Nadciąga sezon ogórkowy. Jakie seriale warto odkurzyć?

Do czego lubisz wracać?
16 minut czytania
1357
2
Agata Połajewska
Agata Połajewska
25 czerwca 2017

Co oglądać między kolejnymi sezonami ulubionych seriali? Najlepiej inne seriale – wiadomo. Przypomnijmy sobie o kilku, które skończyły się przynajmniej dziesięć lat temu. Do czego czas wrócić, a co rozczarowuje?

Choć często z ogromnym podekscytowaniem czekam na premierę kolejnego serialu, nowy singiel ulubionego zespołu czy powieść ulubionego pisarza, najwięcej przyjemności i ukojenia dają mi ostatnio rzeczy znane. Nic na tę wewnętrzną mamoniowatość nie mogę poradzić, mogę ją jedynie zaspokajać. A staje się to coraz bardziej konieczne. Lista oczywiście jest subiektywna i niekompletna. Tym razem nie mogłam polegać na znajomych, musiałabym bowiem pisać ten tekst przez tydzień, wybrałam zatem swoje własne przyjemności. Lato to doskonały czas na powtórki.

„Ale jak to jeszcze nie widziałaś?!”

Nowe seriale bardzo mnie w ciągu ostatnich miesięcy męczyły i nudziły, nie byłam w stanie odpowiednio się na nich skupić, nie byłam w stanie ich docenić. Być może to kwestia przesytu – nowych produkcji było sporo, nadrabiałam też niewielkie zaległości. Co prawda były też dwa ogromne zachwyty – o jednym już pisałam (i podtrzymuję opinię) oraz wspaniałe „13 Reasons Why”, ale to bardzo świeże sprawy.

„Twin Peaks” to jeden z seriali, które mogę powtarzać bez końca

Do tego dochodzi presja. Jeśli chcesz uniknąć bycia bombardowanym milionem opinii i spoilerów, musisz tymczasowo wyrzucić z feedu na Facebooku połowę znajomych (niestety, ta metoda jest niedoskonała) oraz połowę serwisów informacyjnych. Trochę mnie męczyło, że żeby czerpać z serialu przyjemność i mieć choć kilka niespodzianek, muszę zrezygnować z obserwowania osób, za którymi zdecydowanie przepadam. Nie mam natomiast zamiaru z wywieszonym językiem ogarniać rzeczywistości tylko po to, żeby obejrzeć nowy serial jako jedna z pierwszych. Nadal łaknę jednak telewizyjnej rozrywki, postanowiłam zatem oddać się w pełni powtórkom. Ponieważ mam w sobie pierwiastek sentymentalnej gęsi, poszłam w dramat obyczajowy i – zaiste – zderzyłam się ze sporą dawką dramatu.

W świecie amerykańskich nastolatków

Umówmy się od razu – oglądanie „Jeziora Marzeń” („Dawson’s Creek”) było wynikiem pewnego rodzaju desperacji oraz chęci pozostania w strefie serialowego komfortu. Wiem, o co chodzi, ale krótka pamięć pozwala mi cieszyć się serialem na nowo – nie pamiętałam połowy wydarzeń. Pamiętałam za to kojący serial o życiu nastolatków z małego miasteczka, miłosne trójkąty, małe szkolne katastrofy, trudne sprawy.

Mgliście pamiętałam też uroczą Katie Holmes oraz inteligentnego, skupionego na miłości do filmów Dawsona. Tym bardziej zaskakujące było to, że oglądaniu każdego odcinka towarzyszyła chęć obicia krzesłem tytułowego bohatera, a później i coraz częściej także kolejnych postaci pojawiających się na ekranie.

Na szczęście szybko się przyzwyczaiłam i tylko okazjonalnie fantazjowałam o aktach przemocy. Okazuje się, że chyba jednak nie mam cierpliwości do nastoletnich problemów, poddałam się zatem po trzech sezonach – sama jestem zaskoczona, że tyle wytrzymałam. Kompletnie zapomniałam, że serial ma tak potwornie irytujących bohaterów. Ratunkiem był wspaniały Joshua Jackson, do którego od tamtych czasów mam słabość i zdecydowanie cieszy mnie rozwój jego kariery. Pociesza mnie też mała rehabilitacja Jamesa Van Der Beeka, który zagrał samego siebie w krótkim serialu komediowym „Don’t Trust the B— in Apartment 23”. Sporo tam naigrawania się z „Jeziora Marzeń”, które powinno mieć podtytuł „Bezbrzeżna nuda”.

Szybko przerzuciłam się zatem na Ich pięcioro” („Party of Five”)– serial o pięcioosobowej gromadce, która straciła rodziców w wypadku samochodowym. Opiekę nad całym towarzystwem przejmuje najstarszy brat, sam zresztą wymagający jeszcze opieki – niedojrzały bowiem wielce i niezbyt można na nim polegać. Sytuacja nie jest różowa, bowiem jeśli dzieciaki nie udowodnią, że dają sobie doskonale radę, zostaną rozdzielone i trafią do rodzin zastępczych. Tym razem wytrzymałam dwa sezony – zaczęłam bowiem wyobrażać sobie siebie w roli opiekunki społecznej, która przychodzi do domu Salingerów i robi tam porządek. Zdecydowanie za dużo dramy jak na jeden serial.

Serial sprzed dwóch dekad, który mógłby powstać dziś

Serial o życiu nastolatków w fikcyjnym miasteczku w Pensylwanii – „Moje tak zwane życie” („My So-Called Life”) – został przez wielu krytyków okrzyknięty jedną z najlepszych telewizyjnych produkcji wszech czasów. Chwalono go przede wszystkim za to, że znakomicie unika banalności, nie przerysowuje faktów i doskonale portretuje przeciętnych amerykańskich nastolatków w przeciętnych amerykańskich szkołach. Kobieca część publiczności zachwyciła się z kolei główną bohaterką, która – według powtarzających się wypowiedzi na forach dyskusyjnych i w artykułach prasowych – pokazała amerykańskiemu społeczeństwu, że nie brakuje silnych młodych kobiet, które są zdecydowane walczyć o to, by zostać usłyszanymi.

Pamiętam oglądanie tego serialu jeszcze w telewizji i eksplozję marzeń o koszulach w kratkę i glanach. Angela – grana przez Claire Danes główna bohaterka serialu – była przez kilka tygodni moją role model. Chciałam mieć rude włosy, glany i dużo koszul w kratkę oraz ponury wyraz twarzy. Ten ostatni udało mi się osiągnąć i został ze mną do dziś, glany obtarły mi stopy do krwi. Marzyłam też o niezależności amerykańskiej nastolatki. Była rozrywka, trochę emocji i wspaniała moda lat dziewięćdziesiątych…

Zaczynając maraton liczyłam na powrót do kojącego świata i trochę umysłowego odpoczynku. Zupełnie nie pamiętałam bowiem, o jak trudnych sprawach mówi się w tym serialu i jakim językiem. „My So-Called Life” powinno spodobać się wszystkim, którym przypadł do gustu nowy serial Netfliksa – „13 Reasons Why”. Nie jest to oczywiście ten kaliber emocjonalny – „13 Reasons Why” budzi bowiem emocje bardzo skrajne – ale z pewnością te dwa seriale mają ze sobą coś wspólnego. Podkreśla to zresztą pojawienie się w netfliksowym hicie jednego z aktorów grających także w „My So-Called Life” – i to pojawienie się zupełnie nieprzypadkowe.

Potencjalny maraton nie jest przesadnie długi – serial zakończono po 19 odcinkach, co zresztą wzbudziło ogromną wściekłość wśród nastoletniej – i nie tylko – publiczności. Niestety, oglądalność pozostawiała wiele do życzenia, skasowano zatem produkcję ostatecznie. Co gorsza, serial nie posiada sensownego finału, wątki nie są pozamykane, a takie końcówki budzą zrozumiałą frustrację. Warto jednak się poświęcić – pocieszyć może też fantastyczna ścieżka dźwiękowa oraz młodziutki Jared Leto. Bardzo polecam.

Muszę też dodać, że seriale dla nastolatków, jak słabe by nie były, zawsze uświadamiają mi jedno – życie po trzydziestce jest absolutnie najlepsze. Jestem absolutnie pewna, że jeśli piekło istnieje, koszmar polega na obudzeniu się w ciele czternastolatki i przeżycia tego wszystko jeszcze raz. To byłoby straszne.

Inne spojrzenie na Stars Hollow

„Kochane kłopoty” („Gilmore Girls”) budzą we mnie dość ambiwalentne uczucia. Do miasteczka Stars Hollow wróciłam z okazji premiery nowego sezonu i po raz kolejny dałam się złapać w pułapkę lukru i humoru. Umościłam się jednak w uroczym świecie dziewcząt Gilmore i postanowiłam dla własnej przyjemności zapomnieć, jak bardzo wkurzające są obie bohaterki, jak bardzo zapatrzone w siebie i jak okropnie traktują innych ludzi. I choć wszystkie objawy ich paskudnych charakterów mają raczej komiczny wymiar, czasem trzeba zastanowić się dwa razy nad tym, czy na pewno warto się z czegoś śmiać. Na szczęście można sobie włączyć blokadę w głowie i cieszyć się licznymi zaletami serialu, tak zatem postanowiłam zrobić, co i wam polecam.

Faworytka zmienia się z czasem

Jest to zresztą kolejny serial, który oglądany po latach pokazuje, jak bardzo zmienia nam się z czasem spojrzenie na pewne rzeczy. Doskonale pamiętam moją niechęć do Emily Gilmore i do pompatycznego Richarda. Dziś na tych bohaterów patrzę zdecydowanie inaczej i zdecydowanie lepiej ich rozumiem. Niechęć do Emily przerodziła się w ogromną sympatię, która zresztą zaowocowała kolejnym serialowym odkryciem. Kelly Bishop zagrała bowiem w jeszcze jednej produkcji Amy Sherman-Palladino – „Bunheads”. Obejrzałam i zakochałam się.

Nie wiem, czy serialu o tancerkach nie poleciłabym w tej chwili bardziej ochoczo niż „Gilmore Girls”, ma on jednak zasadniczą wadę – urywa się w wyjątkowo fatalnym momencie, bo produkcję skasowano po jednym sezonie. Wszystkie wątki pozostają otwarte, a widz ma ochotę cisnąć czymś w telewizor. Okazało się, że czas porzucić krainę dramy i przejść na inne klimaty – troszkę mroczniejsze.

Koszmar senny w 24 odcinkach

Skoro jesteśmy już przy frustrujących zakończeniach, ale i mroczniejszych klimatach, nie mogę zapomnieć o serialu „Carnivale”. Dwa sezony przyjemności z dreszczykiem to zdecydowanie za mało, a walka widzów o przywrócenie produkcji na ekrany i spektakularny finał nie ustaje do dziś, choć ostatni odcinek wyemitowano w 2005 roku. Jednak świadomość, że planowano sześć sezonów nie pozwala dziś spokojnie pogodzić się ze zbyt szybkim końcem.

Do obejrzenia nie trzeba mnie było długo zachęcać. Walka dobra ze złem, w przykurzonym i nieco przerażającym wesołym miasteczku i czasach Wielkiego kryzysu? Biorę w ciemno! Wzięłam i nie pożałowałam, choć czasem zmuszona byłam jednak oglądać „Carnivale” przy zapalonym świetle. Oniryczny klimat serialu, zdjęcia, wciągająca fabuła – to wszystko sprawia, że 24 odcinki można połknąć naprawdę w jeden weekend. Co więcej, przy odrobinie wysiłku można nawet wmówić sobie, że zakończenie – choć nagłe – ma sens i można uznać je za satysfakcjonujące. W sumie zawsze dobrze mieć nieco pola dla wyobraźni.

Chodzą też plotki, że HBO może zdecydować się na wielkie wskrzeszenie – dziś serial jeszcze lepiej wpasuje się w obowiązujące trendy, kilka innych produkcji przekonało widzów do mroczniejszych klimatów, może zatem powrót do wesołego miasteczka byłby dobrym pomysłem. Obawiam się jednak, że to faktycznie tylko plotka. Polecam jednak bardzo wielbicielom mrocznych klimatów, przykurzonej senności i skomplikowanych relacji świata rzeczywistego z drugą stroną.

Podróż przez strefę mroku

Przyszedł też czas na odświeżenie klasyki – usiadłam zatem radośnie do przygód Muldera i Scully – zwłaszcza, że nowy sezon czaił się tuż za rogiem i chciałam wczuć się w klimacik. Zapomniałam już, jak doskonałe były niektóre odcinki „Archiwum X”, zapomniałam też, jak koszmarnie nierówny to serial. Nieco mnie ta nierówność zmęczyła, powybierałam sobie zatem odcinki po ocenach i opisach, składając sobie nową wersję starego serialu. Pomogło.

Podobnie było z klasykiem klasyków – „Twilight Zone”. Choć rupieć to straszliwy i pełen raczej zabawnych efektów, nadal potrafi dobrze przestraszyć, a i nieźle namieszać w głowie. Tym razem byłam twarda i obejrzałam wszystkie odcinki, ale jednak polecam kierowanie się ocenami i opisami – kilka odcinków to jednak sporo ziewania.

Najbardziej satysfakcjonujące okazało się połączenie nastoletnich dram i mroku, czyli długa wizyta w Sunnydale, u Buffy Summers.

Dama z pieńkiem, dziewczyna z kołkiem

Choć serial o młodej pogromczyni wampirów ma zdecydowanie słabsze momenty, na szczęście nadchodzą one dopiero po kilku sezonach. Pierwsze to niczym nieskrępowana rozrywka, niewymagająca, zabawna i zajmująca. Przy „Buffy The Vampire Slayer” bawię się doskonale, mam z tego serialu masę przyjemności i wypieram wszystkie kiepskie odcinki ostatnich sezonów oraz mało satysfakcjonujące zakończenie i lekko drewniane postacie przewijające się przez kolejne sezony.

Mem wrzucony ostatnio na Facebooka przez Sarah Michelle Gellar :))

Każde oglądanie „Buffy” – a robiłam to już co najmniej trzy razy – przynosi coś nowego. Sporo przegapiłam, inne rzeczy kiedyś mnie śmieszyły, trochę inaczej patrzyłam na pewne metaforę, które dziś zdecydowanie bardziej doceniam. Nie jest to może bardzo inteligentna rozrywka, ale nigdy nie twierdziłam, że tylko takich szukam. Wręcz przeciwnie – wyznać muszę, że ostatnio cieszą mnie głównie rzeczy mało wymagające. Tylko dla „Twin Peaks” robię wyjątek i zmieniam dziewczynę z kołkiem na Damę z Pieńkiem.

Do „Twin Peaks” wracam z tych samych powodów, co wymienione wyżej odkrywanie kolejnych drobiazgów, poznawanie kolejnych szczegółów. To fascynujące, ile można przegapić nawet wtedy, gdy ogląda się coś kilka razy. Dziś jednak zastanawiam się, czy doradzać oglądanie pierwszych sezonów komuś, kto postanowił – z mało zrozumiałych dla mnie powodów – zacząć swoją przygodę z serialem od najnowszego sezonu. Każdemu jego porno i w sumie nic mi do tego.

Z pewnością doradzam jednak kolejny powrót tym, których trzeci sezon rozczarował – podobno wiele osób twierdzi, że zbyt mocno różni się od dwóch pierwszych. Można zatem szukać ukojenia w dobrych początkach, a może nawet uda się zrozumieć, czemu trzeci sezon jest, jaki jest (i dlaczego doskonały).

Najlepszy serial komediowy?

Kiedyś sympatia dla seriali komediowych była zdecydowanie bardziej akceptowana, dziś wypada wybierać wyłącznie te „inteligentne”, a o reszcie raczej nie wspominać. Nie ukrywam, że znajduję sporo przyjemności w oglądaniu starych odcinków seriali komediowych, na które czasem trafiam zupełnym przypadkiem. Właśnie trafiłam na powtórki „Wszyscy kochają Raymonda” i troszkę wsiąkłam, bo bardzo przepadam za tym serialem, choć tak naprawdę nie umiem tego sensownie wytłumaczyć. Choć poniższy klip może być pomocny.

W seriale komediowe rzadko wsiąkam, do tego polityka polskich stacji telewizyjnych była niegdyś taka, że odcinki wyświetlano kompletnie randomowo i człowiek najzwyczajniej w świecie gubił się przez brak płynności – do dziś nie skusiłam się na powtórki niektórych seriali, choć szykuję się na obejrzenie serialu (nie znoszę jego polskiego tytułu) „Hoży Doktorzy” („Scrubs”), bo czuję, że wiele straciłam. Być może cudze zachwyty nie są przesadzone. Na liście mam jeszcze „Frasiera”, rysunkowe „King of the Hill” oraz „Świat według Bundych”, który według mnie jest serialem rewelacyjnym, ale trzeba mieć na niego odpowiednią fazę.

Jest jednak serial komediowy, który zawsze mam w pogotowiu – to „Malcolm in the Middle”, serial znany w Polsce jako „Zwariowany świat Malcolma”. Nie wiem, czy jakikolwiek inny serial bawił mnie tak mocno, nie bardzo jestem sobie też w stanie przypomnieć inną produkcję, tak doskonale wpisującą się w moje poczucie humoru. Rodzina Malcolma jest najlepszą serialową gromadą, z jaką kiedykolwiek miałam do czynienia. Ba, nie ma chyba w tym serialu postaci, która nie byłaby zabawna, przemyślana, idealnie pasująca do całości czy doskonale portretująca pewien typ znany nam z realnego życia.

Choć nie ma tu postaci, której bym nie lubiła, szczególnym uczuciem darzę Hala, granego przez doskonałego Briana Cranstona. Uwielbiam też ludzi, którzy wymyślili teorię o łączeniu się światów „Malcolma” i „Breaking Bad” oraz wytropili masę zabawnych szczegółów – sprawdźcie wideo poniżej.

Co jeszcze lepsze – po spektakularnym finale „Breaking Bad” pojawiło się „alternatywne zakończenie”, które fanów obu seriali rozbawiło do łez. Niestety ciężko znaleźć wideo dobrej jakości, zatem wybaczcie, ale i w takiej warto.

Ucieczka na Alaskę

Wyjaśniać nie trzeba chyba też miłości do rewelacyjnego, uroczego i mocno zakręconego „Przystanku Alaska” („Northern Exposure”). Odcinki tego serialu mogę oglądać losowo, w każdej chwili i sytuacji – trzy razy przypomniałam sobie o tym serialu tuż przed wyjściem z domu i natychmiast porzucałam towarzyskie plany, bo MUSIAŁAM usiąść w spokoju i obejrzeć choć dwa odcinki. „Przystanek Alaska” jest dla mnie lekarstwem na każdy życiowy smuteczek, ale równie chętnie oglądam go w doskonałym humorze – jako wisienkę na torcie.

„Przystanek Alaska” skusił mnie też przypadkiem do obejrzenia serialu, który można potraktować jako guilty pleasure, a znalazłam go szukając po miejscu akcji. Mowa o „Uwaga, Faceci!” (fatalnie przetłumaczony tytuł „Men in Trees”), zabawnym i niedługim serialu o perypetiach pewnej uroczej nowojorskiej pisarki, która przez przypadek znajduje się w zmaskulinizowanej społeczności małego miasteczka na Alasce. Niezbyt mądre, ale przemiłe!

Tak dużo seriali, tak mało czasu

Kompletna lista seriali do ponownego obejrzenia, najlepiej ciurkiem, jest wyjątkowo długa i rośnie z roku na rok. Zwłaszcza że są jeszcze seriale, którym należy się druga szansa – być może spojrzenie na nie po latach sprawi, że w końcu znajdę dla nich więcej zrozumienia.

Z przyjemnością dowiem się, jakie seriale traktujecie jak starych przyjaciół, a jeśli chcecie pomóc nam w zrobieniu kolejnego zestawienia, to planujemy w najbliższym czasie opublikować też tekst o serialach z najlepszą muzyką. Jeśli macie swoich faworytów – piszcie. Ja wracam przed telewizor, w końcu jeszcze jest weekend.

Agata Połajewska
Agata Połajewska
Dziennikarka, podróżniczka, redaktorka (i jeszcze parę rzeczy by się znalazło). Współpracowała z portalem gazeta.pl - współtworzyła serwisy foch.pl i weekend.gazeta.pl, pisywała artykuły kulturalne (niekulturalne też) oraz podróżnicze. Dziś pisze teksty dla serwisu Crazy Nauka
Mieszka i pracuje w internecie, choć wolałaby w Arizonie.
AUTOR

Komentarze

2 odpowiedzi na “Nadciąga sezon ogórkowy. Jakie seriale warto odkurzyć?”

  1. Moje tzw. życie… do dziś nie wiedziałam jak się ten serial nazywa:D oglądałam go w oryginale, bo na mojej kablówce tylko taka była… oglądałam i chciałam być Claire i mieć obok Jareda :D:D:D Jezioro Marzeń odpada, za porządne dla mnie było, Przystanek Alaska tak samo jak Twim Peaks uwielbiałam, oba mocno ryją banię i to w nich uwielbiam 😉 dodałabym swoje pięć groszy w postaci Beverly Hills, Melrose Place i Baywatch, bo kocham american dream 😉 … jakiś czas temu dodałabym Przyjaciół, ale jak oglądam teraz to zupełnie mnie nic nie śmieszy… to chyba tyle

Dodaj komentarz