Osiem najbardziej irytujących zakończeń

Subiektywny przegląd rozczarowań filmowych i literackich
5 minut czytania
2543
14
Kasia Nowakowska
Kasia Nowakowska
6 czerwca 2017
©Christian Weber/Showtime

Przez lata na hasło “wkurzające zakończenie” odpowiadało się bez namysłu: drugi sezon “Twin Peaks”, no bo naprawdę, jak można przerwać w TAKIM momencie? Ale serial “Twin Peaks” właśnie powrócił w glorii i chwale, więc nie można już dłużej na ten temat narzekać. Nie martwcie się jednak, jest mnóstwo innych, beznadziejnych zakończeń!

Tak, ten tekst będzie pełen spoilerów, więc uprzejmie proszę o profilaktyczne zerknięcie na listę tytułów, żeby potem nie było, że ktoś nie wiedział “kto zabił” w “Hamlecie” i że mu całą przyjemność z lektury popsułam. A, właśnie. Zaznaczę też od razu na wstępie, że na tej liście oprócz dzieł wątpliwych i poślednich znalazły się rzeczy wybitne, absolutna klasyka. Fakt, że irytuje albo zwyczajnie nie podoba mi się ich zakończenie nie umniejsza wcale ich rangi. Przecież piękne rzeczy, które kiepsko się kończą to raczej norma, niż ewenement. A lista jest subiektywna i stanowi kronikę moich osobistych rozczarowań. Można uzupełniać i kontrować do woli!

Żona idealna

Nie zamierzam ukrywać – to właśnie z tego powodu zrodził się w mojej głowie pomysł napisania tekstu o straszliwie rozczarowujących zakończeniach. Obejrzenie ostatniego sezonu bardzo lubianego przeze mnie serialu odkładałam przez jakiś czas – między innymi dlatego, że nie chciałam się definitywnie pożegnać z moją ukochaną Alicją (Julianna Margulies).

Niestety finał tego sezonu, był jak siarczysty policzek – ten, który wymierzyła (słusznie!) Alicji Diane Lockhart, jej mentorka, przyjaciółka, rywalka, partnerka z kancelarii prawniczej (ta relacja JEST skomplikowana) po tym jak Alicja dopuściła się wobec niej niewybaczalnej zdrady.

Rozumiem zamysł twórców, by przesympatyczną bohaterkę zamieniać stopniowo w odrażającego potwora – dokładnie takiego samego jakim na początku serii był jej mąż. Rozumiem dlaczego Alicję spotykają same złe rzeczy – zapracowała na nie. Co więcej, nawet doceniam, że to zakończenie nie idzie na łatwiznę. Źródłem rozczarowania jest to, że naprawdę nie mamy nadmiaru fajnych, mądrych i dojrzałych kobiecych bohaterek. Trzeba było tę jedną popsuć?

Wesołe przygody Robin Hooda

To moja pierwsza przygoda czytelnicza – pierwsza samodzielnie przeczytana książka i zarazem pierwsza, do której cyklicznie wracałam, czytając raz za razem. Z tym że nie od deski do deski. Przez całe lata, starannie i z rozmysłem unikałam ostatniego rozdziału, ponieważ wiedziałam-przeczuwałam, że w tym ostatnim rozdziale Robin umiera.

Kiedy przeczytałam go w końcu (na raty, bo łzy zalewały mi oczy i nie widziałam liter), mając pewnie już z lat 11, popadłam w straszliwe przygnębienie. Rozważałam nawet wyrwanie tych ostatnich stron z książki, ale czułam, że nawet to nie pomoże, bo już UMARŁ dla mnie i nic tego nie zmieni. Zabijanie wspaniałych bohaterów po dwustu stronach ich naprawdę wesołych przygód do dziś uważam za nietakt i faux pas.

Duma i uprzedzenie

Wiem, że narażę się wielu, sama prawie nie wierzę w to, co tu piszę. Ale taka jest prawda: uwielbiam Jane Austen, uwielbiam pana Darcy’ego, uwielbiam “Dumę i uprzedzenie”, jednak zakończenie tej książki mam za wysoce niesatysfakcjonujące. Nie, no jasne, wszystko spoko: Elizabeth Bennett dostaje swojego chłopaka, wszystko dobrze się kończy, żyją długo i szczęśliwie.

Problem w tym, że cała opowieść o losach i miłości wyszczekanej panny i dumnego dziedzica toczy się w dostojnym tempie i z epickim rozmachem. Pięknie, rozlewnie i bez nieprzystojnego pośpiechu fabularnego. A końcówce jakby kto włączył fast-forward: bach-bach, wszystkie wątki pokończone w kilku zdaniach, the end! Nie wiem czy Austen miała ich już dosyć pisania i chciała się szybciej rozstać z bohaterami, więc podkręciła tempo jak u Benny Hilla, czy kończył jej się zapas inkaustu, ale w moich uszach ta końcówka zgrzyta.

Dexter

Nie tylko romanse potrafią złamać człowiekowi serduszko. Moje zostało co najmniej poważnie nadwyrężone przez serial o psychopatycznym seryjnym mordercy. „Dexter” zaczął się świetnie i intrygująco (sam koncept uczynienia głównym bohaterem, z którym widz sympatyzuje, osoby o dość wątpliwej moralności był ciekawy), potem miał swoje górki i dołki (cały wątek z dzieckiem wykopałabym ze scenariusza), ale końcówka okazała się jednocześnie rozdzierająco smutna i groteskowa.

Od początku zastanawiamy się bowiem, czy Dexter w końcu odpowie za swoje zbrodnie, czy też ujdą mu one na sucho. Otóż w finale okazuje się, że ani jedno, ani drugie, bo niby ucieka, ale wybiera pełną udręki samotność i życie… drwala. Tak, właśnie. He’s a lumberjack and he’s not OK.

Pi

Reżyser Darren Aronofsky jest, moim zdaniem, jednym z największych szarlatanów współczesnego kina, a znielubiłam definitywnie właśnie po go po ostatniej scenie filmu „Pi”. Generalnie dość męczącego filmu, dodajmy, o matematycznym geniuszu tudzież żyjącym swoimi urojeniami schizofreniku, który albo właśnie rozwiązał zagadkę wszechświata albo zwariował (nie dowiemy się). Kiedy nie masz logicznego rozwiązania bzdurnego scenariusza, użyj wiertarki:

Romeo i Julia

Może to nieładnie, że szargam dobre imię kolejnego klasyka, ale powiedzmy sobie szczerze: finał tej opowiastki o nastoletniej miłości jest niedorzeczny. Rozumiem rozpacz młodych kochanków i wszystkie niekorzystne zbiegi okoliczności, które się przeciwko nim sprzysięgły (listu biedaczyna Romeo nie dostał) i że ojciec Laurenty to patałach kompletny. Ale czemu ten cholerny Romeo, widząc martwą jak mniema Julię, postanawia zadźgać jeszcze Parysa, to naprawdę nie wiem. Jakby dwa samobójstwa nie były wystarczająco brutalnym akcentem.

Inna sprawa, że Buzz Luhrman sprawił, że to generalnie farsowe zakończenie z qui pro quo z trucizną i sztyletem (pistoletem)  jest jeszcze bardziej nieznośne:

Incepcja

Znowu będzie Leonardo. Leonardo lubi grać w pretensjonalnych filmach (a ja lubię Leonardo). Incepcja jest dość pokraczną konstrukcją fabularną: bohater grany przez Di Caprio, by odzyskać swoje dzieci (które mu zabrano, gdy jego żona popełniła samobójstwo) zgadza się wykonać niebezpieczne zadanie. Polega ono na wejściu w cudze sny i myśli, by zaszczepić w nich pewną ideę (tak, jest taka przełomowa technika, która to umożliwia. Jak dogodnie). Problem jednak polega na tym, że być może Di Caprio tylko śni o tym, że śni, że we śnie cośtam robi i nigdy nie wychodzi z piętrowych snów (tak, metafora pięter występuje w tym filmie, a jakże).

Gdyby widzowie nie ogarnęli tej niezwykle zagmatwanej konstrukcji snu w śnie w śnie, to na wszelki wypadek podano takie wspaniale łopatologiczne zakończenie, które upewnia nas, że wszystko było snem. Ale snem w śnie czy snem w śnie śniącego Di Caprio? Naprawdę nikogo to nie obchodzi i to jest jeden z problemów tego filmu.

Interstellar

Skoro już się zaczęłam pastwić nad Nolanem (którego w gruncie rzeczy cenię i poważam – nie brakuje mu odwagi ani świeżości spojrzenia), to muszę wspomnieć o wielkim rozczarowaniu jakim był dla mnie „Interstellar”. Zaczynał się świetnie, w postapokaliptycznym klimacie, ze zniszczoną Ziemią, której nie da się już uratować, więc trzeba uciekać w kosmos. Ale nie ma szans, żeby uciekli wszyscy, więc mała grupa poleci prosto w czarną dziurę, by odnaleźć równoległe światy i tak uratuje ludzkość. Tak, to głupie, ale bynajmniej nie najgłupsze.

Bo dopóki akcja toczy się na pokrytej kurzem, nękanej głodem Ziemi, to jest klimatycznym SF bliskiego zasięgu. Ale z chwilą przeniesienia akcji w kosmos, zamiast stać się twardym SF, zamienia się w ckliwą opowiastkę o tym, jak miłość (do córki) zwycięży wszystko i ocali świat. Nawet jeśli musi przy okazji brzydko potraktować fizykę i logikę. Szczytem wszystkiego jest kosmiczna półka na książki. Pokryta kurzem. W innym wymiarze. I na końcu Matthew McConaughey w kosmicznym skafandrze strąca z tej półki książkę. Dobranoc.

 

Kasia Nowakowska
Kasia Nowakowska

Od ponad dziesięciu lat „robi w słowie” jako dziennikarka, blogerka, felietonistka. Była redaktor naczelną internetowego serwisu dla kobiet Foch.pl i współzałożycielką BACHORA, humorystycznego magazynu dla sfrustrowanych rodziców. Ma za sobą pracę w prasie papierowej (m.in. Dziennik, Przekrój, Machina), ale bez trudu przeniosła się do internetu i tu czuje się u siebie. Nałogowo ogląda seriale, tłumaczy gry i komiksy, uwielbia przeprowadzać wywiady (i nienawidzi ich potem spisywać). Zwierzę miejskie, matka dzieciom (sztuk dwie) i fanka Davida Bowiego.

Put on your red shoes and dance the blues.


AUTOR

Polecamy

Komentarze