newman/Shutterstock)

Oczywiście ciężko nie wytłumaczyć sobie zasadności wprowadzenia jej do scenariusza, jednak można sobie bez trudu (i z ogromną ulgą) wyobrazić, że Jack Bauer pozostaje bezdzietnym kawalerem. Jego serialowa żona także solidnie irytuje – na tyle, że pojawiła się wśród wielu głosów w mojej małej ankiecie.

Jeśli jednak zamiarem scenarzystów było wywołanie tak olbrzymiej fali niechęci do Kim, trzeba przyznać, że spece od castingu zrobili dobrą robotę. Elisha Cuthbert stanęła na głowie, by uczynić tę postać szczególnie nieznośną.

Deb Morgan – “Dexter”

Serialowa siostra jednego z najpopularniejszych psychopatów telewizji wywołuje obfitą pianę na ustach każdym pojawieniem się w oku kamery. Debra łączy w sobie tyle koszmarnych cech, że trudno wymienić je na jednym oddechu. Jest nie tylko prostacka, wulgarna i wyjątkowo prymitywna – a to, doprawdy, byłby już wystarczający zestaw. Jest też nerwową i histeryczną laską, która cierpi z powodu miliona kompleksów, obwiniając za swoje problemy wszystkich innych, tylko nie siebie.

Skrzywiona i wściekła lub głupio uśmiechnięta – istnieją tylko dwa oblicza Deb (fot. Showtime)

Z niejasnych powodów scenarzyści postanowili rozbudować postać Deb o całe tony dramy i naprawdę trudno w pewnym momencie nie zauważyć ze zdziwieniem, że irytująca i przesłodzona Rita (kolejna ze znienawidzonych bohaterek tego serialu) zaczyna drażnić o wiele mniej.

To w ogóle dość ciekawe, ale w „Dexterze” większość kobiecych bohaterek to osoby niezwykle drażniące. Deb wygrywa tu w cuglach właściwie tylko nieustanną obecnością.

Winona Hawkins – “Justified”

Winona Hawkins (później Givens) to podręcznikowy przykład kobiecej postaci, która musi być obecna w serialu, powinna być ważna, ale scenarzystom zabrakło na nią sensownego pomysłu. Winona – zwłaszcza zestawiona z przeuroczą i świetnie przemyślaną Avą – jest bezbarwna i mecząca. Nie można się powstrzymać od zastanawiania się, po jaką cholerę trzymają ją w zanadrzu przez tyle sezonów, poprawy bowiem nie ma żadnej – wręcz przeciwnie.

A mogłaby tu stać tylko trójka… (fot. Harmony Gerber/Shutterstock)

W pierwszym sezonie „Justified” da się ją spokojnie znieść, choć sceny z jej udziałem należą do najnudniejszych z nudnych. Później pozostaje jednie wyparcie – gdy grającej Winonę Natalie Zea nie widać na ekranie, można zapomnieć, że Winona istnieje. Niestety – uparcie wraca jak diabeł z pudełka, co jest szczególnie przykre, gdy zestawia się ją z kolejnymi pojawiającymi się w serialu kobiecymi bohaterkami. Nie jest dobrze, ale zawsze można się skupić na Boydzie Crowderze.

Sam Winchester/Dean Forester – “Supernatural”/”Gilmore Girls”

To nie pomyłka. Raz smutny łoś, na zawsze smutny łoś. Są dwie możliwości –  Jared Padalecki ma gigantycznego pecha do scenarzystów lub jest miernym aktorem, który faktycznie zawarł pakt z diabłem, by wystąpić w dwóch uwielbianych przez widzów serialach.

Gdy na ekranie pojawia się Padalecki, zaczynają się problemy. Ciężko bowiem odróżnić, który z seriali aktualnie oglądamy. Można na wszelki wypadek przyjąć, że gdy bohater wykazuje 100 procent pierdołowatości, obficie podlanej lukrem, oglądamy właśnie „Gilmore Girls”. Gdy jest zakrwawiony i ma focha – to prawdopodobnie „Supernatural”.

Czy Dean Winchester nie mógłby być jedynakiem?

Obydwie postacie mają paskudne charaktery, nieznośny wyraz twarzy i męczący sposób bycia. To naprawdę zadziwiające, że Rory po zaledwie kilku dniach nie dała mu Kafką po łbie, a Dean Winchester nie wykorzystał posiadanego sprzętu, by szybko stać się jedynakiem. Coś strasznego!

Kto się nie załapał?

W rozmowach pojawiało się wielu serialowych bohaterów, ale doszłam do wniosku, że nie ma po co w wyliczance wspominać o tych, którzy zostali powołani do życia przez scenarzystów wyłącznie by nas irytować – najlepszym przykładem jest tu Joffrey z „Game of Thrones”.

W dyskusjach pojawili się także:

  • Walter White (nie podjęłam się, bo nie byłam w stanie strawić tego serialu)
  • dawno zapomniany Xander z „Buffy the Vampire Slayer” (postać tak zbędna, że nie chciało mi się o niej wspominać)
  • Andie z „Dawson’s Creek” (przedstawiona mi lista jej wad była tak zróżnicowana, że nie wiedziałam, co wybrać)
  • 12 innych postaci z „Grey’s Anatomy” (stanowczo za dużo)
  • 10 postaci z „Walking Dead” (patrz: Walter White)
  • Sheldon z „Big Bang Theory” (jestem błędna, nie szalona)

O kimś zapomnieliśmy?

Agata Połajewska
Agata Połajewska
Dziennikarka, podróżniczka, redaktorka (i jeszcze parę rzeczy by się znalazło). Współpracowała z portalem gazeta.pl - współtworzyła serwisy foch.pl i weekend.gazeta.pl, pisywała artykuły kulturalne (niekulturalne też) oraz podróżnicze. Dziś pisze teksty dla serwisu Crazy Nauka oraz zawiaduje redakcją w IgiMag.
Mieszka i pracuje w internecie, choć wolałaby w Arizonie.
AUTOR

Komentarze