Kawa po afrykańsku – w sudańskim obozie dla uchodźców

Nubijska kawiarnia w Yidzie
24 minut czytania
562
0
Magdalena Krawczak
Magdalena Krawczak
9 czerwca 2017
fot. John Wollwerth/Shutterstock

Temat uchodźców rozgrzewa Europejczyków do czerwoności, a obozy dla nich są tematem wielu tekstów i alarmujących reportaży. Tymczasem największe obozy dla uchodźców znajdują się w Afryce i żyją własnym życiem. Czy jednak obóz dla uchodźców to dobre miejsce na otworzenie biznesu? Taki pomysł to dla migrantów nie tyle kwestia przedsiębiorczej inwencji, ile często jedyny sposób na utrzymanie rodziny.

Jak donoszą raporty ONZ, największa fala współczesnych afrykańskich uchodźców pochodzi z południowych obszarów Sudanu, zwłaszcza z rejonu Gór Nubijskich. W poszukiwaniu miejsca, gdzie bomby nie spadają z nieba, a głód czy groźba braku wody nie zaglądają co dnia do oczu, Nubijczycy zaczęli w 2011 roku migrować, zmierzając przede wszystkim do pobliskiego Sudanu Południowego.

W Sudanie ludzie żyją na krawędzi przetrwania i wiecznym niepokoju

Przygraniczna Yida stała się największym skupiskiem uchodźców, którzy szybko zagospodarowali się i zadomowili w nowym miejscu. Prowizoryczne domy z brezentu, kijów i lin splatanych z pnących roślin, szybko wpisały się w tutejszy krajobraz, urozmaicając przestrzeń, gdzie najbardziej charakterystycznymi elementami panoramy były przedtem kopce termitów. Mieszkańcy rozrastającej się osady zaczęli też zastanawiać się, jak zarobić na utrzymanie ocalonych przed wojną i śmiercią rodzin – tak, by nie polegać wyłącznie na wsparciu humanitarnym, oferowanym przez ONZ. Dlatego właśnie powstały obozowe restauracje.

Niespokojny Sudan

Tereny Sudanu to jeden z najbardziej niespokojnych obszarów Afryki. Przez regularnie wybuchające walki kolejne pokolenia tutejszej rdzennej ludności nie są w stanie prowadzić spokojnego życia. Podłożem sudańskich zamieszek są między innymi trwające od wieków konflikty etniczne, motywujące poszczególne plemiona do rywalizowania o dostęp do ziemi i jej zasobów naturalnych. W połowie dwudziestego wieku sytuację wewnętrzną dodatkowo skomplikował spór z muzułmańskim rządem Sudanu. Preteksty polityczne doprowadziły do długich wojen domowych, a także zaczęły usprawiedliwiać niektóre masakry i rzezie etniczne, rozgrywające się na południu kraju. Stabilizację miał przynieść wyczekiwany traktat pokojowy, podpisany w 2005 roku. Po sześciu latach względnego spokoju przeprowadzono referendum, w którym pytano o konieczność odłączenia postkolonialnej, anglojęzycznej części Sudanu od muzułmańskiej północy. W efekcie w 2011 roku na politycznej mapie Afryki pojawiło się nowe państwo – Sudan Południowy.

Dzieci tez pomagają – zazwyczaj krążą po obozie sprzedając kukurydzę (fot. Frontpage/Shutterstock)

Oficjalne porozumienia nie uciszyły jednak wewnętrznych niepokojów targających południowym krańcem Sudanu. W tym samym roku, w którym proklamowano nową granicę polityczną, rozpoczęły się zamieszki, które dotknęły szczególnie boleśnie mieszkańców Gór Nubijskich – bombardowania zlecone przez sudański rząd, choć wymierzone w siły rebeliantów, uderzyły też w ludność cywilną, pozbawiając Nubijczyków dorobku życia, zmuszając ich do ucieczki przed działaniami zbrojnymi i głodem. Najoczywistszym kierunkiem migracji wydawał się sąsiedni Sudan Południowy – najmłodsze państwo świata zaczęło się w ten sposób szybko, choć niestandardowo, zaludniać. Pierwszym i często ostatnim przystankiem dla pieszych uciekinierów z Sudanu była właśnie Yida – miejscowość oddalona od granicy o zaledwie 14 kilometrów. O tym, jak trudno o spokój w południowych rejonach Sudanu najlepiej świadczy fakt, że jeszcze przez pięć pierwszych miesięcy 2016 roku do tego obozu przybyło siedem i pół tysiąca nubijskich uchodźców – w rezultacie Yida stała się nowym domem dla 70 tysięcy osób.

Sposoby na przetrwanie

Rozpoczynając życie w nowym miejscu, trzeba na nowo zorganizować codzienną rzeczywistość – co nie jest łatwe, gdy status imigranta przeszkadza w zdobyciu zatrudnienia. Chociaż nubijskim uchodźcom nieustannie przychodziło z pomocą wsparcie humanitarne ze strony ONZ, przesiedleńcy szukali możliwości między innymi do tego, by uprawiać ziemię i samodzielnie zdobywać jedzenie – również dlatego, że paczki żywnościowe pokrywały co prawda najważniejsze potrzeby (zapewniając wodę, zboże, olej, sól i niektóre rośliny strączkowe), ale jednak nie wszystkie. Wyhodowana żywność wykarmiała rodziny i trafiała na lokalne targi – w ten sposób prowizoryczna osada zaczynała żyć własnym życiem. To jednak oczywiste, że dostęp do ziemi był ograniczony i pozostawał kwestią szczęśliwego dogadania się z jej tutejszymi właścicielami.

Sudańskie zamieszki pozbawiały Nubijczyków nie tylko spokoju i dachu nad głową. Do obozu w Yidzie trafiały także niepełne rodziny: często były to kobiety, prowadzące ze sobą własne dzieci lub grono młodszego, osieroconego rodzeństwa. Martwiły się nie tylko o zdobycie wystarczających ilości jedzenia czy ubrań, ale też o to, by móc wyposażyć schronienie w potrzebne sprzęty czy posłać dzieci do szkoły (o ile pozwala na to sytuacja). Pomysł sprzedawania żywności, napojów czy wreszcie otworzenia restauracji, dawał tym kobietom szansę na spożytkowanie własnych, wyuczonych w domu umiejętności i sprytne zdobycie tak potrzebnych pieniędzy – choć gotowanie, parzenie kawy czy herbaty nie zawsze wydawało im się atrakcyjne. Gotówka przybywała do obozu wraz z kupcami – przyciągniętymi do powiększającej się osady potencjalną obietnicą zysku. To właśnie mężczyźni zmęczeni całodziennym handlem i lokalni przedsiębiorcy, mający w kieszeniach pieniądze, stali się wymarzonymi klientami obozowych restauracji.

Restauracja z trawy i patyków

Luksus murowanej restauracji nie był częsty w obozowej rzeczywistości Yidy. Zwłaszcza lokale początkujących nubijskich przedsiębiorców wznoszone były z rozmaitych materiałów, o jakie w okolicy nie było trudno: kije, trawa i kawałki brezentu może nie były wymarzonymi materiałami budowlanymi, ale zapewniały schronienie przed słońcem i gorącym powietrzem, dawały się też łatwo zmontować i zdemontować, w razie potrzeby. Tak wzniesione restauracje nie różniły się często od tutejszych domów, zresztą niekiedy pełniły też i taką rolę dla swoich właścicieli. Warto zaznaczyć, że zainwestowanie w biznes tego rodzaju wymagało od wielu tutejszych kobiet także swoistej odwagi: żeby rozkręcić swój mały biznes, musiały często poświęcić racje żywnościowe, przydzielane uchodźcom przez ONZ i na tej podstawie przygotować proponowane menu. Dopiero za zarobioną gotówkę można było zdobyć mięso, fasolę czy okrę i wzbogacić nimi restauracyjne propozycje.

Wnętrze, jak można się domyślać, prezentowało się bardzo ascetyczne, by nie powiedzieć dosadniej. Dawało jednak znowu wyobrażenie o tym, jak dalece Afrykanie przywykli do polegania na własnych zdolnościach i nauczyli się sprytnie wykorzystywać to, czym dysponują. Kluczowym sprzętem w restauracji była zmontowana z aluminiowych części kuchenka, w której podskakiwały rozżarzone węgle. Tu grzała się woda potrzebna do stworzenia napojów, powstawały dania obiadowe i przekąski. Za garnki i patelnie służyły puszki, w których do obozu trafiły wcześniej dary żywnościowe. Wyposażenia wnętrza restauracji dopełniały stołki i stoliki, często również własnej roboty. Na jednym z nich, w puszkach i słoikach, zgromadzone były przyprawy i suszone ingrediencje, konieczne do przygotowywania serwowanych dań. Podobnie jak prawdziwe garnki, także należyta zastawa bywała tu rzadkością.

Kawa po afrykańsku

Choć prezencja obozowych restauracji może wydawać się rozczarowująca dla oczu mieszkańca bogatszego i lepiej rozwiniętego kraju, przygotowywana tu kawa znacząco różniła się od tego, co miliony Europejczyków dostają na co dzień w papierowym kubku. Procedura parzenia kawy w obozowej restauracji rozpoczynała się od zagotowania zielonych ziaren kawy i zmielenia ich w drewnianym moździerzu. Aromatyczny, ciemny napar wzbogacano tu kolejno o odrobinę cukru i kardamonu, cynamonu, a pod koniec także szczyptę imbiru. Tak przygotowaną kawę zagotowywano ponownie w puszce wody, dodając do gotującego się napoju kolejną dawkę świeżych przypraw. Po przelaniu przez sitko kawa była gotowa, czarując zachęcającym aromatem. Dodatkowych walorów zapachowych dodawało kadzidło – tradycyjnie palone w Sudanie podczas spożywania posiłków. Ten zwyczaj miał zapewne zapewnić jedzącym brak nieproszonego, owadziego towarzystwa, ale w przestrzeni restauracji mógł też z powodzeniem zamienić się w wabik na kolejnych klientów.

Idealnym uzupełnieniem porcji kawy były dla tutejszych Afrykańczyków kulki ciasta, zwane zalabiya lub podpłomyki: placuszki przygotowywane z lokalnych składników. Podstawowe zboże wykorzystywane przez sudańskie plemiona to sorgo – po przemienieniu go w mąkę (zazwyczaj przy pomocy kamieni i odpowiedniego nakładu wysiłku) można z powodzeniem przygotowywać z niego właśnie podpłomyki lub gęstą owsiankę, znaną jako asida. W jadłospisie Nubijczyków stałe miejsce zajmują również soczewica i fasola: z nich powstają na przykład placki nazywane tamiya. Najtreściwszym i zarazem najbardziej pożądanym daniem jest mięsny gulasz, skutecznie przyciągający także klientów restauracji. Porcje surowego lub już usmażonego mięsa były w Yidzie wystawiane przed wejściami do tych przybytków, obiecując przechodniom pożywny posiłek.

Nowe perspektywy

Obóz w Yidzie, choć skupiający najliczniejszą rzeszę nubijskich uchodźców, przez rząd Południowego Sudanu i siły ONZ był traktowany jako rozwiązanie przejściowe i prowizoryczne: miejscami docelowymi dla uciekających z Sudanu migrantów miały być Pamir i Ajuong Thok, miejscowości bardziej oddalone od wciąż niespokojnej granicy i zarazem oficjalne obozy, powstałe z inicjatywy Narodów Zjednoczonych. Choć zadomowieni w Yidzie, przyzwyczajeni do swobody uchodźcy niechętnie słuchali o konieczności kolejnego przesiedlenia, w obozach ONZ czekała na nich profesjonalna pomoc medyczna, a szkoły dla dzieci nie były odpłatne.

Rok temu ONZ dopięło swego, przewożąc uchodźców dalej, jednak od kilku miesięcy masowe migracje obierają nowe kierunki: obecnie to Południowy Sudan pustoszeje. Susza, głód i nasilające się przejawy przemocy sprawiają, że rzesze ludzi szukają schronienia w Ugandzie, Etiopii, Kenii czy Kongu. W zależności od tego, gdzie ponownie trafią uchodźcy, ich życie może wyglądać podobnie jak w Yidzie lub zyskać nieco szersze perspektywy. Przykładowo, Uganda zapowiedziała udostępnienie swojego rynku pracy imigrantom – w takich okolicznościach otworzenie restauracji będzie tylko jedną z wielu realnych metod zarobkowania.

Magdalena Krawczak
Magdalena Krawczak
Z wykształcenia polonistka i krytyk literacki: przez zamiłowanie do pracy ze słowami i odkrywania opowieści wszędzie tam, gdzie to możliwe. Na co dzień redaguje i poprawia cudze, ale przede wszystkim tworzy własne teksty, nie stroniąc od wyzwań i eksperymentów. Z drobnych zapisków złożyła także autorski tomik poetycki "Ze zzieleniałymi oczami". Miłośniczka wielu oblicz sztuki, także tej użytkowej - w wolnych chwilach zamiast słów poskramia różnego rodzaju nitki.
AUTOR

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.