Człowiek człowiekowi klientem. O ciężkiej pracy sprzedawców

Męcz mnie, dręcz mnie, poniewieraj
9 minut czytania
8987
5
Olga Siemoniak
Olga Siemoniak
20 lipca 2017

Kim ty, k…, jesteś? Pewnie nawet szkoły nie skończyłaś – usłyszała Kasia, która pracowała na stacji benzynowej. To tam po raz pierwszy zorientowała się, że ludzie, gdy tylko przekraczają próg sklepu, stają się arogantami, którzy zbyt mocno wzięli sobie do serca słowa: klient nasz pan.

Taki stan rzecz potwierdzają wszystkie dziewczyny, z którymi rozmawiałam, a które pracują lub pracowały na stanowisku sprzedawczyni. Kasia, Ania, Kamila i Agnieszka*. Cztery historie, które pokazują jaką transformację przeszliśmy od czasów PRL-u, gdy pani ze sklepu mogła wszystko, bo to ona miała towar pod ladą. Dziś nie może nic, musi za to całkiem sporo.

My Polacy tak mamy, że sprzedawcami pogardzamy

Wróćmy do Kasi. Mimo obaw klienta skończyła trzy szkoły. Aktualnie zatrudniona jest w Lidlu. – Praca jak praca, może i lekarzem nie jestem, ale na życie  zarabiam i rodzinę utrzymuję – mówi Kasia. Zachowania klientów już jej nie zaskakują, bo doświadczenie na stacji benzynowej swoje zrobiło. Pijani, pełni pretensji, roszczeniowi – tacy głównie byli. Ilekroć Kasia proponowała zakup spryskiwacza lub kawy, irytacja sięgała zenitu. – Ludzie reagowali jak wściekłe psy na kość. Klient się przecież spieszy, ma mnóstwo spraw, a tu jakieś pytania głupie. Oczywiście takie pytania to nie inicjatywa nadgorliwych pracowników, ale ich przełożonych.

Dziś Kasia ze spokojem opowiada najgorsze nawet historie. – Ostatnio pewna pani wjechała na mnie wózkiem  sklepowym, gdy wykładałam towar i nic, ani be, ani me, żadnego przepraszam, nic. Jakbym była regałem  sklepowym albo meblem. Innej pani wypadła śmietana i się rozwaliła. Ja to widziałam i ona wiedziała, że patrzę. I też nic. Patrząc na mnie perfidnie, odstawiła  ją do lodówki i wzięła sobie inną – opowiada Kasia.

Niezależnie od tego, czy pracujesz w zwykłym sklepiku, czy w ekskluzywnym butiku, kultura klientów pozostawia wiele do życzenia

Kolejna sytuacja to klient z zepsutym czajnikiem elektrycznym. Kasia zaproponowała reklamację. – Gdy jednak mu powiedziałam, że musi dwa tygodnie czekać na odpowiedź od producenta, bo my jesteśmy tylko pośrednikiem, to mnie zaczął straszyć policją.

Najgorsze dni to dni gazetki. Szarpanina, wyrywanie towaru, kartony i opakowania – wszystko lata w powietrzu. – Niedawno mnie jedna klientka opieprzyła. Z pretensjami przyleciała, bo miały być ubrania XXL, a tu nic nie ma, pewnie my sobie pochowałyśmy na zapleczu. Tylko pani się dni pomyliły i moda XXL miała być następnego dnia… 

Nie kop pani, bo się spocisz

Osobną kategorią na zakupach są matki z dziećmi. Ania, która przez kilka lat pracowała w jednej z bardziej znanych sieciówek odzieżowych w Polsce, to właśnie matkom z dziećmi przyznaje tytuł najgorszego klienta. – Najpierw nasapie się taka w kolejce, no bo ona z małym dzieckiem, a tylko jedna pani obsługuje, a potem, gdy już jest jej kolej, wpada na cudowny pomysł nauczenia swojej pociechy wpisywania PIN-u… – opowiada Ania.

Popularne jest też ubieranie dzieci w ciuchy jeszcze nieopłacone. – Mamy oddają maleństwa na blat, a my musimy je przykładać do rozszywaczy do klipsów. Oczywiście ostrożnie, żeby nic się nie stało. Ale to my jesteśmy durne i to nami straszy się najmłodszych. Kilka razy mama, starszemu już synowi, tłumaczyła przy mnie, że jak się nie będzie uczył, to skończy jak ta pani, czyli ja. Studiowałam wtedy dwa kierunki, ale przecież w oczach mamuśki byłam marnym podawaczem ubrań. Czasem jednak przydatnym, bo można mi powierzyć wyrzucenie zasmarkanej chusteczki – mówi Ania.

Nawet tak prosty proces, jak płacenie za zakupy, można sprzedawcy skutecznie obrzydzić

Najgorszą historią, jaką pamięta Ania, to wizyta pewnej młodej kobiety z dzieckiem. Pociecha przez dłuższy czas trzymała się za rozporek. Mama miała jednak rozwiązanie. Jak się okazało z monitoringu, który później oglądała cała ekipa, matka ściągnęła kalosze, by chłopiec wysiusiał się do nich, a potem odłożyła je na najwyższą półkę i wróciła do robienia zakupów…

Tyle o matkach, czas na regularnych klientów.

A jednak! Są głupie pytania

Sieciówka to takie miejsce, w którym jakość ubrań zazwyczaj nie powala. Są w porządku, ale to zwykłe chińskie i niedrogie ciuchy, bardziej więc sieciówka przypomina hurtownię niż butiki. To jednak nie przeszkadza klientkom oczekiwać indywidualnego podejścia. Kamila pracuje we Wrocławiu, w jednej z galerii. – Podchodzi do mnie klientka i każe mi znaleźć sukienkę, która wisiała na manekinie w Legnicy. Dwa tygodnie temu. Wie o niej tyle, że była czarna i chyba do kolan. A może przed. I na 90 procent to było w naszym sklepie, ale tyle wtedy się nachodziła, że nie jest pewna – mówi Kamila.

Inna klientka była trochę bardziej precyzyjna. Szukała bowiem spódnicy, która jest na bilbordzie, przy wjeździe do Wrocławia. Inny pan, jakiś czas temu, szukał czegoś z pieskiem. – Wpadł do sklepu i mówi, że jego syn lubi bajkę z pieskami i chce mu coś z tej bajki kupić. Podpytuję go jaka to bajka, a ten mówi: Teraz taka popularna wśród dzieci, ja przecież nie oglądam, nie kojarzy pani?!

Zdarza się też, że klientka, zmęczona zakupami, siada na stole ze świeżo poskładanymi ubraniami, a jak się jej zwróci uwagę, to jest oburzona, bo przecież w sklepie powinny być jakieś fotele. Jak ona ma się kawy napić na stole z ubraniami?! Przypomnienie, że do sklepu nie wchodzi się z napojami i jedzeniem, tylko ją rozjusza. A jeść w sklepie Kamila nie radzi, wszak można natknąć się na naprawdę nieprzyjemny widok. – Jak zaczęłam pracę, dziewczyny z mojej zmiany znalazły w przymierzalni torebkę z kupą. Obok leżała apaszka, która posłużyła załatwiającej się osobie za papier…

Najlepsza część pracy sprzedawcy? Ta, która nie wymaga kontaktu z klientem

Daj pani zniżkę

Przenieśmy się do ekskluzywnego salonu obuwniczego i zobaczmy, co dzieje się tam. Dość często zdarza się, że przychodzi do takiego salonu klient, który nie jest tym docelowym. Nie ma więc kasy na pęczki, ale markowe buty mu się marzą, więc „da pani jakiś rabacik”. Agnieszka, która przez jakiś czas w takim salonie pracowała, opowiada o męczących klientach. – Niektórzy byli w tych pytaniach tak nachalni, że nie pozostawało mi nic innego, jak tylko powiedzieć, że gdybym udzieliła rabatu, to różnicę musiałabym dopłacić z własnej kieszeni, na co padało pytanie: A mogłaby pani?

Na koniec mała dawka obrzydliwości prosto z ekskluzywnego salonu. – Miałyśmy karton ze stopkami i często, gdy dawałyśmy ludziom do zmierzenia buty, to podawałyśmy też stopki. Część po zmierzeniu, oddawała nam je do ręki albo wciskała do kartonu z czystymi. Śmiałyśmy się, że komora losująca jest pusta, następuje zwolnienie blokady i rozpoczynamy losowanie jednej brudnej stopki z kartonu czystych – opowiada Agnieszka.

Dziewczyny, z którymi rozmawiałam, pracowały w wielu miejscach: w hostelu, sklepie spożywczym, na stacji, w dyskoncie, w restauracji czy pubie. Agnieszka, mimo wszystko, pracę z klientem lubi, bo zdarza jej się usłyszeć miłe słowo. Ania już nie ma do czynienia z klientami i to był jej warunek, gdy zmieniała pracę. Wcześniej ludzi uwielbiała, była ich ciekawa, zresztą dlatego studiowała – między innymi – psychologię. Dziś woli pracę w biurze. Kamila, po studiach, też planuje odejść. I również dlatego, że ma dosyć klientów. – Najgorsze jest to, że ci sami ludzie idą z kwiatami do lekarza, wchodzą mu w tyłek i całują go po stopach. A nami pomiatają, bo mogą, bo przecież jesteśmy po to, by im służyć, bo klient nasz pan i co zrobisz? Nic nie zrobisz – ucina temat Kamila.

*prawdziwe imiona wszystkich dziewczyn zostały zmienione

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Olga Siemoniak
Olga Siemoniak
Rocznik '86, absolwentka polonistyki, zawodowo klepie teksty, prywatnie i od czasu do czasu – męża. Social media sierota, która prowadzi bloga www.znetawziete.pl.
AUTOR

Polecamy

Zobacz też

Awantury, modlitwy i molestowanie, czyli przypadki z życia stewardessy

Jak się zachować, kiedy jedna z największych na świecie gwiazd muzyki pop paraduje po pokładzie samolotu w samych majtkach? Takich dziwacznych sytuacji, które wprawiły załogę w stan konsternacji, było wiele w moim życiu zawodowym – mówi Teresa Grzywocz, z wykształcenia arabistka, z zawodu stewardesa, a także autorka bloga i książek.
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
12 grudnia 2017
CZYTAJ WIĘCEJ

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.