Ulubiony muzyk w roli terapeuty? To działa

Muzykoterapia inaczej
9 minut czytania
482
0
Magdalena Krawczak
Magdalena Krawczak
18 czerwca 2017
fot. Christian Bertrand/Shutterstock

W internecie krąży powiedzenie, że gdy jesteśmy w dobrym nastroju – cieszymy się muzyką, a kiedy nasz humor jest nieco gorszy – zaczynamy wsłuchiwać się w słowa do niej dopisane. Muzykoterapia jest już uznaną i praktykowaną formą radzenia sobie z różnymi schorzeniami. Równie potężną moc co melodia, mają słowa muzycznych utworów: trudnią się często łataniem złamanych serc, ale i biorą na siebie inne ważne zadania.

Muzyka. W uszach wielu to sposób na szybkie i przyjemne oderwanie się od codzienności, relaks i zapomnienie o problemach. Duchowi spadkobiercy romantyków dostrzegają w niej nawet coś więcej: możliwość „dotknięcia nieskończoności”, czyli zasmakowania takiego doznania, jakiego nie jest w stanie dostarczyć żaden inny rodzaj ludzkiej twórczości.

Wielu słuchaczy skupia się równie mocno na słownych przekazach  – niekiedy nadając im znacznie większe i poważniejsze znaczenie niż to, jakie zaplanowali sami twórcy. Często takim domorosłym analizom służą specjalne blogi “confesssions” z anonimowymi wyznaniami internautów, którzy zwierzają się, jakie myśli i stany wywołuje w nich dany utwór.

Coldplay – balsam dla duszy (fot. Andrea Raffin/Shutterstock)

O uczuciach – mniej banalnie

Istnieje spore prawdopodobieństwo, że gdyby pokusić się o zbadanie tego, jaka część istniejących piosenek mówi o miłości, okazałoby się, że to bardzo wysoki procent. Z jakiegoś względu uczuciowe doświadczenia motywują zarówno do tworzenia, jak i słuchania kompozycji opowiadających o (zazwyczaj jednak) niedolach kochania. Wśród mniej i bardziej ambitnych utworów tego typu zdarzają się jednak i takie, które zamiast ładnie opakowanego banału potrafią słowami lub inną stworzoną przez artystę wizją, zainspirować do nieco głębszych przemyśleń. Jedna z fanek Tori Amos dzieli się z internautami taką historią: „Ostatniej nocy pokazałam mojemu chłopakowi teledysk ‚A Sorta Fairytale’… Zakazałam mu się śmiać, ale zachichotał, gdy zobaczył głowę Tori umieszczoną na jej nodze… Gdy nagranie się skończyło zapytałam, jak je zrozumiał. Patrzył na mnie wyczekująco, więc wytłumaczyłam mu, że według mnie bohaterowie klipu nie byli kompletni, póki się nie spotkali, zanim nie połączyła ich miłość. Dodałam, że ja czuję się tak samo, że dzięki naszemu związkowi poczułam się pełną wersją siebie. Czekałam, aż mój chłopak znów się zaśmieje, ale nie zrobił tego”.

Coldplay to grupa czterech muzyków, którzy współpracują od 1998 roku. Tworzona przez nich muzyka, kwalifikowana jako rock alternatywny, ostatnimi czasy coraz częściej wchodzi w mariaż z muzyką pop. Jednak od czasu wydania debiutanckiej płyty znakiem charakterystycznym grupy pozostaje nie tylko ciekawe brzmienie, ale też intrygujące, zachęcające do przemyśleń teksty. O tym, że Chris Martin i spółka nie poprzestają na opowiadaniu o oczywistościach, ale pomagają odnaleźć odpowiedzi na ważne pytania, świadczy na przykład ten wpis: „Piosenki Coldplay nauczyły mnie, jak zmierzyć się z prawdziwą miłością, jak pomóc komuś, samemu będąc w potrzebie i jak wyciągać wnioski z własnych błędów”.

Relaks czy motywacja – czego ci trzeba?

Odpowiednie takty świetnie nadają się do tego, by ukoić myśli po ciężkim dniu, ale w spokojnej kompozycji może też kryć się coś więcej, niż obietnica spokojnego odpoczynku. Jeden z fanów Coldplay pisze na przykład: „Zasypiam przy Coldplay każdej nocy. Może to zabrzmi źle, że ta muzyka mnie usypia, ale chodzi o to, że przenikliwe teksty Chrisa Martina uspokajają mnie i wyrzucają złe myśli z mojej głowy”. Zaś miłośniczka Tori Amos opowiada: „Black Dove jest moją kołysanką. Tori kołysze mnie do snu swoim kojącym głosem i piękną muzyką płynącą z fortepianu, spod jej rąk. Gdy tego słucham, czuję się bezpiecznie, jakby nic nie mogło mnie skrzywdzić”. Wydaje się, że jeśli warto muzycznie przerywać nocną ciszę, to właśnie po to: by dzięki ulubionym dźwiękom odzyskać wewnętrzną równowagę.

Jednak niezależnie od tego, o jakiej porze i w jakiej sytuacji potrafi zaskoczyć konkretna piosenka, zawsze ma szansę uderzyć całym ciężarem sensów, jaki w sobie ma lub o który się ją podejrzewa. Ta pogodna deklaracja świetnie do podkreśla: „Kiedy po raz pierwszy usłyszałem ‚Viva la Vida’, spodobało mi się. Bardzo. Wydało mi się naprawdę inspirujące i genialne, choć podchodzi pod mainstream. To taki rodzaj piosenki, która motywuje mnie do bycia lepszym, mniej chciwym człowiekiem. Kocham tę piosenkę”. W tym świetle muzyczne kompozycje zyskują rangę małych dzieł sztuki, które są w stanie w prawdopodobnie najszybszy i najprzyjemniejszy sposób skłonić do nawet bardzo głębokich refleksji o świecie i własnym w nim miejscu. Inny fan dodaje bowiem: „Dzięki Coldplay zrozumiałem, kim jestem, jakie mam przekonania. Bez chłopaków nie odnalazłbym swojej życiowej drogi”.

Na niebezpiecznej granicy

Twórczości wspominanej już Tori Amos poświęcony jest prawdopodobnie najciekawszy blog wyznaniowy. Tutejsze posty są bardzo liczne i niezwykle pomysłowe, jako że moderatorzy każdy nadesłany tekst oprawiają interesującymi grafikami: wykorzystując zdjęcia artystki, często dopełniają barwne tło w taki sposób, by metaforycznie ilustrowało sens wyznania. Co więcej, tutejsze wpisy są w większości poświęcone szerokiej tematyce, ale szczególnie łatwo trafić tu na poważne i poruszające opowieści, nawet jeśli są zawarte w zaledwie kilku słowach czy zdaniach.

Myra Ellen Amos, wychowana w rodzinie pastora, od dziecka przejawiała talent muzyczny. Niespodziewanie, bo już jako pięciolatka została przyjęta do szkoły muzycznej, ale niemal równie szybko co talent zaczęła przejawiać twórczą bezkompromisowość – w efekcie, sześć lat później, niepokornej uczennicy równie ochoczo podziękowano. Jako samodzielna artystka przekraczała kolejne granice, dokonując muzycznych eksperymentów, których zrębem było łączenie klasycznie brzmiącej muzyki z trudnymi tekstami, nierzadko odbieranymi jako obrazoburcze i intymne. Na początek zdemaskowała skłonność wrażliwców do samoukrzyżowań, później, według wielu odbiorców, w swoich utworach opowiadała o własnych życiowych traumach – związanych z doświadczeniem seksualnej przemocy, kilkukrotnymi poronieniami. Jej muzyka oczarowuje lub wprowadza w specyficzny trans, a teksty są dość mocno zmetaforyzowanymi opowieściami, gdzie o strachu, poczuciu obłędu czy wręcz przeciwnie, błogim uspokojeniu, mówi się otwarcie, niczego nie przemilczając. Jak nie zaufać takiej ośmielającej do szczerości Tori?

Tutejsi autorzy wyznań dzielą się więc przemyśleniami na temat tego, w jakiej fryzurze jest Tori najbardziej do twarzy lub osądzają, czy pasują jej nowe okulary. Wiele wiadomości to interpretacje poszczególnych piosenek lub przywoływanie wspomnień, jakie wiążą się z danymi dźwiękami. Ale spora część wyznań pochodzi od ludzi, dla których ta twórczość okazała się swego rodzaju „kołem ratunkowym”: okazuje się, że wielu fanów Tori Amos to osoby, które w osamotnieniu mierzą się z własnymi tragediami, szukają w muzyce tego wsparcia, które powinno pochodzić od bliskich i zaufanych ludzi.

Jeden z wpisów to poruszająca deklaracja:  „Tori Amos ocaliła moje życie. Wiem, że mówiąc to powielam pewną kliszę, ale naprawdę tak było. ‚Maybe California’ znalazło mnie w jednym z najgorszych momentów w moim życiu – byłam już po próbie samobójczej i desperacko chciałam ze wszystkim skończyć. Wtedy wers ‚Hey Mrs. C, please don’t jump right now’ mną wstrząsnął. Może dlatego, że usłyszałam to z ust jednej z moich ukochanych artystek, która zawsze przy mnie była, a może dlatego, że moje imię zaczyna się na C, odebrałam to bardziej osobiście, niż powinnam. W każdym razie zadziałało”. Inna fanka przekonuje z kolei: „Słuchanie ‚From the Choirgirl Hotel’ uświadomiło mi, że nie opłakałam należycie dziecka, które straciłam. Tori pomogła mi zrozumieć, że ból który czułam i nadal czuję, jest zupełnie normalną i naturalną rzeczą”.

Głos dobrego przyjaciela

To zwłaszcza dla zamkniętych w sobie, wrażliwych jednostek, artyści stają się kimś na kształt bliskich przyjaciół. Są tymi, którzy zawsze byli i są obok: by dobrze znanym głosem dodać odwagi czy pocieszyć. Ta specyficzna, jednostronna więź zamienia się z czasem w osobistą relację. Fanka Tori Amos pisze na przykład: „Podczas piosenek ‚Father Lucifer’ i ‚Black Dove’, gdy na początku szepcze „Hi!”, lubię myśleć, że wita się właśnie ze mną”. Sympatia wiernych fanów może przerodzić się także w zażyłość, o jakiej mogą nieraz pomarzyć grupy dobrych znajomych. Autor wyznania „Kiedy ktoś źle wyraża się o Coldplay, odbieram to jako osobistą zniewagę”, może być bowiem podejrzewany o bronienie swojego dobrego gustu, ale też udowadniać tym stwierdzeniem, że muzycy wzbudzają w nim szczególny szacunek.

Specyficzne więzi z artystami, a w zasadzie projekcjami, jakie tworzą oni podczas swojej kariery, dają o sobie znać szczególnie wyraziście w tych chwilach, gdy fanów zaskakują najsmutniejsze wiadomości. Gdy w styczniu 2016 roku cały świat zszokowała wieść o śmierci Davida Bowiego, który zaledwie kilka dni wcześniej świętował urodziny i ucieszył swoich fanów nowym albumem, Facebook zamienił się w ścianę płaczu. Przez wiele dni obcy sobie ludzie dzielili się opowieściami między innymi o tym, jak Ziggy Stardust wkroczył w ich prywatne, życiowe historie. Lektura treści postów i komentarzy nie pozostawiała wątpliwości, że słownomuzyczne kompozycje, choć różnie interpretowane i odbierane na liczne sposoby, potrafią pozostawiać w słuchaczach znamienne ślady. Że konkretne słowa, choć często wyuczone przez słuchacza na pamięć, nie tracą nic ze swojej mocy – nawet podczas takiego odtworzenia, któremu można by było przypisać naprawdę imponującą liczbę porządkową.

A ty, czy masz listę odtwarzania, dzięki której spotykasz się ze swoimi ulubionymi opowiadaczami? Nawet jeśli chcesz odpowiedzieć przecząco, zastanów się, czy na pewno nie czujesz choć małej iskierki otuchy, słysząc przypadkiem, w trakcie szarego, do bólu przewidywalnego dnia, wyśpiewane z radością: „Carry on smiling – and the world will smile with you!”.

***

Cytaty (tłum. aut.) pochodzą ze stron:

http://coldplay-confessions.tumblr.com/

http://toriamosconfessions.tumblr.com/

Magdalena Krawczak
Magdalena Krawczak
Z wykształcenia polonistka i krytyk literacki: przez zamiłowanie do pracy ze słowami i odkrywania opowieści wszędzie tam, gdzie to możliwe. Na co dzień redaguje i poprawia cudze, ale przede wszystkim tworzy własne teksty, nie stroniąc od wyzwań i eksperymentów. Z drobnych zapisków złożyła także autorski tomik poetycki "Ze zzieleniałymi oczami". Miłośniczka wielu oblicz sztuki, także tej użytkowej - w wolnych chwilach zamiast słów poskramia różnego rodzaju nitki.
AUTOR

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.