Fitness z lat osiemdziesiątych, czyli jak powstał Callanetics

Niezwykła historia Callan Pinckney
12 minut czytania
4638
1
Magdalena Krawczak
Magdalena Krawczak
25 lipca 2017

Callanetics to system ćwiczeń gimnastycznych opracowany na początku lat osiemdziesiątych przez kobietę, której ciało było wyniszczone i słabe, a przez lekarzy spisane na straty. Ta niezwykła, oparta na ruchach znanych z baletu, gimnastyka zburzyła mit, że osiągnięcie idealnej figury musi być efektem długich i morderczych treningów oraz zmiany trybu życia na egzystencję pełną zakazów i wyrzeczeń.

W oryginalnym tytule książki napisanej przez Callan Pinckney zawarta jest szczodra obietnica: że dziesięć godzin tych ćwiczeń odmłodzi ciało o dziesięć lat. Za bardzo przywykliśmy już do tego rodzaju obiecanek, by potraktować te słowa poważnie. A jednak nie są to czcze przechwałki, choć nie można odczytywać tego zachęcającego hasła zbyt powierzchownie. Ten autorski system ćwiczeń gimnastycznych powstał z głębszych pobudek: autorka rozpoczyna zresztą swoją książkową opowieść od wyraźnego zaznaczenia, że pogoń za nieistniejącą, idealną figurą lansowaną przez media, jest mrzonką niewartą nawet chwili uwagi.

Zasadniczym celem Callaneticsu jest przywracanie ciału utraconej sprawności czy też odkrywanie, jak mogłoby ono wyglądać i funkcjonować, gdyby nie było na co dzień traktowane po macoszemu: chociażby złą dietą i brakiem ruchu. Sama autorka systemu zdołała jednak dzięki niemu uratować swoją sylwetkę ze znacznie cięższych tarapatów.

Dziewczyna z Georgii

Możliwe, że kobieta znana światu jako Callan Pinckney, odziedziczyła niespokojnego ducha i skłonność do realizowania historycznych dokonań po swoich przodkach. Barbara Biffinger Pfeiffer Pinckney, urodzona w 1939 roku w Savannah w stanie Georgia, była potomkinią kolonizatorów Ameryki, którzy uczestniczyli w przygotowywaniu projektu konstytucji Stanów Zjednoczonych. Po kądzieli była spokrewniona także z osadnikami, którzy przemierzali nowy kontynent tak długo, aż osiedli dopiero na jego zachodnich wybrzeżach, nad Oceanem Spokojnym.

Pewną skazą na wizerunku niemal idealnej dziewczyny z dobrego domu była jednak jej prezencja. Wrodzona wada kręgosłupa, przesunięte biodro i zwrócone ku sobie stopy były przyczynami, dla których dziewczynka przez pierwszych siedem lat życia musiała nosić ortopedyczne szyny (zapewne podobne do tych, które nosił filmowy Forrest Gump, tyle że wyższe – bo sięgające bioder). Później przyszła kolej na regularne lekcje baletu, które pobierała przez dwanaście lat: by nabrać gracji ruchów po długim czasie zmagania się z szynami. W 1959 roku mogła już zostać przedstawiona towarzystwu jako urocza młoda dama, podczas balu debiutantów – zachowane zdjęcie przedstawia rzeczywiście nienagannie wyglądającą dziewczynę, stojącą nieopodal lustra w zdobionej perłami sukni i w długich rękawiczkach.

W osobie młodej debiutantki kryła się jednak jeszcze inna „wada”: ogromna ciekawość świata, połączona z determinacją, by obejrzeć z bliska to, o czym w domu w Savannah można było jedynie przeczytać w książkach. Wizja statecznego życia, które przewidzieli dla córki rodzice, ogromnie ją mierziła: przytłaczając przewidywalnością i nudą. Gdy dodać do tego dobitnie wyrażane przez pana Pinckney’a przekonanie, że córka nie poradziłaby sobie zbyt długo sama bez jego pieniędzy i wsparcia, łatwo zrozumieć silną motywację panny Pinckney do opuszczenia rodzinnego domu. Jej buntowniczy zamysł przerodził się w konkretne działanie, gdy pewnego poranka wymknęła się z bezpiecznego gniazda – z samodzielnie zarobionymi pieniędzmi i walizką najpotrzebniejszych rzeczy.

Przez dziesięć lat dookoła świata

Rolę pierwszego kroku ku upragnionej wolności odegrał dla Barbary rejs przez Atlantyk: dotarłszy frachtowcem do Niemiec, młoda podróżniczka rozpoczęła wędrówkę po Europie. Jej włóczędze daleko jednak było do realiów krajoznawczej wycieczki. Mieszkając i przemieszczając się w kupionym mikrobusie, poznawała kolejne zakątki starego kontynentu, ale jednocześnie musiała się też utrzymać – a że nie miała pozwolenia na pracę, była zmuszona podejmować głównie wyczerpujące prace fizyczne. Przykładowo, przebywając w Londynie, przez osiem godzin dziennie przerzucała śnieg i węgiel – przy okazji zaznajamiając się z tak niskimi temperaturami powietrza, jakich nigdy nie zaznała w rodzinnych stronach.

Z Londynu udała się do Afryki, gdzie wędrowała razem z miejscowymi nomadami – cały swój dobytek nosząc w plecaku, który ważył niemal tyle, co ona sama (czyli nieco ponad 30 kilogramów). Później przyszedł czas na Azję, a właściwie siedmioletnią podróż: rozpoczętą w RPA i zakończoną w Japonii. Panna Pinckney nieustannie zmieniała nie tylko miejsce pobytu, ale i zajęcia pozwalające jej zarobić pieniądze: pracowała zarówno na statkach handlowych, jak i w restauracjach, agencjach reklamowych czy szkółkach językowych. Będąc w Japonii opisywała już swoje podróże, publikując swoje opowieści w czasopiśmie. Jej marzenia o poznaniu świata dzięki samotnym, dalekim wędrówkom, spełniły się – jednak ich cena okazała się dość wysoka.

W poszukiwaniu straconego zdrowia

Barbara sama orientowała się, że kondycja jej ciała nie jest dobra – wiedziała przecież doskonale, że prowadząc swoje koczownicze życie gwałtownie przybierała i traciła na wadze, bardzo przeciążała kolana i plecy, a w dodatku nie zawsze miała okazję, by zjeść wartościowy posiłek. Po raz pierwszy poczuła się poważnie zaniepokojona swoim stanem podczas pobytu w Indiach: gdy w trakcie kilkudniowego czekania na statek kursujący na wyspę Cejlon, chciała nauczyć towarzyszącą jej znajomą podstaw baletu. Wówczas zdała sobie sprawę, że jej mięśnie są zbyt słabe, by poprawnie lub w ogóle wykonać ruchy, które miała przecież niegdyś opanowane do perfekcji. To, czego sama się domyślała, odczuwając też różnego rodzaju bóle, bezlitośnie potwierdzili londyńscy lekarze: orzekając, że jej pleców nie da się już wyleczyć, a kolana, by powrócić do pełnej sprawności, potrzebują skomplikowanych operacji.

Nie skorzystała z medycznej pomocy – zamiast tego wróciła do Stanów, a swoim wymizerowanym wyglądem przeraziła swoją matkę tak bardzo, że ta zemdlała na jej widok. W rodzimym kraju zaczęła pracować już jako instruktorka ćwiczeń gimnastycznych (w ciągu poprzednich dziesięciu lat uzyskała potrzebne uprawnienia i znacząco poszerzyła swoją wiedzę na ten temat). Jednocześnie cały czas eksperymentowała ze swoim ciałem: usiłowała ułożyć idealne sekwencje ruchów, które mogłyby choć trochę ulżyć plecom, które wciąż bardzo jej dokuczały. Szukając pozycji, w których kręgosłup zaczynał odczuwać ulgę, wykorzystywała różne techniki, poznane podczas podróży po świecie. Bazowała jednak na dobrze sobie znanym balecie. Szybko przekonała się, że kluczem do sukcesu jest wykonywanie regularnych, minimalnych ruchów – które z powodzeniem rozciągają kręgosłup i stawy, a także wzmacniają mięśnie.

Rewolucyjny system ćwiczeń

Nowy program ćwiczeń rewelacyjnie się sprawdzał: wzmacniał zwiotczałe mięśnie i rozluźniał umęczony uciskami kręgosłup, nadając wyniszczonemu ciału nową jakość. Barbara, chcąc symbolicznie rozpocząć nowy rozdział w swoim życiu, przybrała pseudonim Callan. Dokonane odkrycia w zakresie uwalniania ciała od bólu i poprawiania jego sprawności zafascynowały ją tak bardzo, że chciała podzielić się tym niezwykłym remedium z innymi. Zyskała grono uczniów, których uczyła początkowo we własnym mieszkaniu. Było to możliwe także dlatego, że opracowane przez nią ćwiczenia nie wymagają korzystania z żadnych specjalnych pomocy – kluczowym akcesorium jest tak naprawdę drążek baletowy lub coś, co jest w stanie go zastąpić, na przykład krzesło. Znakiem rozpoznawczym zajęć z Callan szybko stało się to, że grupie nie było narzucane z góry żadne tempo: każdy pracował indywidualnie, we własnym rytmie, stopniowo pracując nad kolejnymi partiami ciała. Sama Callan nie tylko udzielała każdemu wyczerpujących wskazówek, ale też zwyczajnie rozmawiała ze swoimi podopiecznymi, chcąc poznać dokładniej ich fizyczne problemy. Dokumentowała też ich postępy – by zmotywować ich do dalszej pracy, a także wykazać, że opracowany przez nią system rzeczywiście działa. Fotograficzne dowody, ilustrujące jak dzięki tym ćwiczeniom zmienia się sylwetka, działają motywująco głównie na tych, którzy dopiero rozważają rozpoczęcie treningu. Nie były jednak aż tak potrzebne samym uczniom, którzy już po kilku sesjach Callaneticsu odczuwali wyraźne, pozytywne zmiany w samopoczuciu i ruchowej sprawności.

W 1984 roku Callan napisała pierwszą książkę, przedstawiając światu stworzoną przez siebie metodę. Dwa lata później nagrała film instruktażowy, prezentujący jej godzinną sesję zajęć z uczniami – doskonalej niż słowne opisy wyjaśniający specyfikę poszczególnych ćwiczeń. Oba te źródła inspirują do tego, by znaleźć w swoim dziennym grafiku chwilę czasu na wypróbowanie propozycji Callan. I nie można zniechęcać się tym, że każde ćwiczenie to seria stu powtórzeń konkretnego ruchu. Nie warto dawać za wygraną w chwili, gdy ma się wrażenie, że niemożliwością jest wykonanie niektórych ćwiczeń. Wisząc w upokarzającej pozie tuż na podłogą, podczas gdy ideałem jest dumna pozycja siedząca, trzeba skupić się na odkrywaniu tego, jak z każdą chwilą daje się swojemu ciału szansę na to, by odnalazło w sobie tę grację i giętkość, które sami mu odbieramy – codziennymi zgubnymi nawykami i wmawianiem sobie, że gimnastyka to rodzaj luksusu dla niezapracowanych. Jedna z istotnych wiadomości wpisanych w rady Callan jest taka, że wystarczająca dawka mądrego ruchu dziennie to kwadrans Callaneticsu – przeprowadzonego nawet w domowym zaciszu.

Ocalić od zapomnienia

Callanetics dość szybko stał się sensacją – w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych zebrał zasłużone uznanie nowych adeptów z całego świata. Program ten składa wręcz niewiarygodne obietnice, ale naprawdę się z nich wywiązuje: pomaga bardzo szybko wzmocnić mięśnie, zgubić zbędne kilogramy i odzyskać pełną kontrolę nad ciałem. Jednocześnie jest systemem bezpiecznym, o czym najlepiej świadczy historia samej jego autorki – która odzyskała pełną fizyczną sprawność i zapomniała o bólach, które utrudniały jej życie. To wręcz paradoksalne, jak seria ćwiczeń polegających na spokojnym powtarzaniu drobnych spięć mięśni może dawać tak imponujące i błyskawicznie zauważalne rezultaty.

Polski przekład pierwszej, bestsellerowej książki, ukazał się w 1994 roku – obecnie to wydanie śmiało można nazwać białym krukiem, który można zdobyć głównie na aukcjach internetowych, uiszczając nieco wygórowaną cenę w zamian za używany egzemplarz. O Callaneticsie wciąż znacznie lepiej pamięta się za oceanem – o czym świadczy chociażby to, że kilka lat temu ukazały się wznowienia wszystkich książek Callan, a certyfikowani instruktorzy kontynuują jej dzieło, wciąż prowadząc zajęcia. Byłoby naprawdę niepowetowaną stratą, gdyby ta niesamowicie skuteczna i jednocześnie bardzo bezpieczna gimnastyka uległa zapomnieniu.

Magdalena Krawczak
Magdalena Krawczak
Z wykształcenia polonistka i krytyk literacki: przez zamiłowanie do pracy ze słowami i odkrywania opowieści wszędzie tam, gdzie to możliwe. Na co dzień redaguje i poprawia cudze, ale przede wszystkim tworzy własne teksty, nie stroniąc od wyzwań i eksperymentów. Z drobnych zapisków złożyła także autorski tomik poetycki "Ze zzieleniałymi oczami". Miłośniczka wielu oblicz sztuki, także tej użytkowej - w wolnych chwilach zamiast słów poskramia różnego rodzaju nitki.
AUTOR

[FM_form id="1"]
Skup antyków Warszawa