Biochemia kaca. Jak go skutecznie koić lodami?

Co łączy pijane szczury z Kalifornii i skacowanych obywateli Korei Południowej
14 minut czytania
2964
9
Justyna Lesiak
Justyna Lesiak
26 czerwca 2017

Poranki na kacu są straszne. Nieporównywalnie straszniejsze są jednak następujące po nich długie, rozlazłe godziny, szczególnie jeśli mamy pecha spędzać je w pracy. Wtedy naprawdę nie ma znaczenia, czy kopiemy rowy, czy tylko uzupełniamy tabelki w Excelu.

Nawracające fale mdłości i nieustający tupot białych mew będą nam cały dzień przypominać, że sami sobie na to zasłużyliśmy. Nikt nas w końcu nie zmuszał do zakończenia imprezy, rozpoczętej piña coladą, dwiema butelkami podejrzanie taniego wina. Przyjęcie zaproszenia na degustację pędzonego w tajemnej komórce i słynnego na pół dzielnicy bimbru miłego sąsiada, pana Stasia, też nie było pomysłem stulecia.

Rozpaczliwie kojąc pragnienie zimnym sokiem pomarańczowym i łykając tabletki z glukozą, nawet nie przypuszczamy, że oto nasz organizm resztkami sił próbuje ratować się przed potencjalnie śmiertelnym alkoholowym zatruciem. Nie mamy też pojęcia, że właśnie dokładamy się do strat rzędu miliardów złotych rocznie.

Polska, Korea Południowa, kac i miliardy

Nie tylko Polacy nie stronią od alkoholu – obywatele Południowej Korei też potrafią pić. I piją dużo. Najwięcej spośród mieszkańców kontynentu azjatyckiego. Ich średnia spożycia per annum wynosi około 12,3 litra mocnego alkoholu na głowę, a w samym tylko 2013 roku nadmierne pijaństwo wygenerowało w Korei straty rzędu 8 miliardów dolarów amerykańskich. Na tę monstrualną kwotę składają się, podobnie jak u nas, koszty leczenia, przedwczesnych zgonów, obniżonej efektywności w pracy i kacowych zwolnień. Gwoli porównania – w Polsce w 2011 roku, według NFZ, na samo leczenie skutków picia i uzależnienia wydano ponad 421 milionów złotych. Z kolei Państwowa Agencja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych i WHO szacują, że koszty społeczne i ekonomiczne ponoszone przez budżet państwa z powodu nadużywania alkoholu utrzymują się na poziomie od 1,3 proc. do 3 proc. PKB. W Polsce odpowiada to kwocie sięgającej niemal 45 miliardów złotych (ok. 12 mld USD).

Jednak kac to nie tylko liczby, szacunki i waluty. To przede wszystkim efekt ogromnych szkód, jakie wyrządzamy organizmowi nawet w trakcie pozornie niewinnego „towarzyskiego” picia. Tylko co do tego mają Koreańczycy? Otóż w obliczu pojawienia się naprawdę palącego zapotrzebowania na cudowne remedium, jedna z sieci supermarketów wypuściła interesujące i ponoć bardzo efektywne „lody na kaca”. Co ciekawe, niektórzy naukowcy określają jeden ze składników deseru „lekiem na całe alkoholowe zło”. Jednak po kolei. Najpierw krótko o kacu.

Kac molekularnie i krok po kroku

Z metabolizmem alkoholu sprawa jest nieco bardziej skomplikowana, niż mogłoby się wydawać. Mamy bowiem różne wersje enzymów, za pomocą których radzimy sobie z rozkładaniem toksycznego etanolu do obojętnych wody i dwutlenku węgla. Molekularnie patrząc, 1 mol etanolu jest rozkładany przez enzymy zwane dehydrogenazami alkoholowymi (ADH) do 1 mola aldehydu octowego. Na chromosomie 4 mamy zakodowane 3 podjednostki dehydrogenaz działających w wątrobie, α, β i γ, z których dowolnie wybrane dwie utworzą funkcjonalny enzym ADH. W teorii mamy zatem w sumie 6 wątrobowych dehydrogenaz alkoholowych – w praktyce aktywność poszczególnych podjednostek różni się nie tylko między sobą, ale także między osobnikami i rasami. Również rozkład 1 mola aldehydu octowego do 1 mola obojętnego naszemu ustrojowi kwasu octowego (którego wodnym roztworem jest stojący na półkach sklepowych ocet) zachodzi w nietypowy sposób. Ma miejsce bowiem jednocześnie i w cytoplazmie komórki, i w mitochondriach, zwanych też fabrykami energii. Odpowiadają za niego dwie dehydrogenazy aldehydowe (ALDH) – ALDH1 za reakcję cytoplazmatyczną, ALDH2 za mitochondrialną, która „przerabia” znaczącą większość aldehydu.

Następnie kwas octowy wchodzi w ścieżki metaboliczne na co dzień używane przez organizm i kończy jako woda i dwutlenek węgla. Cały proces jest wysokoenergetyczny – 100 gramów czystego etanolu dostarcza aż 450 kcal energii, zanim jednak dojdzie on do końca, alkohol i aldehyd octowy potrafią nieźle namieszać w naszych organizmach.

Maraton, po którym przybieramy na wadze

Odchorowanie nocnej libacji potrafi być dla naszego ciała wysiłkiem równym przebiegnięciu długodystansowego biegu – odwadniamy się, następuje rozpad białek i tłuszczów, tracimy elektrolity oraz witaminy. Jednak zamiast zeszczupleć, przybieramy na wadze. Dlaczego? Co prawda, z punktu widzenia biochemicznego, alkohol to cząsteczka o wartości energetycznej wyższej niż glukoza (mająca 400 kcal/100 g), ale to nie jego kaloryczność jest winna tyciu. Problem leży w zmianach metabolicznych, które wywołuje przeprocesowanie etanolu, i które prowadzą przede wszystkim do zahamowania syntezy glukozy oraz spadku poziomu cukru we krwi.

Odchorowanie nocnej libacji potrafi być dla naszego ciała wysiłkiem równym przebiegnięciu długodystansowego biegu

Głodni i osłabieni, sięgamy po słodkie napoje oraz tłuste potrawy, często podwajając liczbę spożywanych dziennie kalorii. Jakby tego było mało, podwyższa nam się poziom kwasu mlekowego, zaburzona jest gospodarka białek i tłuszczów, wprowadzając nasz organizm w stan lekkiej konfuzji metabolicznej. Suszenie i mdłości to również wina etanolu, który ma silne właściwości diuretyczne, czyli zwiększające produkcję moczu (3 szoty wódki to 0,6 do 1 litra wydalonego moczu), i który hamuje działanie wazopresyny, hormonu odpowiedzialnego za absorpcję wody do krwiobiegu z kanalików nerkowych. Nie pomoże popijanie czy ograniczenie się do piwa lub wina. Pobudzą tylko produkcję kwasów żołądkowych, czynności wydzielnicze trzustki i perystaltykę jelit, przyczyniając się do wymiotów, biegunek i bólu brzucha.

Całe szczęście na to okropieństwo jest remedium. Pomaga ono nie tylko skacowanym Koreańczykom, ale też laboratoryjnym szczurom.

Szczury pijane w imię nauki

Jing Liang z University of California był zafascynowany problematyką zmian zachodzących w ośrodkowym układzie nerwowym podczas nadużywania alkoholu. Fascynował się też najwidoczniej szczurami, gdyż wraz z zespołem naukowców zapewnił zwierzętom najprawdziwsze, regularne libacje, a później próbował leczyć ich skutki. Wyniki swoich badań zamieścił w Journal of Neuroscience. Tych, którym się wydaje, że między człowiekiem a gryzoniem zieje ogromna przepaść, Liang uspokaja – szczury reagują na etanol podobnie jak ludzie. I podobnie jak u nas, tak i u często imprezujących zwierząt zachodziły charakterystyczne zmiany w mózgu, które po gwałtownym odstawieniu alkoholu odpowiadają za zespół abstynencyjny, w skrajnych przypadkach mogący doprowadzić do osławionego delirium tremens − majaczenia alkoholowego.

Zespół naukowców zapewnił zwierzętom najprawdziwsze, regularne libacje, a później próbował leczyć ich skutki

Etanol bowiem, jako bardzo mała cząsteczka, z łatwością przenika przez barierę krew-mózg i wybiórczo wpływa na funkcjonowanie niektórych neuronów, zmieniając ich aktywność. Stąd przy długim, regularnym spożywaniu alkoholu jego nagłe odstawienie skutkuje gwałtowną zmianą w funkcjonowaniu niektórych części mózgu, wywołując między innymi halucynacje, lęki, pobudzenie psychoruchowe, nietrzymanie moczu i wymioty. Odpowiedzią na zatrzymanie, a być może nawet cofnięcie tych zmian – i wielką nadzieją terapii choroby alkoholowej – jest dihydromyricetyna, flawonoid obecny między innymi w azjatyckim drzewie o wdzięcznej nazwie Hovenia dulcis – howenia słodka. Lub, jak kto woli, japońskie drzewo rodzynkowe.

„Trzymaj się”!

I tu wracamy do Koreańczyków. Wykorzystanie wyciągu z howenii do ulepszenia lodów na kaca nie jest bowiem aż taką rewolucją w krajach azjatyckich. Drzewo rodzynkowe od dawna cenione było w medycynie ludowej Chin, Korei czy Japonii, nie tylko do uśmierzania syndromu dnia następnego, ale także jako środek na gorączkę, zakażenia pasożytami, kłopoty z wątrobą oraz… na przeczyszczenie. Gyeondyo-bar oznacza „trzymaj się”, a chociaż lody święcą tryumfy w Korei, szansa, że trafią na polski rynek, jest raczej mała. Dlatego radzimy, z przymrużeniem oka, jak wykorzystać lokalnie dostępne mrożone desery na kaca, kiedy nawet najlepszy rosół czy jajecznica zwyczajnie nie przechodzą nam przez gardło.

Jakie lody na kaca?

Śmietankowe – pomijając ich wysoką zawartość cukru, tak potrzebną po ciężkiej nocy, lody na prawdziwym mleku czy śmietance przede wszystkim ukoją niespokojny żołądek. Bogate są w witaminy rozpuszczalne w tłuszczach (A, D, E i K) oraz witaminy z grupy B, których wchłanianie jest znacząco upośledzone przez alkohol. Mleko uzupełni też niedobory białek, jako że ich rozkład i przyswajanie jest zaburzane przez napoje z procentami. Chociaż nasza dieta powinna zazwyczaj być niskosodowa, w dniu kaca nie unikajmy lodów, w których składzie widnieje sól kuchenna – wysokie spożycie etanolu upośledza absorpcję sodu z jelita, a częste oddawanie moczu dodatkowo zaburza nam gospodarkę elektrolitową. Podobnie wysoka zawartość magnezu i wapnia w mleku pomoże szybciej „stanąć na nogi” i uniknąć przykrych skutków intensywnego imprezowania.

Jakie lody na kaca?

Z gorzkiej czekolady – nie jest prawdą, że jedyne, co nas obudzi na kacu, to mocna kawa. Zawarta w kakao teobromina, mimo że działa słabiej niż kofeina, lepiej wspomaga zarówno fizyczną, jak i psychiczną regenerację organizmu. Wysoka zawartość magnezu, żelaza i cynku w lodach mocno czekoladowych uzupełni braki tych minerałów, niezbędnych do prawidłowego funkcjonowania organizmu.

Orzechowe lub pistacjowe – podobnie jak czekoladowe lub śmietankowe, mleczne lody orzechowe zawierają dużo rozpuszczalnych w tłuszczach witamin, wapnia, magnezu, żelaza i, oczywiście, cukru. Orzechy obfitują w witaminy z grupy B, szczególnie w B1, której wchłanianie znacząco upośledza spożycie alkoholu. Ponieważ jej niedobór objawia się zmęczeniem, obniżeniem nastroju, problemami z koncentracją i wzrostem ciśnienia tętniczego (ach, te bóle głowy…) warto sięgnąć po lody orzechowe z dodatkowymi kawałkami orzechów.

Cytrynowy sorbet – cukier, woda, potężna dawka witaminy C – wszystko, czego potrzebuje nasz organizm po długiej balandze. Na dobrą sprawę, jeśli zaserwujemy sobie sorbet z cytryny na sam koniec imprezy i dodatkowo wypijemy z pół litra wody, istnieje spora szansa, że kac nas w ogóle ominie. Jeśli nie przepadacie za cytryną, warto spróbować sorbetów malinowych, porzeczkowych lub… szpinakowych, dodatkowo zawierających nieco żelaza. Witamina C znacznie przyspiesza metabolizowanie etanolu i aldehydu octowego, łagodząc objawy kaca (przynajmniej u świnek morskich), a obecne w owocach cytrusowych witaminy z grupy B pomogą pozbyć się lekkiego bluesa i uczucia zmęczenia. Wbrew pozorom, cytryna jest też świetnym remedium na zgagę i nudności, często dręczące nas na kacu. Polecam!

***

Do poczytania:

http://www.jneurosci.org/content/32/1/390

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/9706998

 

Justyna Lesiak
Justyna Lesiak
Doktor nauk ścisłych, specjalizuje się w biologii molekularnej, syntetycznej i mikrobiologii, ale zna się po trochu na wszystkim. Naukowczynią została przez przypadek, jako dziecko chciała być generałem albo prawniczką. Lubi koty, ale uwielbia psy i konie. Jej marzeniem jest hodować dodo – niestety, za dużo podróżuje, by to było możliwe. Mieszkała już w Anglii, Grecji, Belgii, Niemczech i Danii. Uprawia dziwne sporty, lubi mieć siniaki i pięknie umalowane oczy. Choć o nauce pisze już od jakiegoś czasu i nawet zdążyła wygrać nagrody za jej popularyzację, to dopiero się rozkręca.
AUTOR

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.