Chimamanda Ngozi Adichie: “Mężczyźni skorzystają z feminizmu tak samo, jak kobiety”

WOW - Women of The World 2017
11 minut czytania
1959
42
Olaszka
Olaszka
20 czerwca 2017
Chimamanda Ngozi Adichie (fot. TEDx/YouTube)

Autorka “Amerykaany” i ulubiona feministka internetu wystąpiła na festiwalu Women of the World w Londynie. Swoje wystąpienie poświęciła… mężczyznom, zachęcając ich, by zrezygnowali z przywilejów dla osobistych korzyści.

Chimamanda Ngozi Adichie ma dwie grupy fanów: tych, którzy wyszperali ją w bibliotece i tych, którzy wpadli na nią w społecznościówkach. Ci pierwsi cenią Nigeryjkę przede wszystkim za jej literacki dorobek: trzy świetnie przyjęte powieści (“Fioletowy hibiskus”, “Połówka żółtego słońca” i “Amerykaana”) oraz zbiór opowiadań (“To coś na twojej szyi”). Ale Adichie ma też drugą tożsamość − dyżurnej feministki internetu. To wtórne wcielenie narodziło się w 2013 roku za sprawą Beyoncé, która wplotła fragment jej wykładu w sam środek swojej piosenki “Flawless”.

Z dnia na dzień internet zatrząsł się od memów, gifów i retweetów, a niełatwe do wymówienia nazwisko pisarki było na ustach wszystkich. Dziś TEDTalk “We Should All Be Feminists”, z którego pochodzi wspomniany fragment, obejrzały prawie cztery miliony osób (z Michelle Obamą na czele), a książkowe wydanie tego wystąpienia zostało przez Szwedów wciągnięte na listę lektur szkolnych. O samej Adichie też wciąż jest głośno. Niedawno furorę w sieci zrobił klip, w którym biały amerykański publicysta poucza pisarkę, że “Donald Trump nie jest rasistą”, a Chimamanda przewraca oczami i ucina temat jedną prostą prawdą: – To nie pan decyduje, co jest, a co nie jest rasistowskie. To właśnie takie zdroworozsądkowe, dobitne stwierdzenia czynią z niej nie tylko wyrocznię w temacie równouprawnienia, ale i niekwestionowaną wiralową królową. Internet po prostu nigdy nie ma jej dość.

Kobiety, które promują różnorodność

O tym, na czym polega magia Chimamandy miałam okazję przekonać się podczas londyńskiego festiwalu Women of the World. Zorganizowany po raz pierwszy w roku 2011, w setną rocznicę ustanowienia Międzynarodowego Dnia Kobiet, festiwal ma na celu “promowanie różnorodności”, “celebrowanie dziewczynek i kobiet” i “przyglądanie się trudnościom, z którymi się mierzą”. Tutaj ta różnorodność to nie tylko puste słowo. Wszędzie widać wielobarwne kaftany, imponujące turbany, fryzury w każdym kolorze tęczy. Nawet kolejka do toalety wygląda jak reklama multi-kulti w praktyce.

Chimamanda Ngozi Adichie podczas Washington Ideas Forum (fot. YouTube)

Jest tu elegancka dama w tradycyjnym stroju Jorubów, na oko sześćdziesięcioletnia Angielka z irokezem w odcieniu neonowego różu, licealistka w eleganckim garniturze i młoda dziewczyna w hidżabie. Podobny miszmasz stanowi obsługa festiwalu. Z grona wolontariuszek wyławiam osiemdziesięciotrzyletnią Lindę, która zna odpowiedź na każde pytanie. Kiedy zgłaszała się do pomocy, nikt jej nie powiedział, że jest stara, ma wracać do domu i tłuc odcinki „Eastenders”, więc teraz stoi tu i wszechogarnia. To właśnie Linda wskazuje mi moje miejsce na sali. Siedzę obok pani w średnim wieku, ubranej w feministyczny t-shirt. Jeździ na wózku, ale dostała się tu bez problemu, bo organizatorki zadbały o przystosowanie budynku do potrzeb osób niepełnosprawnych. Efekt jest taki, że wózki są wszędzie. Nie dlatego, że festiwal staje na głowie, żeby przyciągnąć osoby niesprawne ruchowo, tylko dlatego, że ich nie wyklucza. Dobrze, że ta różnorodność ma też taki wymiar.

Do momentu pojawienia Adichie czuję się jak na niezbyt nadętej, ale jednak konferencji. Wszyscy prowadzą merytoryczne rozmowy kulturalnym szeptem. Ale kiedy na scenę wychodzi postać w kanarkowej sukience, publiczność reaguje rykami z trzewi i euforycznymi piskami. Atmosfera robi się dość koncertowa i chyba trudno się dziwić – bilety na to spotkanie wyprzedały się szybciej niż tournée Adele. Chimamanda od pierwszej chwili robi wrażenie osoby, która myśli zanim coś powie i myśli, kiedy to mówi, a kiedy już zamknie usta, gotowa jest jeszcze raz wszystko przemyśleć. Jak na kobietę z misją przystało, nie obija się, tylko od razu przechodzi do rzeczy. Żyjemy w czasach kryzysu. Prezydent jednego z największych światowych mocarstw nawołuje do przemocy wobec kobiet, a ludzie nadal nie są do końca przekonani, że seksizm faktycznie istnieje. – Każdego dnia zdarza mi się, że ktoś bliski patrzy na mnie i mówi “chyba jesteś trochę przewrażliwiona…”, “eee, to chyba nie jest kwestia płci” albo “oj, weź już nie przesadzaj” – śmieje się Adichie. I dodaje: – To ciekawe, że to zawsze ja muszę wyjaśniać, że coś faktycznie jest seksistowskie, a nikt mi nigdy nie próbuje udowodnić, że nie jest. Nic dziwnego, że nawet wśród najdroższych mi osób czuję się osamotniona w swoim gniewie.

Od mężczyzn nie wymaga się niczego

Adichie podkreśla, że dostarczanie dowodów na istnienie seksizmu to nie jedyne brzemię, które dźwigają współczesne kobiety. Ukształtowaliśmy naszą rzeczywistość w taki sposób, że od mężczyzn nie wymaga się właściwie niczego. Zaczęliśmy mówić o nich jak o podludziach, którzy nie potrafią pohamować swoich popędów i których trzeba wychować teraz na nowo, matkując im, jak matkujemy dzieciom. Cały wysiłek z definicji leży po stronie kobiety. Jeśli chcesz żebyście równo dzielili się obowiązkami domowymi, to musisz sama o ten podział zadbać. Jeśli chcesz, żeby opieka nad dzieckiem nie leżała tylko po twojej stronie, musisz to sobie wynegocjować. Kiedy facet wykaże odrobinę inicjatywy albo posiądzie choćby umiejętność gotowania, rozpływamy się w zachwytach tak jakby fakt, że potrafi zapewnić sobie pożywienie był wielkim wyczynem. Podwójny standard aż w oczy kole. Mężczyznom bijemy brawo, kiedy ugotują ogórkową albo zmienią pieluchę, a ich partnerki wciąż obarczamy mitem “kobiety spełnionej” i zasypujemy pytaniami o sposoby na pogodzenie życia zawodowego z rodzinnym.

Wtórna debata o obowiązkach domowych niezbyt interesuje Nigeryjkę. Co innego rozmowa o przyszłości feminizmu. – Mężczyźni muszą włączyć się do gry i zrozumieć, że odrzucenie patriarchatu służy im tak samo, jak kobietom – wyjaśnia Adichie. Rezygnacja z przywileju jest łatwiejsza, kiedy uświadamiasz sobie, że ten przywilej ma kolce. Co z tego, że masz władzę, kiedy wciąż musisz naginać się do odgórnych zasad. Dorosłych mężczyzn odczłowiecza się albo infantylizuje, a małym chłopcom wbija do głowy: nie płacz, wstydź się emocji, nie mów o nich głośno. W ten sposób budujemy toksyczną męskość, która zagraża nie tylko kobietom, ale i samym mężczyznom. Skąd więc w facetach tyle niechęci wobec słowa na “f”? Adichie nie jest pewna, ale chyba się domyśla: – Feminizm wykreowany przez poprzednie pokolenia był bardzo wykluczający i służył właściwie tylko białym kobietom o wysokim statusie społecznym. A teraz? Teraz ma służyć wszystkim ludziom bez wyjątku. Także facetom.

***

Tegoroczna edycja festiwalu WOW – Women of the World odbyła się 7 – 12 marca w Southbank Centre w Londynie. Wydarzenie sponsorowała firma Bloomberg.

Olaszka
Olaszka
Jazgotliwa feministka, ale w sumie miła. Od lat tkwi w miłosnym trójkącie z Warszawą i Londynem. Na stałe mieszka i pracuje w internecie. Wierzy w przyjaźń damsko-damską i zbawienną moc oversharingu. Nie wierzy w tematy tabu. Lubi palmy, używane książki i kawiarnie z miękkimi fotelami.
AUTOR

Komentarze

42 odpowiedzi na “Chimamanda Ngozi Adichie: “Mężczyźni skorzystają z feminizmu tak samo, jak kobiety””

  1. Przeczytałem, bo bardzo byłem ciekawy, jak skorzystam na feminizmie. Nie dowiedziałem się tego. Ta pani w ogóle podała jakieś argumenty uzasadniające to twierdzenie? Czy wyłącznie to stwierdziła? Bo jeśli tak, to niestety można ją zripostować jej własnym argumentem: to nie pani decyduje, czy feminizm jest, czy nie jest korzystny dla mężczyzn.

    • Nic nie rozumiesz, biały mężczyzno uprzywilejowany inaczej! No cóż, niektórym podludziom nie wyjaśni tego nawet osiemdziesięciotrzyletnia Linda, która zna odpowiedź na każde pytanie. Ani na oko sześćdziesięcioletnia Angielka z irokezem na turbanie, na wózku i w kaftanie.

      Weź się lepiej zabierz za ogórkową. I przewiń pieluchy. Ale nie na raz! Wiesz przecież jaki z tym masz kłopot.

    • argumenty są chyba dość jasne. patriarchat narzuca z góry określone role i zachowania wszystkim, nie tylko kobietom. brzmi to banalnie, ale wciąż żyjemy w świecie, w którym cały szereg normalnych rzeczy od zarabiania mniej od partnerki, przez płacz po korzystanie z pomocy psychologicznej są postrzegane jako niemęskie, a to na serio nikomu nie służy. to nie feminizm robi z mężczyzn podludzi tylko patriarchat, bo jak inaczej tłumaczyć to, że mężczyzn uważa się za na tyle niezdolnych do opanowania własnych popędów, że odpowiedzialność za niebycie zgwałconą spada na kobietę?

      jeśli interesuje Pana ten temat zachęcam do obejrzenia całej rozmowy z CNA. Jest dostępna na fanpage’u fejsbukowym Guardiana.

      • Znowu ogólniki. Nie bardzo widzę, jakież to role narzuca mi patriarchat. Że nie wolno mi płakać lub korzystać z pomocy psychologicznej? Ale ja nie lubię płakać, bo to mi w żaden sposób nie pomaga. Może pora dostrzec, że to co dobre dla jednej płci, niekoniecznie jest dobre dla drugiej. Może jednak od płaczu bardziej pomoże mi wysiłek fizyczny, obejrzenie filmu, sen? Bo jeśli sobie popłaczę, to będzie jeszcze gorzej. A jeśli pomoc psychologiczna też nie pomaga? Może kobietom wystarcza, że pogadają na jakiś temat, bez osiągnięcia jego rozwiązania, ale dla mnie to będzie strata czasu i dodatkowy powód do frustracji (więc mi się de facto pogorszy stan psychiczny)?

        Czy to koniec końców nie jest jednak próba rozpatrywania patriarchatu z kobiecego punktu widzenia? On jest taki dlatego, że pasował nam mężczyznom (dokładniej: został osiągnięty przez stulecia kolejnych przybliżeń do ideału). Skąd pewność, że to co proponują w zamian kobiety, będzie nam pasować? Już choćby ten pomysł, że należy wszystkich zrównać i wywalczone w pocie czoła przywileje tak po prostu oddać? Z jakiej racji?! Jeśli ktoś chce tych przywilejów niech je sobie weźmie, niech je wywalczy. Pokonani odejdą okryci hańbą.

        P.S. Jesteśmy w stanie opanować swoje popędy, ale to jest tak jak ze sprężyną. Można ją utrzymywać ściśniętą jedynie tak długo, jak wystarczy nam sił, potem niestety trzeba jej dać możliwość powrotu do stanu równowagi. Bo to jest jej naturalny stan. Gdyby popęd płciowy był tak prosty do opanowania, ludzkości już by nie było. I nie, to nie jest usprawiedliwianie gwałcicieli, tak jak nie jest usprawiedliwianiem lawiny, to że stoczyła się z góry. To jedynie stwierdzenie faktu, że takie są efekty grawitacji.

        • ‚Czy to koniec końców nie jest jednak próba rozpatrywania patriarchatu z kobiecego punktu widzenia?’ Ja tam w przytoczonych tu niektórych stanowiskach Chimamandy dostrzegam łudzące podobieństwo do argumentacji aktywistów MRA. Szczególnie tam, gdzie ustawia się rzekomo uprzywilejowaną płeć w roli tej jednak ułomnej.

          • słodki jezu, to nie płeć jest ułomna tylko narracja. subtelna różnica, a jednak zasadnicza. czytanie tych wywodów jest jak słuchanie nakręconej pozytywki. niezależnie od tego co powiem, zostanie to odczytane jako atak na mężczyzn, więc się wyłączam.

            ale nie bez pozdrowień dla światopoglądowych dinozaurów! rączki całuję.

          • Być może masz rację i narracja jest cokolwiek ułomna, szczególnie jej doktrynalna jednostronność: argumenty są chyba dość jasne, a jak nie rozumiesz, to terapia ciszą. Buziaczki w skorupę.

          • Ja jestem pierwsza do kulturalnej dyskusji, ale jak ktoś na dzień dobry operuje agresywną ironią i nie tylko jest wrogo nastawiony, ale i zakłada, że ja też jestem wrogo nastawiona, to z doświadczenia wiem, że szkoda mojego czasu.

            Nie jestem osobą, która ma w zwyczaju przewracać oczami na swoich rozmówców ani nasycać swoich wypowiedzi lowkey chamstwem, więc Twój pierwszy komentarz (który ma chyba być symulacją mojej bądź generycznej „feministycznej” odpowiedzi) jest zupełnie nie na miejscu.

            Napisałam tekst o tym, że do dupy jest powszechne traktowanie mężczyzn jak podludzi, a Ty moje słowa przeinaczasz, jakbym to ja stosowała tę wyższościową optykę. W dodatku nazywasz mój ton małomiasteczkowym. Czy na serio dziwi Cię, że nie mam ochoty marnować czasu i energii na jałowy słowny ping pong?

          • Na dzień dobry to zadecydowałaś, o tym co jest chamskie, agresywne, wraże, dinozaurze, jasne i proste. I kto jest jazgotliwą feministką, ale w sumie miłą. I jeszcze sobie przypisujesz przewracanie oczami, podczas gdy to bohaterka Twojego artykułu w ten sposób (jeśli wierzyć Twoim słowom) zakasowała białego mężczyznę (brawa za rasową czujność! #identitypolitics #BLM) niczym guwernantka sztubaka. W którą to rolę próbujesz się wślizgnąć mimikrą, ale tak sobie wychodzi. Pozwól, że to adresat pierwszego komentarza, choć Inaczej ale Mężczyzna, zadecyduje czy i w jakim stopniu jest on na miejscu, pani pierwsza do kulturalnej dyskusji. Ups, czy to nie zabrzmiało (zbyt) patriarchalnie?

          • Spoko, rozmawiajcie między sobą. Błędnie zinterpretowałam Twój pierwszy komentarz jako parodię mojej osoby, bo szczerze mówiąc nie przyszło mi do głowy, że to Chimamandzie przypisujesz zwracanie się do mężczyzn per „podludzie”. Nie będę Ci się odgryzać, bo nie interesuje mnie napinanie retorycznych muskułów tylko konstruktywna dyskusja. Trudno mi rozmawiać z kimś, kto używa „black lives matter” jako uroczego ornamentu, dla podkreślenia własnej błyskotliwości. Sam fakt, że możesz prowadzić tę wymianę bez emocjonalnego zaangażowania jest oznaką przywileju, którego zdajesz się nie dostrzegać.

            P.S. Może zamiast „wierzyć moim słowom”, obejrzyj po prostu ten klip i sam zobacz czy CNA mówi do tego pana takim tonem jaki narzuciłeś jej w swojej głowie?

          • Parodię Twojej osoby? Nie. Parodię trzeciofalowego tekstu feministycznego, przywołującego wszechmocnego demona patriarchatu ciemiężącego wszystkich bez reszty, wliczając w to nawet jego benficjentów, niczym Midasów nie mogących nakarmić się chlebem ze złota? Tak. Doktrynerską sztywność, pobieżność sztampowych poglądów mało odpornych na konfrontację i kręcz szyi słuchaczki wykładu, która od streszczenia wykładu więcej miała do napisania na temat zróżnicowanego wyglądu audytorium, co rusz zawieszając się na ‚inności’ tej czy innej osoby? Poniekąd.

          • LOL. Po pierwsze, jeszcze nie upadłam na głowę, żeby w felietonie streszczać wykład w całości dostępny w sieci. Po drugie, rozkosznie naiwne jest Twoje założenie, że decyzja o tym ile w tym tekście będzie o wykładzie, a ile o samym festiwalu należy do mnie. Po trzecie, dalej nie ma tym co mówisz nic oprócz baroku. Może to po prostu kwestia perspektywy. Dla przykładu, rozmawiałam po wykładzie z młodą hinduską, której ojciec popełnił samobójstwo. Zostawił list, w którym napisał, że kilka miesięcy wcześniej został w pracy zmuszony do powrotu na niższe stanowisko i zaczął zarabiać mniej, ale wstydził się powiedzieć o tym rodzinie i narobił sobie długów, żeby nie musieli z jego powodu zmieniać standardu życia. Można tu użyć ulubionego argumentu przeciwników patriarchatu, że zabił się „tak po prostu” albo że to „przypadek”, ale jego córka podkreślała, że ojciec a) czerpał cały sens życia z bycia głową rodziny b) nigdy nie prosił o pomoc c) nie okazywał emocji, zwłaszcza trudnych. Oprócz tego wśród hinduskich mężczyzn korzystanie z pomocy psychologicznej jest rzadkością, więc nie miał nawet okazji skonfrontować swojej wizji rzeczywistości z wykwalifikowaną osobą. To, że tacy mężczyźni są produktem patriarchatu nie podlega dyskusji (no chyba, że chcemy się przy okazji pokłócić o to, czy KKK jest produktem rasizmu). Tamta dziewczyna wyszła stamtąd z mocnym postanowieniem, że wychowa swojego syna inaczej niż wychowano jej ojca. Jeśli to jest dla Ciebie beznadziejne postanowienie, toi nie mam pytań. Z mojej perspektywy nie ma nic kontrowersyjnego w stwierdzeniu, że warto wychowywać chłopców tak, żeby ich dorosłe wersje nie zabijały się z powodu oczekiwań społecznych. Jeśli chcesz się z tym spierać to dobrze dla Ciebie, bo najwyraźniej problemy tego kalibru już Ciebie nie dotyczą.

          • Być może na głowę nie upadłaś, ale tekst pozostawił przynajmniej jednego czytelnika z wrażeniem niedosytu, którego nie rozwiała chyba dość jasna argumentacja. Czytelnika o tyle ważnego, że przecież to chyba o nim między innymi jest tekst. I najwyraźniej rozkosznie naiwnej przekomarzanki pod nim potrzeba było, aby dotrzeć do mięsa choćby tak interesującego jak historia ojca, co się na życie własne targnął i w ten sposób obejść ograniczenia narzucone przez wydawcę (rodzaj męski zastosowany przez tradycję, rzecz oczywista). Gdybyś jeszcze skorzystała z mojego przywileju, którego zdaję się nie dostrzegać i sine ira et studio, bez bezdyskusyjnego zacięcia wdała się w dyskusję, to niewykluczone, że suma wyjdzie miła.

          • Zgadzam się z tym co piszesz i też o wiele bardziej odpowiada mi ta forma rozmowy. Myślę jednak, że droga do tego „mięsa” nie byłaby tak zawiła, gdyby pod tekstem pojawił się choć jeden komentarz w tonie „mam wrażenie, że jest tu dużo ogólników i mało konkretów. podasz jakiś przykład z życia?”. Niestety chyba jeszcze mi się nie zdarzyło, żeby ktoś skomentował mój tekst w tak prostolinijny sposób – zawsze tylko cynizm, ironia, wywracanie na lewą stronę i bierna lub czynna agrecha. Niewykluczone, że w moim sposobie pisania jest coś, co ludzi odpala. Ale prawdą jest też, że debilny stereotyp roszczeniowej feministki jest wciąż tak powszechny, że Czytelnikom zdarza się projektować na mnie agresję, której naprawdę we mnie nie ma. Żeby nie pozostawiać Czytelnika z uczuciem niedosytu przytoczę jeszcze jedną historię związaną z tym wystąpieniem. Po rozmowie była dyskusja, a w dyskusji czynny udział brały głównie przeważające na sali kobiety. W pewnym momencie CNA powiedziała, że chciałaby usłyszeć pytanie od mężczyzny i wtedy zgłosił się jeden pan, który przyznał, że wprawdzie nie ma pytania, ale chciałby opowiedzieć o swoim życiu. Jako osoba sparaliżowana, długo nie umiał nazwać i zinterpretować własnych doświadczeń, aż wreszcie natrafił na pojęcie toksycznej męskości. Kiedy kilkanaście lat temu poznał swoją obecną partnerkę, narracja społeczeństwa wokół ich związku wyglądała tak, że cała ich relacja to jakiś festiwal altruistycznych poświęceń z jej strony. Że ona jest taka dzielna, bo jest z facetem nad którym góruje i który nigdy nie przeniesie jej przez próg i nie rzuci na łóżko i nie wniesie zakupów i nie nauczy syna grać w nogę. Mężczyzna miał być rosły i silny i generalnie wnosić do związku cztery sprawne kończyny, działającego penisa i hajs, więc facet jeżdżący na wózku automatycznie wypadał z grupy „męskich mężczyzn”, a bycie z nim było widziane jako akt dobroczynności. Teraz kiedy pojęcie „prawdziwy mężczyzna” odpłynęło od definicji „wielki, silny i o niepohamowanym libido” a zbliżyło się do „kompetentny emocjonalnie, komunikatywny, wspierający” nikt już się nie zastanawia dlaczego taka kobieta jako ona jest z kimś takim jak on. I nad nią też nikt się nie pochyla, że bidulka musi sama targać swoje walizki i wymieniać swoje żarówki, bo o kobietach też już nie myśli się jak o porcelanowych laleczkach, co jak podniosą dwadzieścia kilo to się złamią. Dziesięć lat temu nie byłeś prawdziwym mężczyzną jeśli byłeś niski/drobny/jakkolwiek fizycznie niesprawny/homoseksualny/wrażliwy/uzdolniony humanistycznie/ubrany w wąskie spodnie/porządnie umyty. Dziś nie jesteś prawdziwym mężczyzną jak stosujesz przemoc fizyczną. Jeśli więc ktoś upiera się, że walka z patriarchatem szkodzi mężczyznom, to ma chyba na myśli tylko wąziutką grupę stereotypowych „samców alfa”, no bo kogo innego?

          • Przestrzegałbym przed zbyt pochopnym braniem do siebie przejawów jak to nazwałaś tylko cynizmu, ironii, nicowania i biernej lub tym bardziej czynnej (???) agrechy. Jako wielokrotna ofiara patriarchatu w znaczeniu ścisłym, jak i zwykłej rówieśniczej rywalizacji trochę inaczej kojarzę czynną agresję. Ale pewnie czasy się zmieniają, dinozaury wyginęły, a wraz z nimi stary dobry łup w łeb, werbalnie wzmocniony ‚amaszem!’. 🙂

            Nie tylko nieprzychylnie komentowane są Twoje teksty i dobrze o tym wiesz. Fakt, że akurat w tym przypadku tylko dwóch uczestników zechciało się wypowiedzieć (żywmy płonną nadzieję, że to sytuacja przejściowa) i akurat jeden drwi sobie, w takiej samej mierze z tego drugiego komentatora, co z komentowanego tekstu, jeszcze nie czyni uniwersum inwektyw. Niestety, jakoś nie wychodzi próba wskrzeszenia dyskusyjnego szumu, jakiego w czasach świetności dorobił się Foch! Gdyby tak było, być może przez myśl nie przemknęłoby, że ktokolwiek specjalnie się na Ciebie uwziął. Pozostaje się pocieszać, że wypracowaliśmy ponad 20 komciów, do tego niejednozdaniowych. Większość artykułów tu zamieszczanych ma 0.00 komentarzy, mimo wystarczającej ilości odsłon. I pogratulować jednocześnie zacięcia, mimo mało wiarygodnej deklaracji zniechęcenia słownym ping-pongiem. 🙂

            Ale wracając do tematu, bo się ciemno robi. Słabości feminizmu dzisiejszej doby dopatrywałbym się w ubocznym (a może głównym?) efekcie jego popularyzacji, a mianowicie wulgaryzacji teoretyczno-pojęciowej. Mam nadzieję, że nie odbierzesz słowa ‚wulgaryzacja’ zbyt pochopnie, bo nie tyle chodzi o brzydkie wyrażanie się, co spłycone i przez rozpowszechnienie wypaczone. Coś jak z dorobkiem teoretycznym Marksa, wybitnego teoretyka systemów społecznych przeobrażającej się gospodarczo XIX-wiecznej Europy, z którego pism reżimy poreworucyjne zrobiły sobie ideologiczną podpórkę, miejscami grubo ciosaną. Jednym z takich zmutowanych znaczeniowo pojęć, dla feminizmu kluczowym, jest ‚patriarchat’ właśnie. W ścisłym tego słowa znaczeniu to nic innego jak ojcowładctwo, czyli taka hierarchia społecznej struktury, w której to ojciec (pierwotnie biologiczny, ale także społeczny) zajmuje pozycję nadrzędną. Nie tyle mężczyzna i to w stosunku do kobiety, co ojciec w stosunku do swojego potomstwa (pierwotnie biologicznego, ale także społecznego). Owszem, w zdecydowanej większości przypadków ojciec jest mężczyzną, ale już nie w zdecydowanej większości przypadków mężczyzna jest ojcem. Różnica subtelna, ale zasadnicza (że zacytuję klasyka) niczym pomiędzy kwadratem a prostokątem. Nic więc dziwnego, że jako taki patriarchat jest, i to nie na drodze wyjątku, czy rażenia odłamkami, opresyjny także wobec mężczyzn. Trudno więc mówić o ciążącym mężczyźnie nieuświadomionym przywileju, kiedy tak naprawdę go nie posiada, a jedyne co go łączy z prawdziwym patriarchą to zaledwie płeć i to płeć w przypadku jego podrzędnej pozycji mogąca stanowić źródło zguby, szczególnie tam, gdzie patriarchalny układ jest bardzo sztywny, wręcz despotyczny i na dodatek wzmocniony zasadą primogeniutry. Historia konfliktów zbrojnych dostarcza na ten temat zbyt wiele przykładów.

            Prawdopodobnie trudno będzie się doszukać w ludzkich społecznościach żeńskiego odpowiednika patriarchatu, czyli struktury matriarchalnej, i co do tego większość antropologów jest zgodna. Natomiast jeśli się dobrze rozejrzeć w świecie zwierząt to odnajdzie się, i to liczne przykłady, szczególnie pośród owadów eusocjalnych – nieomal z zasady zorganizowanych, czasem w bardzo złożone, społeczności skupione wokół matki, i to dosłownej, bo biologicznej. Stosunek nadrzędności-podporządkowania przebiega tam nie w poprzek płci, co wzdłuż: samce jako takie są tam nieomal nieobecne, sprowadzone do roli reproduktorów, często ze społeczności usuwanych po wypełnieniu tego zadania. Zarówno robotnice, jak i żołnierki to jej płciowo wyjałowione córki, w pocie czułek zajmujące się niczym innym jak działalnością na rzecz mrowiska – mrówczej megastruktury, która w ludzkiej skali uzanany zostałby za oddział położny Centrum Zdrowia Matki, z jedną pacjentką i ordynatorką zarazem. To taka trochę na boku dygresja, nie tyle biologicznego argumentu dostarczająca w dyskusji na temat społeczny, co mająca pomóc zrozumieć, że patriarchat nie jest i nigdy nie był systemem sprawowania władzy jednej płci nad drugą, co systemem sprawowania władzy nad możliwie wszystkimi, nie tylko z tytułu płci, co starszeństwa i pokrewieństwa także. Drugi, a czasem nawet i pierwszy syn do słoika z konfiturami ułatwionego dostępu mieć nie musi, a zdarza się, że nie może.

            Na koniec mógłbym o biologicznym podłożu takiego, a nie innego układu napisać, ale mię kolega ubiegł. W każdym razie daleki byłbym od podzielanego przez Ciebie optymizmu Chimamandy Ngozi Adichie (tak na marginesie wcale nietrudne do wymówienia nazwisko… w zestawieniu z hinduskimi, i to z tych wierzchnich, parskich kast) na temat ewolucji ludzkiego gatunku. Mimo kilku – historycznie odnotowanych – czy kilkunastu – archeologicznie potwierdzonych – milleniów naszej obecności na tej planecie, wciąż jesteśmy niedaleko od wyliniałych dwunożnych małp, owiniętych dla niepoznaki szmatkami. Technologiczny postęp technologicznym postępem, a boys still will be boys. Upraszczając, piszesz o współczesnym mężczyźnie nietroglodycie, niekoniecznie wysokim i silnym, za to kompetentym emocjonalnie, a współczesny mężczyzna z tego wyłapuje słowo ‚kompetentny’. Co oznacza ni mniej ni więcej, a ‚zdolny do rywalizacji’, albo składniej ‚godny przeciwnik’. 🙂

            Poza tym nie ignorujmy kosztów postępu. Myślę, że widać wyraźnie jak postęp dokonujący się w jednym miejscu generuje toksyczne odpady w innym miejscu. Neo-konserwatywny backlash to poważna sprawa, której bagatelizowanie jest poważnym błędem. CNA opowiedziała zabawną historię z tym rozkosznie zacofanym panem parkingowym naprowadzaczem, ale czy zastanowiło ją, skąd się wziął człowiek, którego ewidentym sposobem zarobkowania (a może jednym z zespołu tysiąca dorywczo-szemranych zajęć) jest pokazywanie ludziom, gdzie można zaparkować auto? I jakiego typu mentalności się po nim spodziewała?

          • Odpowiem krótko (jak na siebie), bo jestem w biegu:

            Co do agrechy (czynnej czy biernej) w komentarzach – myślałam o tych w tonie „wiem gdzie mieszkasz, żydowska cipo”, ale to nie na tym portalu.

            Co do wulgaryzacji pojęcia feminizmu – wiem o co Ci chodzi i po części się zgadzam, ale z pojęciami już tak jest, że w im szerszym są użyciu tym bardziej się spłycają, a im dłużej funkcjonują, tym bardziej ewoluują. Jeśli nikt się nie czepia, że „bielizna”, która ma biel w nazwie, może być czarna czy czerwona, to patriarchat też powinien móc naturalnie poszerzyć, a nawet zmienić swoje znaczenie. Po drugie, mnie feminizm interesuje właśnie na tym najbardziej pospolitym poziomie. Dyskusje o końcówkach rzeczowników i hermetyczne akademickie debaty interesują mniej najmniej. Na poziomie teoretycznym mogę do końca życia wchodzić w dyskusje z mężczyznami, którzy uczonym tonem tłumaczą mi, że powinnam zarabiać X% mniej, bo jak mam miesiączkę to jestem X% bardziej produktywna, ale wolałabym w tym czasie tłumaczyć chłopcom, że strzelanie ramiączkami od stanika koleżanek z klasy to nie jest sposób na okazanie sympatii.

            Z mojej perspektywy feminizm nie potrzebuje, żeby go utrudniać – ani w zakresie pojęciowym, ani rzeczywistym. Bo w gruncie rzeczy sprowadza się do niezbyt radykalnego, totalnie zdroworozsądkowego, banalnego stwierdzenia, że wszyscy ludzie są równi i zasługują na równe prawa. Wystarczy przyjąć tę jedną prawdę i nagle nie trzeba się zastanawiać czy z punktu biologicznego mężczyźni są lepiej przystosowani do tachania ciężarów czy nie.

            Nawiasem mówiąc, zabawne, że wszystkie argumenty opatrzone przymiotnikiem „naukowy” są w naszej kulturze uznawane za prawdy objawione. Naukowcy nie są maszynami i też mają określoną optykę i wtłoczone narracje, więc fakt, że nasza cywilizacja przez tysiące lat wykluczała ze świata nauki kobiety ma ogromny wpływ na to co teraz uważamy za niepodważalne fakty.

          • Fajnie, tylko kiedy pojęcie oddryfuje na tyle daleko, że potem dokonuje się odkrycia, że patriarchat szkodzi także mężczyznom, to znaczy, że po drodze coś się zgubiło. Samcza dominacja skierowana jest na inne samce w pierwszym rzędzie i tym w istocie patriarchat jest, hierarchią dziobania kogutów. Konflikt Macieja Boryny z Antkiem to nic innego, jak patriarchat. Oktawian August wydający rozkaz zgładzenia swojego młodszego przyrodniego brata to nic innego, jak patriarchat. Podobnie osmańscy sułtanowie postępujący identycznie ze swoim męskim rodzeństwem. Wojskowa organizacja z jasno określoną strukturą jednoosobowego dowodzenia to patriarchat. Tak jakby odkryć, że bielizna może być biała.

            Wracając do tematu: strzelania ramiączkami stanika nie znałem, więc czym prędzej zakapowuję do mojego podręcznego zbiorku technik podrywu.

            Natomiast co się tyczy banalnego stwierdzenia, że wszyscy ludzie są równi i równouprawnieni, to w kontekście przystosowania płci do tachania ciężarów nie zgodzę się z nim. Gdyby rzeczywiście tak było i miało pozostać, to całość prawa zamiast wielotomowego dorobku sprowadzałaby się do tego jednego zdania, do zapisania którego nie potrzebna byłaby nawet cała kartka, a zinterpretowania armia prawników. Tymczasem stwierdzeniem owym świetnie otwiera się ustawy zasadnicze, a potem… Wbrew szlachetnym deklaracjom zawartym m.in. w art. 32 i 33 Konstytucji R.P. na gruncie prawa tego samego kraju obowiązuje (ponoć wygasłe od 1go maja i oczekujące nowelizacji) rozporządzenie Rady Ministrów w sprawie wykazu prac szczególnie uciążliwych lub szkodliwych dla zdrowia kobiet, w którym to rozporządzeniu dość wyraźnie sformułowane są m.in. normy obciążenia przy ręcznym transporcie, różnicujące tym samym płcie (płci? płecie?) pracowników. Proszę nie poczytywać tego za wskazywanie przeze mnie przejawów dyskryminacji mężczyzn. To przykład tego dokładnie, że ludzie równi nie są, a prawo stanowione nie służy zniesieniu, co regulacji międzyludzkich nierówności. Równość wobec prawa należy rozumieć jako uznanie jego nominalnie absolutnej suwerenności – zatem nie ludzie wobec ludzi są wzajemnie równi, tylko niezależnie od wzajemnych nierówności zajmują wobec prawa pozycję podrzędną, bez wyjątku.

          • Jeszcze jedna uwaga: jeśli miałabym zidentyfikować te rzeczy, które najbardziej zagrażają współczesnemu feminizmowi, to zamiast wulgaryzacji wskazałabym na komercjalizację albo bezmyślne wypaczenie. Przerażają mnie te koszulki z napisem „FEMINIST” (za te sześć dych możnaby kupić dwadzieścia paczek podpasek dla bezdomnych kobiet albo po prostu szurnąć przelew na Niebieską Linię) albo przeestetyzowane magazyny, które promują ekskluzywną wersję feminizmu dla młodych kobiet z klasy średniej. A najbardziej przeraża mnie to stawianie wszystkiego na głowie, zwłaszcza widoczne w białym feminizmie, chociażby na przykładzie akcji typu „przewieś chłopięce ciuchy do działu dla dziewczynek”, co ma być oczywiście dontestacją rół płciowych, a sprowadza się do robienia bałaganu, który ktoś zarabiający dychę za godzinę będzie musiał posprzątać.

      • Obejrzałem rozmowę CNA. Niewiele to zmieniło jeśli chodzi o odpowiedzi na moje pytania (choć nie jestem na tyle lotny z angielskiego aby zrozumieć wszystko). Wręcz odniosłem wrażenie, że sugeruję ona, iż mężczyźni zyskają na feminizmie, bo wtedy będą mogli skorzystać ze sposobów na kłopoty, z których korzystają kobiety. Rzecz w tym, że wnioskowanie to opiera się na błędnym założeniu. Skąd bowiem wiadomo, że owe sposoby są dobre dla mężczyzn? Oto chodzi, że nie są. I istnieją badania psychologiczne, które to pokazują – pokazują, że mężczyźni radzą sobie z problemami w inny sposób.
        Podany tutaj w komentarzach przykład ojca-hindusa, który popełnia samobójstwo wcale nie jest przykładem na to, że gdyby opowiedział o swoich kłopotach, to do tego samobójstwa by nie doszło. W dodatku wychodzi się tutaj z założenia, że patriarchat wdrukował mu konieczność bycia głową rodziny. Skąd taka pewność? A jeśli potrzeba brania odpowiedzialności za swoją rodzinę (krew z krwi, kość z kości), to jeden z elementów premiowanych przez ewolucję? I nie ma wystarczającej ilości łez i godzin psychoterapii, aby tę pierwotną potrzebę i fakt nie sprostanie jej stłamsić? Może ów ojciec nie popełniłby samobójstwa, ale jego życie i tak nie miałoby sensu. Byłby żywym trupem.

        Chyba pora, aby feminizm zaczął czerpać z nauki, a nie jedynie opierać się na subiektywnych odczuciach swoich przedstawicielek. Aby dyskurs pomiędzy mężczyznami i kobietami miał sens warto, aby dawał się obiektywnie zweryfikować. Inaczej będziemy mieli typową sytuację z aforyzmu Leca o Eskimosach i mieszkańcach Konga Mniejszego.

        • Przepraszam, ale czegoś chyba nie rozumiem. Żyjemy w świecie, w którym normalką jest, że jak facet ma problem to trzyma gębę na kłódkę. Jeśli istnieją inne opcje, to są one odpowiednio wartościowane przez społeczeństwo. Jak nie piśniesz słówka, to jesteś twardy. Jak wypłaczesz się żonie, to jesteś cipą. Postulat jest taki, żeby zdjąć piętno z tych, którzy chcą rozmawiać/płakać/szukać pomocy. Celem ma być istnienie dwóch opcji: 1) mówić, jeśli chcesz albo 2) milczeć, jeśli wolisz. Nie chodzi o to, żeby przykładać chłopcu spluwę do skroni i krzyczeć: „rycz, bo jak cię coś boli to się ryczy”. Feminizm nie odbiera mężczyznom istniejących mechanizmów radzenia sobie z problemami (o ile nie szkodzą otoczeniu, bo niektórzy „radzą sobie” dając komuś w mordę), tylko dokłada dodatkowe możliwości, żeby każdy wybrał co mu pasuje, a nie co należy. Powołuje się pan na badania psychologiczne, które jasno określają, że „kobiece” sposoby radzenia sobie z problemami (rozmowa, płacz, terapia) nie są dobre dla mężczyzn. Ale co mi po Pana argumentach a priori i preskryptywnym podejściu skoro znam osobiście pół tuzina mężczyzn, którym terapia uratowała życie. Czy chce ich Pan traktować jak błąd statystyczny czy raczej stanąć przed nimi i krzyczeć: „a właśnie, że wam nie pomogła, bo jesteście chłopami, a na chłopów to nie działa”?

          Co do żelaznego argumentu o tych męskich zachowaniach i odruchach, którymi kieruje biologia, muszę przyznać, że wydaje mi się on dość uwłaczających wobec mężczyzn. Gadka o „pierwotnych potrzebach” zawsze pojawia się kiedy chłopiec jebnie drugiemu chłopcu (jest wtedy oczywiście łobuziakiem, a nie przemocowcem in the making – wiadomo) albo kiedy facet zgwałci skąpo odzianą kobietę. Jeśli odpowiada Panu dyskurs, w którym z mężczyzn robi się neandertalczyków, to proszę bardzo. Ja będę się mu sprzeciwiać, bo w moim życiu przeważają mężczyźni, którzy nie wierzą w przemoc fizyczną, są w stanie przerwać stosunek seksualny, kiedy słyszą stop i czują się zupełnie męscy nawet jeśli zarabiają o jedno zero mniej niż ich partnerki. Być może dlatego, że ta biologia, na którą się Pan powołuje jest przykryta grubą warstwą kultury, w tym przypadku niepatriarchalnej.

          • A co do postulowanego skrętu feminizmu w naukową stronę, nie sprzeciwiam się, ale biorę pod uwagę, że seksizm, podobnie jak rasizm czy nacjonalizm nie zawsze są mierzalne, a częściej nawet nie są. Statystyki są pomocne, ale czasem dyskryminacja może sprowadzać się do spojrzenia czy tonu głosu. Proszę też zwrócić uwagę (tu odnoszę się do spostrzeżenia CNA), że chce Pan niepodważalnych dowodów na działanie seksizmu czy patriarchatu, ale czy byłby Pan w stanie naukowo udowodnić, że to nie o płeć się rozchodzi? Że kiedy mojej kuzynki nie przyjęto na kierunek lotnictwo mimo doskonałych wyników, to nie miało to nic wspólnego z tym, że zawód pilota postrzegany jest jako „robota dla faceta”. Albo, że wtłaczanie dzieciom idiotycznego przekonania, że „kto się czubi, ten się lubi” nie przekłada się potem na dynamikę ich dorosłych związków? Nie wiem czy da się to wszystko zmierzyć, ale na pewno da się zaobserwować pewne prawidłowości i moim zdaniem w interesie wszystkich jest te prawidłowości wyłapywać i patrzeć na nie krytycznym okiem.

          • Nie wiem czy żyjemy w takim świecie. Dla mnie facet – prawdziwy – to taki, który potrafi rozwiązać problem, który napotkał na swojej drodze. Nie potrzebny mu do tego ani patriarchat, ani feminizm. Wystarczy logika. Jeśli dotychczasowe, znane sposoby nie zadziałały, szuka innych. Jeśli wśród pozostałych możliwości są: kąpiele w błocie, przytulanie drzew, psychoterapia, szacuje, która ma najlepsze szanse i zaczyna od tej. Bo interesuje go rozwiązanie, a nie ograniczenia. Tym rozwiązaniem może być także samobójstwo, bo jego zdaniem dalsze życie nie ma sensu, choćby dlatego, że żyjąc tylko po to, aby rodzina go miała, stanie się źródłem trucizny sączonej w jej tkankę. Zakładam jednak, że podejmując tę nieodwołalną decyzję, zrobi to kierując się rozsądkiem, a nie emocjami.
            Dodam też, że szukając rozwiązania, bierze pod uwagę także ten wariant, kiedy będzie musiał skorzystać z pomocy w jego rozwiązaniu, bo liczy się rozwiązanie, a nie on i jego ambicje.

            Na przywołanych pół tuzina facetów, którym pomogła terapia, ja jestem w stanie przywołać podobną liczbę, którym terapia nie pomogła albo którzy poradzili sobie sami (np. z nałogami), po prostu odpowiadając sobie na pytanie: chcę tego czy nie chcę (nie chcieli). Ale znam też takich, którym terapia pomogła, takich, którzy terapii nie potrzebowali, bo na tyle rozsądnie kierowali swoim życiem, że nie była im potrzebna i takich, którym nie pomoże nic. Najważniejsze jest jednak to, że do tego, aby sobie poradzili nie trzeba ani patriarchatu, ani feminizmu, ani promieniowania kosmicznego. Jeśli są mężczyznami, tzn. że samostanowią o sobie i to oni podejmują decyzje, a nie jakieś bzdurne społeczne ograniczenia. Tak, ten miecz jest obosieczny, ale pamiętajmy, że mężczyzna to także odpowiedzialność za innych, zazwyczaj słabszych. I to o tych odruchach przede wszystkim pisałem mając na myśli biologię (bo tego typu postawy premiowała ewolucja poprzez przekazanie genów kolejnym pokoleniom – choć aby być precyzyjnym, były też inne, równie skuteczne, choć mniej etyczne strategie).

            Co do przemocy, to bezsprzecznie jest ona wywołana czynnikami biologicznymi i zdarza się, że „chłopiec jebnie drugiemu chłopcu”, ale z tym przypadku już wchodzi wychowanie oraz inne sposoby na zaangażowanie nadmiaru energii i hormonów (np. bardzo dobrze sprawdza się sport). Zresztą to samo dotyczy popędu, który też jest biologiczny, który często trudno poskromić, który potrafi prowadzić do obsesji i jest zależny od konkretnego osobnika. A w tej kwestii również mógłbym z własnego, wieloletniego doświadczenia przywołać zarówno tych, którzy chodzili na postronku popędu, jak i tych, którym nie cała krew odchodziła z mózgu. Nie zmienia to jednak faktu, że warunkuje to biologia, a hamuje wychowanie, niekoniecznie feministyczne, bo i patriarchalne, te staromodne miało w tej materii wiele dobrych reguł.

            Kończąc. Przez naukę nie rozumiałem jedynie rozpatrywania statystyk, ale przede wszystkim badania natury zachowań u obu płci, tak aby ich nie wiktymizować, ale przyjąć jako coś naturalnego, co ze względu na wolność każdego człowieka musi podlegać ograniczeniu. Oraz szukania rozwiązań zgodnych z naturą danej płci, np. istnieją badania, że przed bolesnym zabiegiem kobiety statystycznie wolą jednak przebywać w towarzystwie innych kobiet, aby uzyskać ich wsparcie, mężczyźni wolą pozostać sami, aby przygotować się na to mentalnie „od wewnątrz”.

            I jeszcze przypadek kuzynki. Zawód pilota (wojskowego, policjanta) – generalnie zawód, który wymaga pewnych predyspozycji fizycznych będzie postrzegany właśnie przez owe predyspozycje. Oznacza to, że poprzeczka jest zawieszona dość wysoko. Zdobycie takiego zawodu to wykazanie się także hartem ducha w dążeniu do niego, to pokazanie, jak bardzo nam na nim zależy. Niestety tak to działa (chyba, taka np. policjanta jest potem rzeczniczką, a nie operacyjną). Wszystkie te teksty kobiet wojskowych, policjantek, czy innych przedstawicielek zawodów zdominowanych przez mężczyzn nie biorą się znikąd. Tam naprawdę trzeba pokazać, że jest się równie dobrym jak mężczyźni (jeśli nie bardziej). Nie wiem jak to było z kuzynką, ale ja bym na jej miejscu nie odpuścił.

            P.S. Też nie mam problemów ze swoją męskością, choć na basenie prześcigają mnie młode, nastoletnie kobiety (niestety żona jednak zarabia mniej). Mam dla nich duży szacunek, który – o dziwo – wynika z typowo „patriarchalnej” hierarchii: są ode mnie lepsze i pokazują mi tym, gdzie jest moje miejsce 🙂

  2. Zamieściłem tu wczoraj w odpowiedzi sążnisty komentarz, ale disqus stwierdził, że to spam. Nie pomaga powiadomienie go, że tak nie jest. Podejrzewam, że jedynie moderator igimag może coś z tym zrobić (bo tak spamerzy przecież mogliby uwiarygadniać swój spam jako nie spam). Nic to. Zrobicie co uważacie.

      • Ale wczoraj cos zamieszało z komentarzami. Olaszkowy do mnie też zniknął na jakiś czas, choć dziś jest na powrót.

        @mczyznainaczej:disqus Jeśli do tekstu coś podlinkowujesz, to z automata wypowiedź trafi na kwarantannę. Доверяй, но проверяй.

  3. Przedstawiciel zespołu piłkarskiego w niebieskich koszulkach zaproponował, żeby zespół w białych koszulkach cofnął się w głąb swojego pola, bo na tym ma skorzystać. Nie wspomniał jednak nic o cofaniu się w głąb pola swojego zespołu. Pytanie za sto punktów – jakie ma intencje? 🙂

    • Straciłeś mnie już na „cofaniu się”. Myślę, że intencje są dość jasne: chodzi o stworzenie kultury, w której to, co masz w majtkach nie determinuje tego jakie się zachowujesz, jakie masz cechy i cele w życiu. Kultury, w której podejmujesz wybory ze względu na indywidualne potrzeby i preferencje, bo jesteś istotą ludzką a nie egzemplarzem męskim czy kobiecym. W moim przekonaniu świat, w którym jest mniej przemocy domowej, nierówności ekonomicznej, gwałtów i przypadków nieleczonej depresji i samobójstw wśród mężczyzn nie byłby jakoś szczególnie zacofany, ale zakładam, że komuś kto bardzo mocno zinternalizował sobie co jest męskie, a co niemęskie, taka wizja może sprawiać dyskomfort.

      • No tak, nie odpowiadamy tylko za gradobicie, trzęsienie ziemi i koklusz! I ta konstatacja najwyraźniej sprawia ideologiczny dyskomfort.

      • Przy okazji – wykazujesz się podstawowymi brakami z zakresu psychologii; daj sobie może spokój z wypowiedziami z tej dziedziny, dopóki nie poczytasz czegoś poza ideologicznie słusznymi tekstami. Poza takimi tekstami wyglądasz na osobę inteligentną i nie ma sensu psuć wrażenia zapalczywym jechaniem na swoim ulubionym koniku.

        • Trochę mnie to przeraża, że nawet kiedy wydaje Ci się, że zwracasz się do mnie w neutralny sposób, używasz protekcjonalnych zwrotów, których nie słyszy się w rozmowach między mężczyznami. „Wyglądasz na osobę inteligentną”? „Nie ma sensu psuć wrażenia”? Pozwól, że odpowiem tym samym: sprawiasz wrażenie lotnego, więc przyzwyczaj się do rzeczywistości, w którym robienie dobrego wrażenia nie jest już podstawowym priorytetem każdej kobiety, z którą rozmawiasz. To co dla Ciebie jest „zapalczywym jechaniem na swoim ulubionym koniku” dla mnie jest powtarzaniem do porzygu największych oczywistości, które cywilizowany świat przyjął za własne, a które w Polsce – kraju, w którym ciało kobiety nie jest jej własnością, a przemoc domową uważa się za element życia rodzinnego – wywołują jakiś nieprawdopodobny sprzeciw. Za każdym razem kiedy czytam komentarz w tonie „feminizm jest be”, opatrzony merytorycznym komentarzem, czuję się jakbym rozmawiała ze świeżoupieczonym absolwentem, który obraził się na świat, bo świat stracił zniżkę studencką, więc siedzi i wymyśla argumenty dlaczego powinien zachować to minus 50 procent do usranej śmierci. Wszystko super, ale fochem postępu nie zatrzymasz.

          • Nie muszę się przyzwyczajać do takiej rzeczywistości, bo wiesz co? Ta alternatywna nigdy nie istniała dla mnie. Istniała i nadal istnieje tylko w Twojej głowie. Gdybyś czytała moje komentarze z dawnego Focha, to pewnie byś zrozumiała, dlaczego. Tylko wyparowały, a mi się nie chce udowadniać, że nie jestem wielbłądem.
            No ale każdy, kto myśli inaczej niż Ty, jest niecywilizowany, protekcjonalny, popiera przemoc domową, sprzeciwia się postępowi, a w ogóle się obraził na świat. Strasznie dużo i agresywnie zakładasz na temat rozmówcy – i nie bardzo mam ochotę domyślać się, co jeszcze.
            P.S. Nie mieszkam w Polsce. Już długo.

          • Swoją drogą, w rozmowach mężczyzn nie słyszy się protekcjonalnych zwrotów, bo można po prostu napisać proste „weź Stefan nie pierdol”. A kobiecie przecież tak nie napiszesz 🙂

          • Ewentualnie można skrócić: „p****ło cię?” 🙂 – i wszyscy wiedzą, co poeta miał na myśli.

          • No i to jest ta różnica pokoleniowa, bo jeśli komuś chodzi po głowie „nie pierdol”, to wolę usłyszeć „nie pierdol” a nie być na okrągło upupiana.

          • To oczywiste, że nie podobają Ci się skróty myślowe na Twój temat, ale postaw się w mojej sytuacji. Takich rozmów jak ta odbywam codziennie piętnaście. Czasami dostaję kilometrowe niby-merytoryczne wywody na temat biologicznej wadliwości kobiecego ciała, czasami ktoś dla hecy wsadza kij w mrowisko, a czasami ktoś do mnie podchodzi w barze i mówi: „parytetów w radach nadzorczych to by się chciało, a domagałabyś się parytetu w kopalniach?”. I ja siedzę jak głupia i tłumaczę do znudzenia, że postulat parytetów jest inherentnie związany z władzą i przywilejem i że przez szklaną podłogę nie trzeba się przebijać. I że nie chodzi o to, żeby teraz nauczycielki i kioskarki na trzy cztery zjechały pod ziemię bo musi być 50-50 tylko, żeby jeśli jakaś dziewczynka zamarzy sobie o pracy fizycznej o wysokim poziomie adrenaliny, to żeby mogła zostać górniczką, a nie usłyszeć „to jest zajęcie dla faceta”. Czasem mam ochotę machnąć ręką na te komentarze albo powiedzieć takiemu kolesiowi, że jest dwunasta w nocy, jestem na imprezie z przyjaciółmi i nie mam siły się z nim kłócić, ale nie mam takiego luksusu, żeby móc się wycofać. Bo wtedy automatyczne założenie jest takie, że skończyły mi się argumenty, a ja w gratisie dostaję wyrzuty sumienia, że mogłam wpłynąć na czyjąś perspektywę, ale nie skorzystałam z okazji. Uwierz, że gdyby co druga osoba stawiała sobie za punkt honoru, żeby ci udowodnić, że postradałeś zmysły, to byłoby ci trochę wszystko jedno czy rzuca tekstem „jakby cię ktoś porządnie wyjebał to byś się tak agresywnie nie pluła o prawa reprodukcyjne” czy po po prostu mówi do ciebie jak do dziecka, w pasywno-agresywny sposób podważając twoje kompetencje. W pewnym momencie to już na serio są niuanse.

          • Nawiasem mówiąc, te rozmowy robią się coraz bardziej wymagające, bo wieki temu odpłynęliśmy już od prymitywnych dyskusji na temat tego, czy miejsce kobiety jest nad garami, a rolą mężczyzny jest przynosić hajs w zębach. Teraz na przykład czytam Twój komentarz, w którym pośrednio prezentujesz się jako świadoma, równościowo myśląca osoba, a jednocześnie kwestionujesz moje doświadczenie mówiąc, że jakaś „istnieje tylko w mojej głowie”. No i teraz mogłabym tu spędzić kolejną godzinę próbując Ci udowodnić, że waga dobrego wrażenia i potrzeba bycia lubianą są dziewczynkom wbijane do głowy od maleńkości, a potem dorosłe kobiety zachowują się jak nieasertywne, pozbawione poglądów ameby, żeby przypadkiem ktoś ich nie znielubił. Nie wiem czy „w mojej głowie” zadziała się historia mojej przyjaciółki, którą kolega z pracy poprosił o „pomoc” w napisaniu raportu, a potem podpisał wszystko swoim nazwiskiem. Można się upierać, że to przypadek, że ona machnęła ręką, żeby nie wyjść na zołzę i że to przypadek, że on zagarnął to wszystko bezrefleksyjnie jak swoje, because whyever not. Ale o tym przypadku słyszałam już tyle razy, że zamienił się w regułę. Jeśli Tobie wydaje się to wydumane – zajebiście, najwyraźniej żyjesz w normalniejszym świecie. Ale to, że jakieś zjawisko Cię nie dotyczy, nie znaczy, że nie istnieje.

          • Przeczytaj sobie jeszcze raz komentarz, do którego moja wypowiedź się odnosiła. A potem moją wypowiedź.
            Nie zrozumiałaś, a od razu znalazłaś kolejny przykład do okładania rodzaju męskiego po głowach – od razu widać wieloletnią praktykę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akcetuję ją.