Nadchodzi premiera „Twin Peaks”. Z tej okazji – kilka wspomnień psychofanki

Nie oglądałeś? To może nie być tekst dla ciebie
13 minut czytania
1370
7
Agata Połajewska
Agata Połajewska
16 maja 2017
©ABC

Za tydzień o tej porze będziemy pewnie uczestniczyć w gorących dyskusjach na temat pierwszego odcinka nowego sezonu „Twin Peaks”. Niecierpliwie oczekuję tej premiery, ale troszeczkę się jej boję. Czy miłość będzie równie silna po latach?

Istnieją ludzie tacy, jak ja – psychofani, którzy minimum raz w roku muszą obejrzeć całość sprzed lat jeszcze raz. Bo może znowu coś się przegapiło? Bo może jednak coś się zmieni? Bo może dojdziemy do nowych wniosków? Bo może ten koniec nie jest tak straszny, jak przez lata nam się wydawało?

Lojalnie uprzedzam: drogi czytelniku, jeśli nie obejrzałeś tego arcydzieła popkultury do dziś, nie czytaj. Oglądaj! To nie będzie recenzja, to nie będzie rzetelny tekst o popkulturowym zjawisku. Wyleję tu po prostu wiadro uczuć.

Kilka wspomnień egzaltowanej nastolatki

Zwłaszcza to ostanie pytanie pozostaje w tej chwili otwarte. Coś, co zdawało się porażającym finałem, teraz stanie się nowym początkiem. Czy nowy sezon spełni oczekiwania? Trudno odpowiedzieć na to pytanie zdając sobie sprawę z tego, jak bardzo jesteśmy dziś serialowo rozpuszczeni.

W swoim czasie „Twin Peaks” było rewolucją. Większość moich rówieśników oglądała serial pokątnie – nic dziwnego, mieliśmy po jedenaście czy dwanaście lat (TVP2 rozpoczęło emisję serialu rekordowo szybko jak na tamte czasy – chyba już w 1991 roku), a nadawany późnym wieczorem serial budził zrozumiałe zdziwienie naszych rodziców, którzy przyzwyczajeni byli do nieco innych produkcji.

Skłamałabym mówiąc, że „Twin Peaks” to miłość od pierwszego odcinka – jako jedenastolatka nie rozumiałam kompletnie nic, bardziej pociągała mnie atmosfera, którą wokół serialu roztaczali moi rodzice, żywo dyskutując o nim przy każdej okazji ze znajomymi i używając wielu wykrzykników. Oglądałam więc serial chowając się za drzwiami i zasłaniając oczy w trudnych momentach. „Twin Peaks” pozostawało ezoteryczną rozrywką dla dorosłych.

Niespiesznym krokiem po miasteczku Twin Peaks

Do hotelu Great Northern i Double R Diner wróciłam dopiero jako osiemnastolatka. Miłość eksplodowała z hukiem. Do dziś powtórzyłam serial kilkanaście razy – czasem urządzając sobie weekendowe maratony, czasem oglądając na szybko ulubione odcinki. W miarę możliwości sprowadzałam na złą drogę przyzwoitych ludzi, którzy jakimś cudem ominęli to zjawisko. Wielu do dziś mi za to dziękuje – to fantastyczne uczucie.

„Twin Peaks” towarzyszyło mi w różnych momentach. W hotelach, w których spędzałam długie godziny podczas licznych podróży – woziłam ze sobą kiedyś wyjątkowo zjechaną płytę DVD ze słynnym (i wybuczanym przez część fanów i krytyków) „Fire, walk with me”. Na niekończących się dyżurach nocnych, w brzydkie popołudnia i bezsenne noce, a nawet w sytuacjach, w których wypadało skupić się na towarzyszu zamiast na ekranie. Nic jednak nie poradzę na to, że randki z Dalem Cooperem w tle nadal wspominam jako najbardziej udane. Jestem sentymentalną gęsią, choć mój uroczy charakter przypomina na co dzień raczej bombę Tsar. „Twin Peaks” zdecydowanie mnie rozmiękcza.

Obowiązkowe wyposażenie recepcji każdego motelu w North Bend i Snoqualmie (fot. Agata Połajewska)

Byłam niezmiernie szczęśliwa, gdy w kwietniu 2016 roku wysiadłam z samochodu w małym miasteczku North Bend, położonym w stanie Waszyngton – zaledwie rzut pieńkiem od Seattle. Właśnie to miasteczko – do spółki z pobliskim Snoqualmie – nadało Twin Peaks realnego kształtu. Nie będę rozwodzić się nad tym, co czułam, gdy jadłam placek i piłam kawę w Twede’s Cafe – dinerze grającym w serialu rolę Double R – nie czuję się na siłach, by te emocje opisać.

Nie opiszę też dobrze uczucia, które towarzyszyło mi, gdy z platformy widokowej przy wodospadzie patrzyłam na Salish Lodge – czyli serialowy hotel Great Northern. Nie opiszę też uczuć mojego towarzysza, któremu kazałam przejechać porządny kawał drogi tylko po to, by zobaczyć plażę, na której odnaleziono zawinięte w folię zwłoki Laury Palmer. Mogę za to opisać rozbawienie, które ogarnęło mnie po dojechaniu do motelu. Na zaszczytnym miejscu, przy księdze gości i sprayu do szyb stał okropny szkic, wykonany na podstawie studniówkowego zdjęcia Laury. Poczułam się spełniona. A dziś? Najzwyczajniej w świecie się boję.

Kult marudzenia

Najpierw ukazała się ta okropna książka. Obiecywana przez lata przez Marka Frosta historia wydarzeń w Twin Peaks, która miała dokonać małej rewolucji. Zaiste – miałam solidną rewolucję w żołądku, gdy czytałam tego koszmarnego gniota „Sekrety Twin Peaks”. Co gorsza, do dziś nie wiem, co właściwie poszło nie tak. Historia opowiedziana w serialu zyskała przecież oprawę. Problem polega chyba na tym, że jest to oprawa fatalnie napisana i momentami śmiertelnie nudna. Żyję nadzieją, że treść książki Frosta nie ma nic wspólnego z nadchodzącym serialem, bo jeśli tak będzie, to istnieje realna szansa, że nadrobię kilka tygodni bezsenności, a choć brzmi to nieźle, to naprawdę mnie nie urządza.

Nic się nie zmieniło (fot. Agata Połajewska)

Do worka problemów dorzućmy narzekania fanów, którzy przeżyli ciężki atak szału po ogłoszeniu obsady nowego sezonu. Faktycznie, lista wypłat pęka od gwiazd, choć niekoniecznie w klasycznym rozumieniu tego słowa. To oczywiście naturalne, że wszyscy spodziewali się tych samych twarzy – najlepiej równie młodych, a w przypadku pewnych konkretnych postaci, tak samo… porywających.

Tymczasem obsada budzi we mnie nadzieje, a nie wątpliwości. Laura Dern – doskonała aktorka, która udowodniła już, że fantazje Lyncha zupełnie jej niestraszne. Ostatnio pokazała, co potrafi, w popularnym i chwalonym serialu „Big Little Lies” – jednej z najlepszych produkcji ostatnich miesięcy. Trent Reznor – jego obecność gwarantuje porządne niespodzianki.  Jestem też ogromnie ciekawa, w jaki sposób David Lynch wykorzysta porcelanową Amandę Seyfried, mroczną Jennifer Jason Leigh czy… samego Eddiego Veddera.

Wielkie powroty

Cieszy też obecność tych, których najwierniejsi fani pamiętają doskonale. Nie mówię tu o jakże oczywistym MacLachlanie, Sheryl Lee czy Mädchen Amick (ta wystąpiła w zaskakująco dobrym serialu „Riverdale” – do obejrzenia na Netliksie, warto!). Wraca Miguel Ferrer, jako wspaniały agent Albert Rosenfield. Choć aktor zmarł w styczniu 2017 roku, możemy jeszcze ten jeden raz zobaczyć tę charakterystyczną twarz na ekranie – i to w TEJ roli! Wraca sam reżyser – oczywiście jako agent Gordon Cole – oraz David Duchovny, jako… no właśnie. Zgadnijcie – chłopiec czy dziewczynka?

Brak znaku nie zepsuł mi humoru (fot. Agata Połajewska)

Oczekiwania? Niby nie mam żadnych, ale…

Jedyne o czym marzę, to powrót do atmosfery, która wytwarza się w okolicach mojej kanapy wtedy, gdy odpalam jakikolwiek stary odcinek serialu. Ten z rybą. Ten z Josie i klamką od komódki. Ten, w którym pierwszy raz widzę Boba. Ten, w którym karzeł tańczy. Ten, w którym gigant pochyla się nad postrzelonym Cooperem. Ten z czerwonymi kotarami i podłogą w charakterystyczny zygzak. Ale tego nie muszę oczekiwać. Wiem, że to dostanę. Nie potrzebuję od tego serialu niczego innego. A wy?

No dobra, mam jeszcze jedno życzenie. Mam nadzieję, że w najbliższy poniedziałek każdy z nas – stęsknionych psychofanów – napisze z dumą na Facebooku – „To ja zabiłem Laurę Palmer”.

Agata Połajewska
Agata Połajewska
Dziennikarka, podróżniczka, redaktorka (i jeszcze parę rzeczy by się znalazło). Współpracowała z portalem gazeta.pl - współtworzyła serwisy foch.pl i weekend.gazeta.pl, pisywała artykuły kulturalne (niekulturalne też) oraz podróżnicze. Dziś pisze teksty dla serwisu Crazy Nauka
Mieszka i pracuje w internecie, choć wolałaby w Arizonie.
AUTOR

[FM_form id="1"]
Skup antyków Warszawa