Pisarze, którzy nie polubili ekranizacji swoich książek

Słowa popsute obrazami
9 minut czytania
3677
21
Radek Teklak
Radek Teklak
11 maja 2017

W ubiegłym tygodniu pisałem na bloga tekst o „Lśnieniu”. Audiobook ma formę słuchowiska, więc oczywiście wypłynął temat porównania kreacji głosowych z ekranizacją Kubricka. Gdy wypłynął temat ekranizacji Kubricka, natychmiast pojawiła się kwestia niechęci Kinga do tego, co Kubrick zrobił z jego książką.

Potem przypomniałem sobie ciepłe słowa, jakie słał pod adresem tego samego reżysera Anthony Burgess po tym, co Kubrick zrobił z jego „Mechaniczną Pomarańczą”. I pomyślałem, że może by sprawdzić, którzy pisarze mają problem z tym, co filmowcy zrobili z ich książkami.

Zrobiła się z tego wcale pokaźna lista.

Stephen King/Stanley Kubrick – Lśnienie

Oddajmy głos Stephenowi Kingowi: Podziwiałem Kubricka od długiego czasu i miałem wielkie oczekiwania co do projektu, ale rezultat końcowy mnie zawiódł. Główne zarzuty dotyczyły tego, że Kubrick nie poszedł w kierunku nadprzyrodzonych wydarzeń dziejących się w Hotelu Panorama. Zamiast tego poszukał zła w głównym bohaterze, Jacku Torrance, i zrobił z filmu historię o domowej przemocy, a nie o wpływie hotelu na nadwątlony umysł Jacka. Według słów Kinga: brak wiary Kubricka w projekt spowodował, że nie był w stanie nakręcić filmu, który byłby wiarygodny dla widzów.

King nie był też zadowolony z aktorskiej kreacji Jacka Nicholsona. Zanim się zirytujecie, tłumaczę dlaczego. King chciał, żeby dla widza było jasne, że Torrance przyjeżdża do Panoramy jako przykładny ojciec i mąż, zdrów na ciele i umyśle, a postępujące powoli szaleństwo ogarnia go dopiero pod złowrogim wpływem hotelu. Nicholson wykreował postać szaloną od samego początku.

Nieudane ekranizacje dobrych książek
All work and no play makes Jack dull boy (fot. Wikipedia)

Ostatni, nieco anegdotyczny, powód niechęci do Kubricka już jako reżysera, a nie adaptatora, wiązał się z różnicą czasową między Anglią a Stanami Zjednoczonymi. Ponoć Kubrick, jako obsesyjnie chorobliwy pedant, wydzwaniał do Kinga z najdrobniejszą sprawą, za nic mając fakt, że podczas gdy on pracuje, pisarz próbuje spać.

Koniec końców King był tak niezadowolony z filmu, że we współpracy z reżyserem Mickiem Garrisem stworzył miniserial wyemitowany przez ABC w 1997 roku. Widziałem, mam kilka uwag, ale na pewno jest wierniejszy temu, co King sobie zamarzył. A wersja Kubricka? Przez wiele lat bardzo ją ceniłem i uznawałem za jeden z najlepszych horrorów w historii. Próbowałem obejrzeć ją po raz kolejny kilka lat temu i poległem. Wendy to jedna z najbardziej irytujących postaci w historii kina, Danny gra po prostu źle, Nicholson w tylu miejscach szarżuje, że staje się własną karykaturą. Do tego film nieznośnie się ciągnie. Arcydzieło? Być może. Mnie „Lśnienie” wynudziło tak, że nie dokończyłem tego seansu.

Anthony Burgess/Stanley Kubrick – Mechaniczna Pomarańcza

Znowu Kubrick, znowu klasyczna książka, znowu niezadowolenie pisarza i licznych fanów. Zacząć jednak należy od tego, że Burgess był niezadowolony już z samego faktu jej napisania. Po latach wspominał z goryczą, że jest znany głównie albo wyłącznie jako autor „Mechanicznej Pomarańczy”. Książki, którą napisał w trzy tygodnie dla pieniędzy. Ale to jeszcze nie byłby taki duży problem.

Problemem było to, że książkę na warsztat wziął Kubrick i podszedł do materiału wyjściowego z właściwym sobie wdziękiem i dezynwolturą, wycinając z niego to, co mu nie pasowało, a zostawiając seks, przemoc, jeszcze więcej przemocy i przerysowaną do granic karykatury kreację Malcolma McDowella. Przy okazji, pracując na niepełnym wydaniu książki (bez ostatniego rozdziału), wypaczył całkowicie wymowę powieści, pozostawiając widza w przekonaniu, że Alex DeLarge został wyleczony i dalej będzie robił po nastajaszczy horror szoł ultrakuku. Bardziej tej książki nie dało się zakłamać.

Nieudane ekranizacje dobrych książek
Dobra metafora ekranizacji, która pomija najważniejszy rozdział powieści (fot. Pixabay)

Burgess żalił się, że film w bardzo łatwy sposób może zmylić widzów i dać im błędny klucz do interpretacji jego powieści. I że te błędne interpretacje będą prześladować go aż do śmierci. Wiele się nie pomylił.

Filmu nie lubię, widziałem go kilka razy z nadzieją, że w końcu do mnie trafi. Jako całość mnie irytuje, natomiast bardzo cenię sobie kilka scen: otwierającą w barze, glanowanie bezdomnego w tunelu, nocny wjazd do domu pisarza i Alexa śpiewającego „Singing in the rain”, klasyczne już ujęcie z klamerkami na oczach, sekwencja z wielkim penisem w domu bogatej pani oraz upadlający pokaz skuteczności kuracji Ludovica. O tak, w pojedynczych scenach ten film jest porażająco dobry. Jako całość mi się nie klei.

Książkę przeczytałem około pięćdziesięciu razy w wersji R, trzykrotnie w wersji A i raz w oryginale. Dlatego tym bardziej boli mnie masakra, jakiej poddał ją Kubrick. W tym sporze trzymam stronę Burgessa.

Richard Matheson/Ubaldo Ragona/Francis Lawrence – Ostatni człowiek na Ziemi/Jestem legendą

Richard Matheson ma pecha, bo Hollywood ekranizacjami jego książki „Jestem legendą” dręczy go od 1964 roku. Wtedy to powstała pierwsza: „Ostatni człowiek na Ziemi”. W roli głównej zagrał Vincent Price, a reżyserował Ubaldo Ragona, znany kompletnie z niczego. Nic dziwnego, że Matheson niezbyt pochlebnie wyrażał się o reżyserii. Do Price’a miał trochę mniej uwag, bo chociaż uważał go za błąd obsadowy, to szanował jego kreacje w innych filmach, do których napisał scenariusze.

Nieudane ekranizacje dobrych książek
Ni to wampir, ni to zombie (fot. Wikipedia)

W 1971 roku powstał film „Omega Man” z Charltonem Hestonem, ale materiał źródłowy został tak zmieniony, że trudno tu nawet mówić o ekranizacji książki. Dlatego Matheson rzadko wspominał o tej pozycji.

Miał natomiast do powiedzenia kilka ciepłych słów na temat filmu „Jestem legendą” z Willem Smithem w roli głównej: Nie wiem dlaczego Hollywood jest tak zafascynowany moją książką, skoro nawet nie zadaje sobie trudu żeby nakręcić ją tak, jak ją napisałem.

Bardzo mu się nie dziwię, bo w „Jestem legendą” na przykład kompletnie zmieniono zakończenie. Oryginalne, zgodne z duchem książki Mathesona, niezbyt dobrze sprawdzało się bowiem na pokazach testowych.

Winston Groom/Robert Zemeckis – Forrest Gump

W tym przypadku trochę poszło o treść, trochę o urażoną dumę i bardzo o pieniądze. Groom był niezadowolony z tego, że w filmie pominięto mnóstwo wątków z powieści, wygładzono język i wyrzucono seks.

Do tego musiał procesować się o 3 proc. zysków, które miał obiecane w kontrakcie. Szczwani producenci oznajmili mu bowiem, że po odjęciu kosztów produkcji i reklamy, film nie przyniósł zysków. Kreatywna księgowość się opłaciła, bo Groom dostał 350 tys. dolarów za prawa do książki i dodatkowe 250 tys. dolarów od studia. Według danych, film na całym świecie przyniósł 680 milionów dolarów. Przy budżecie 55 milionów, sporo musieli wydać na produkcję i marketing.

Nieudane ekranizacje dobrych książek
Forrest Gump point – to tutaj Forrest zdecydował, że nie będzie dalej biegł. W tym miejscu znalazł się również autor książki, po tym jak go wykolegowali producenci (fot. Shutterstock)

Ostatnim splunięciem w twarz, bo inaczej tego nie potrafię nazwać, było zachowanie ekipy na gali oscarowej. Film otrzymał sześć statuetek. W żadnej z mów nie wspomniano ani słowa o autorze książki, na podstawie której powstał film. Trochę to obrzydliwe.

Clive Cussler/Breck Eisner – Sahara

Dirk Pitt i historie o nim mają licznych wyznawców. Krew szybciej zaczęła krążyć w ich żyłach, gdy dowiedzieli się, że powstaje ekranizacja powieści „Sahara”. Autor cyklu powieściowego, Clive Cussler, miał mieć pełną kontrolę nad scenariuszem. Obsada dość dobra, bo Matthew McConaughey (jeszcze nie tak znany) i Penelope Cruz. W sumie gotowy przepis na hit frekwencyjny.

Film okazał się kompletną klapą. Przy budżecie 145 milionów dolarów, przyniósł jedynie 68 milionów. Cussler stwierdził, że powodem było niedotrzymanie umowy, w wyniku czego nie dostał pełnej kontroli nad scenariuszem. Pozwał wytwórnię na 38 milionów dolarów (trochę mi się od tych sum kręci w głowie), ale przegrał. Nie dość tego. Sąd nakazał mu zapłacić 14 milionów kosztów obsługi prawnej, które poniosła firma producencka. W 2010 roku wyrok uchylono i od tamtej pory Cussler unika filmowców jak ognia i zarazy.

Nieudane ekranizacje dobrych książek
Gdyby w filmie zagrał tylko ten krzak, film byłby tańszy i tak samo dobry, jak wersja z aktorami (fot. Shutterstock)

Co ciekawe, w 1980 roku powstała ekranizacja innej jego powieści „Raise the Titanic” („Podnieść Titanica”). Pomimo świetnej obsady, wśród której byli zdobywcy Oskarów, Jason Robards i Sir Alec Guiness, film okazał się kompletną porażką finansową. Do tego reżyser, dwóch scenarzystów i jeden aktor dostali nominacje do Złotych Malin, taki to był zły film.

W tym przypadku trochę mi żal. Dawno temu przeczytałem kilka powieści awanturniczo-przygodowych Cusslera. To gotowe scenariusze na miłe, letnie blockbustery. Szkoda, że sam autor nie wierzy chyba w prawdziwość powiedzenia „do trzech razy sztuka”, bo od czasu „Sahary” nie ma ochoty współpracować z Hollywood.

Kilka drobniejszych nieporozumień

Anne Rice nie do końca zgadzała się z obsadzeniem Toma Cruise’a w roli wampira Lestata w „Wywiadzie z wampirem”. Lokalizując jej porównanie, to tak jakby czułego amanta i namiętnego kochanka miałby grać Janusz Rewiński. Obsadę filmu skomentowała następująco: jest ona tak dziwaczna, że niemożliwością jest wyobrażenie sobie, jakby to miało zadziałać. Jednak po premierze doceniła kreację Cruise’a i pochwaliła pracę, jaką wykonał nad rolą. Nie lubi natomiast „Królowej przeklętych” i odradza swoim fanom oglądanie filmu, który w taki sposób okaleczył jej książki. Widziałem „Królową przeklętych”, przyznaję Rice sto procent racji.

Pomimo tego, że „Lot nad kukułczym gniazdem” zebrał worek Oskarów, Ken Kesey nie był filmem zachwycony. Powodem mógł być fakt, że miał pomagać w produkcji, ale po dwóch tygodniach zrezygnował. Sam twierdził przez długi czas, że filmu nie widział, i że skandalem jest to, że twórcy filmu nie nakręcili go z punktu widzenia Wodza Bromdena. Wsypała go żona, która zeznała, że Kesey jednak był zadowolony, że film powstał.

J.D. Salinger zobaczył ekranizację swojego opowiadania „Unce Wiggly in Connecticut” pod zmienionym tytułem „My Foolish Heart” i skamieniał ze zgrozy. Słodka do urzygu historia miłosna tak go zdegustowała, że zaprzysiągł, że nigdy więcej żaden scenarzysta nie zmasakruje tak jego tekstu. Już wiecie dlaczego nigdy nie dostaliśmy filmu „Buszujący w zbożu”.

Radek Teklak
Radek Teklak
Lubię popkulturę, Excela, książki, rower i żagle. Po godzinach jeżdżę komunikacją miejską i słucham, co ludzie mówią. Przez 16 lat analizowałem w korporacjach, teraz zrządzenie losu sprawiło, że piszę na swojej stronie teklak.pl, piszę na Facebooku, z tego pisania wydałem dwie książki, a trzeciej jestem współautorem. Jakoś tak wyszło.
AUTOR

Komentarze

21 odpowiedzi na “Pisarze, którzy nie polubili ekranizacji swoich książek”

  1. A rozczarowanie Lema adaptacjami ‚Solaris’, zarówno Tarkowskiego, jak i Soderbergha?

    • To jest właśnie problem z selekcją materiału do tekstu. Chciałbyś napisać o wszystkim, a musisz ciąć. Aczkolwiek o Lemie faktycznie powinienem wspomnieć. Na szczęście komentatorzy tutaj i na Facebooku rzucili mi tyle propozycji autorów, o których mógłbym jeszcze opowiedzieć, że może zrobię kiedyś z tego drugi tekst.

        • No ba, oczywiście że są. Ale się trochę wstydzą. A tak poważnie, wygodniej im pewnie komentować na Facebooku pod zajawką tekstu.

      • Ależ koniecznie drugi tekst! Wzorem obecnych trendów kinowych, gdzie bez sequela ani rusz.

        Poza tym w porzo się czyta Twoje teksty tutaj. Widać zza nich człowieka chcącego zainteresować swoimi zainteresowaniami, a nie nastęczyciela kontentu.

  2. Lśnienie…
    Przez kilkadziesiąt lat słyszysz „arcydzieło”, ale nie oglądasz. „Arcydzieło” urasta do rangi „Arcy-arcydzieła”. Wręcz boisz sie obejrzeć. Boś nie godzien.

    Nadchodzi dzień odwagi, postanawiasz dotknąć Jabłka… Rozpoczynasz seans, nie mrugasz, aby nie stracić jednej klatki – rewelacyjny początek zwiastuje ucztę… Bzzzzzzbzzz-pfff, mija 1,5 godziny… I siedzisz na fotelu ten Nicholson pod krzakiem… Łot… Da… Fffak?!

    „Co? Te psiary święte?”…

    To jest takie rozczarowanie, że trzeba je przeżyć 😉

  3. Mowia,ze kazdy film,w którym King macza palce jako scenarzysta,musi okazac sie niewypalem 😉 Cos w tym jest. Chlubnym wyjatkiem, jest tu moim zdaniem „Smetarz dla zwierzakow”. A „Lsnienie” wg Kinga? Bardzo,bardzo nierowne. Dobre sceny (np kobieta w wannie) i sceny denne (ckliwa koncowka). Dobrze obsadzeni aktorzy (Jack Torrance) i tragiczne pomylki (Danny!!!). Nie jestem tez wielka fanka „Lsnienia” Kubricka,ale jednak jest ono o klase lepsze od miniserialu Kinga. Co najmniej o klase 😉

    • Co najmniej o klasyk! Niepokojąco-fascynującą manierę aktorską szalonego Jacka Nicholsona najlepiej oddaje scenka ‚Here’s Johnny!’ Takim go pewnie zapamiętamy, bardziej niż rozłożonego salonowym lwem diabła w szlafroku (Czarownice z Eastwick), zazdroszczącego Batmanowi zabawek Jokera, zgrywusa w dokerce spoglądającego nonszalacko w niebo nad kukułczym gniazdem, czy świeżo owdowiałego emeryta Schmidta budzącego się ze zmierzwionym włosem na dachu własnego wozu kempingowego.

      Do tego kilka innych scen, które przeszły już do historii kina. Chyba tylko ‚Barton Fink’ lepiej przekazał przeraźliwą samotność hotelowych korytarzy.

      • Tu nie chodzi o to, czy film Kubricka sie podoba,czy nie. Jednych bedzie meczyc,innych zachwycac,normalne. Jednak jest on zrealizowany kunsztownie w swojej konwencji (ktorej to konwencji wcale nie trzeba „kupowac”) i ma jakies tam wartosci artystyczne,nie tylko rozrywkowe. „Lsnienie” Kinga jest przy nim jak chipsy przy kawiorze. Nawet jako horror klasy B nie bryluje w swojej kategorii. Co pisze z bolem, bo Kinga kocham od zawsze i na zawsze. Ale filmy to on knoci 😉

    • Oraz o tym, że King nie rozumie języka obrazu i nie czuje ani kina, ani telewizji, wiedzą wszyscy jego fani. To absolutnie niesamowite, jak bardzo źle robi rzeczy. Trauma po serialu Under the Dome (Pod Kopułą) trzyma mnie do dzisiaj. Gdyż bohatersko zmęczyłem pierwszy sezon, licząc na to, że to się rozkręci. W drugim padłem w połowie bodaj drugiego odcinka.
      No ale nie można być genialnym we wszystkim.

      • Ja co jakis czas wracam do „Lsnienia” Kinga, zeby odnalezc w nim klimat ksiazki- i wciaz go nie odnajduje. (Tylko jakies blade cienie i ledwo wyczuwalne posmaki.) Co jest dla mnie przedziwne,bo niby jest to bardzo wierna adaptacja. A jednak- to, co w ksiazce budowalo napiecie- film rozwleka. To co w ksiazce smucilo i wzruszalo- w filmie smieszy, albo irytuje. Nie rozumiem co poszlo nie tak. King chyba tez nie rozumie 😉 Ale zgadzam sie,ze nie mozna byc we wszystkim genialnym,to byloby wrecz nieprzyzwoite!

    • Wiele ekranizacji powiesci Kinga jest swietnych. Moja ulubiona to chyba „Misery”. Ciekawe czy do tego filmu King tez mial „waty” 😉

      • Misery lubi. Podczas mojej amerykańskiej wycieczki odwiedziliśmy po dużej znajomości studio Kinga, gdzie robi biznesy. Lokalizacja tajna, bo w poprzednim miejscu nachodzili go ludzie, przy których niektórzy jego bohaterowie (jak na przykład Randall Flagg) to sympatyczne ziomki. I na korytarzu wisi wielki obraz, na którym do Kinga od tyłu podchodzi Kathy Bates. Więc raczej wątów nie ma.

          • Trochę prywaty zasunę. Więcej o Kingu i naszej amerykańskiej wyprawie możesz poczytać w książce „Przez Stany POPświadomości”, której mam przyjemność być współautorem. Znaczy ja tam głównie przeklinam w tekstach pisanych na gorąco, książka firmowana jest nazwiskiem naszego redakcyjnego kolegi Kuby Ćwieka, który napisał jej największą część.
            Fragment o wizycie w Bangor ma 15 stron w części Kuby i Bartka Czartoryskiego i 5 w mojej. Można przeczytać w księgarni między półkami.

  4. Radek, No i jeszcze LEM Stanisław. Strasznie wielkie miał nadzieje na ekranizacje swoich powieści, ale jak już powstały to zadowolony delikatnie mówiąc nie był. Podobno kłócił się z Tarkowskim na planie SOLARIS, zarzucał mu dyletanctwo i uproszczanie powieści. Długo jeszcze po premierze byli skłóceni. Całkowicie negatywną opinię miał o koprodukcji polsko enerdowskiej MILCZĄCA GWIAZDA adaptującej jego powieść ASTRONAUCI. Podobno miał użyć wręcz określenia „dno dna”. TEST PILOTA PIRXA – koprodukcja ze Związkiem Radzieckim w reżyserii Marka Piestraka też nie spełniła jego oczekiwań. Nieco bardziej przychylny był do SOLARISA w reżyserii Soderbergha, w której docenił warstwę wizualną, nadal krytycznie odnosząc się do adaptacji treści (wszak to remake Tarkowskiego). Na prawdę zadowolony był ponoć jedynie z Wajdowskiej noweli PRZEKŁADANIEC – ale cóż – był on tam autorem scenariusza 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akcetuję ją.