Polscy kierowcy są jak stado zombie. Pół biedy, gdyby szukali mózgu zamiast zagłady

Jak nie oszaleć na drodze?
5 minut czytania
699
11
Konrad Bagiński
Konrad Bagiński
31 maja 2017

Moim skromnym zdaniem polscy kierowcy są najlepsi na świecie. Tak konkretnie to chodzi mi o tych, którym udało się przeżyć. Bo choć na naszych drogach w ostatnich latach nieco się poprawiło, to i tak jeździmy jak banda wariatów, którzy zamierzają ku samozagładzie.

I niech każdy, kto chciałby w tym momencie powiedzieć „ale ja jeżdżę ostrożnie!” zamilknie i walnie się w pierś, przypomniawszy sobie pierwej wszystkie głupie rzeczy, jakie zrobił za kierownicą. Z pewnością znajdą się tacy, którzy są czyści jak łza. Ja kiedyś poznałem jednego. To słynny onegdaj policjant z drogówki, który nigdy nie przekraczał dozwolonej prędkości i nie łamał przepisów. Nikt nie chciał z nim jeździć w dalsze trasy, bo trwało to w nieskończoność i było potwornie nudne. Ale czy to, że będziemy jechać dłużej, tłumaczy to, że większość ludzi na drogach po prostu gna na złamanie karku? Ten facet po prostu nie łamał przepisów i samo to wystarczyło, żeby większość ludzi uznawała go za dziwaka.

Wieczne poszukiwanie mózgu…

Mieszkam w mieście. Na co dzień poruszam się po nim rowerem. Czyli wiadomo – lewak, Żyd i pewnie sodomita. Poruszam się też pieszo, samochodem jeżdżę rzadko. Ale lubię, żeby nie było. I coraz częściej mam ochotę wolniej przejeżdżać przez przejazdy, wolniej przechodzić przez pasy itd. Nie dalej jak pół godziny temu wracałem z zakupami do domu. I na drodze między bazarkiem a osiedlem, takiej, że to stada dzieci, staruszków i ludzi siatami objuczonych przełażą co chwila, mistrz kierownicy w fordzie transicie urządził sobie krótki wyścig ze swoim cieniem. Krótki, bo ta ulica ma w całości ze 300 metrów, 6 przejść dla pieszych i przystanek autobusowy. No i jakiś miszcz kierownicy w dostawczaku usiłował mnie rozjechać. W mieście jeździmy pięćdziesiątką, on miał na zegarach sporo więcej. Po co?

Ostatnimi dniami wdałem się w krótką publiczną polemikę z Agnieszką Gozdyrą. Taka dziennikarka Polsatu, bardzo aktywna na Twitterze. Raczyła była stwierdzić, cytuję „Za jazdę czterdziestką tam, gdzie dozwolone jest siedemdziesiąt, odbierałabym prawo jazdy”. Wyraziłem swoją dezaprobatę dla takiego stylu i treści wypowiedzi. Dodałem również swoją wątpliwość co do cytowanych przez panią Agnieszkę przepisów. Otóż faktycznie w polskim kodeksie drogowym jest przepis, mówiący o tym, że jazda ze zbyt niską prędkością, utrudniająca poruszanie się innym pojazdom jest w Polsce zabroniona. Nie jest jednak zdefiniowana.


Otóż znak ograniczenia prędkości do – powiedzmy – 70 km/h nie jest znakiem nakazującym jazdę z taką prędkością. Ba, jeśli ta 70-tka znajduje się w terenie zabudowanym, to ciągnięcie auta na holu możliwe jest z prędkością – uwaga – 30 km/h. A że holowanie jest zgodne z prawem, to każdy kierowca musi być przygotowany na to, że może na taki zestaw natrafić. Musi też zdawać sobie sprawę z tego, że może trafić na rowerzystę, który – o ile nie jest Rafałem Majką i nie zjeżdża z jakiegoś szczytu, dosłownie trzymając się ramy własnymi jajami – nie osiąga prędkości 100 km/h, lecz w porywach do 30. No i trzeba na takiego delikwenta uważać, o ile oczywiście może się on po danej drodze zgodnie z prawem poruszać. A są to tylko dwa przykłady na to, że jazda czterdziestką przy siedemdziesiątce nie jest grzechem i podłością, mającą na celu szarganie nerwów dziennikarkom Polsatu, lecz koniecznością i normą.

Nie wiem, którędy i gdzie poruszała się pani Gozdyra, więc trochę gdybam. Ale to jest ewidentny przykład miszcza kierownicy, który jest przekonany o swojej omnipotencji. Robiłem różne głupie rzeczy za kierownicą, narzekałem na zachowania kierowców, ale nigdy, przenigdy nie kląłem na osoby jadące przepisowo lub wolniej. W takim aucie może siedzieć starszy gość, który czuje się bezpiecznie, gdy jedzie o 10 czy 20 km/h wolniej, niż dopuszczają to przepisy. Może jechać nim kobieta z rozwrzeszczanym dzieckiem, któremu musi poświęcić nieco uwagi, może być to osoba, która się nieco zagubiła i szuka adresu. Powodów do tego, żeby jechać wolniej, są dziesiątki. Powodów dla zapieprzania – niewiele. Jestem w stanie zrozumieć sytuację, gdy ktoś spieszy się do lekarza, ratuje komuś życie lub zdrowie. Bo bycie spóźnionym nie jest żadnym wytłumaczeniem. Jedziesz do pracy czy na spotkanie? Lepiej dojedź w jednym kawałku i nie zabijając nikogo po drodze.

Czy najniższa prędkość powinna być ustalona z góry? Hm.

Jeszcze jedno. Pamiętacie jak na początku 2016 roku straże miejskie straciły możliwość stawiania fotoradarów? Ja pamiętam, bo uznałem, że to całkiem dobre rozwiązanie. Ale zmieniłem zdanie. Instytut Transportu Samochodowego na zlecenie Krajowej Rady Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego zbadał co się dzieje w miejscach, z których zniknęły miejskie i wiejskie fotoradary. Liczba ofiar śmiertelnych wzrosła o 46 proc. Hm. Zżymałem się na te łapanki, zdjęcia i inne takie, ale widzę, że nie było warto. U nas na drogach ginie 3 tysiące ludzi rocznie! A do tego dochodzi jeszcze 30 tysięcy wypadków. Przypomnę, że wypadek to takie zdarzenie, w którym są ranni. Zarówno tacy, którzy skręcili kostkę, jak i tacy, którym urwało nogi. A wiecie co jest przyczyną większości takich zdarzeń? Nadmierna prędkość. Której po tym, jak zabrakło fotoradarów, prawie nikt Polsce nie kontroluje. Drogówka? Wolne żarty. Ile razy do roku widzisz patrol drogówki? Raz na 500 czy 1000 kilometrów? I to ma być kontrola?

A już najśmieszniej wyglądają polscy miszcze kierownicy poza granicami kraju. Nagle okazuje się, że ktoś, kto tnie bez wyobraźni po kraju nad Wisłą, precyzyjnie dostosowuje się do przepisów nad Łabą, Renem czy Wetławą. A dlaczego? Bo mandaty drogie a drogówka sroga. Czyli można.

Konrad Bagiński
Konrad Bagiński
Dziennikarz. Pasjonat motoryzacji w każdym wydaniu. Uwielbia zapach benzyny, kryminały i wędrówki po lesie.
AUTOR

[FM_form id="1"]