„Łowcy Przygód” – poszukiwacze miejsc, o których zapominają przewodniki

14 minut czytania
4114
0
Kasia Nowakowska
Kasia Nowakowska
30 lipca 2017

Za wyciągnięte z własnej kieszeni 100 złotych potrafią zrealizować reportaże, które nie ustępują jakością i profesjonalizmem poważnym stacjom telewizyjnym. „Łowcy Przygód”, czyli para wrocławskich podróżników realizujących pro publico bono filmowe materiały na temat zabytków i fascynujących miejsc z Dolnego Śląska, ma na koncie uratowanie zabytkowego kościoła w Jędrzychowie czy odkrycie zapomnianego składu prochu pod Świdnicą. O ich działalności rozmawiam z połową tandemu – Marcinem M. Drewsem.

Zrobiliście kilkadziesiąt reportaży filmowych z Wrocławia i Dolnego Śląska, czasem wyszukując naprawdę niesamowite historie – jak się zaczęła wasza działalność? Od kościoła w Jędrzychowie?

Marcin M. Drews: Nie do końca… Pomysł na „Łowców Przygód” powstał w 1993 roku, kiedy rozpocząłem współpracę z jedną z dolnośląskich telewizji kablowych. Pierwszy materiał opowiadał zapomnianym, zrujnowanym pałacu w Składowicach i jego dawnym, niezwykłym właścicielu – Janie Jonstonie, na temat którego miałem przyjemność napisać wcześniej kilka artykułów biograficznych. Okazało się, że większość mieszkańców dolnośląskiego Lubina, gdzie stoi szpital im. Jonstona i gdzie kiedyś znajdowało się jego muzeum, nie ma pojęcia, kim był ów uczony. Z przyjemnością więc opowiedziałem tę historię.

Zaraz potem faktycznie podjąłem temat Jędrzychowa i najczęściej podaję ten reportaż jako początek cyklu, bowiem wszelkie kopie materiału o Jonstonie zaginęły. To były czasy kaset VHS, które po miesiącu były nagrywane od nowa…

Tymczasem jędrzychowski temat przetoczył się gromkim, choć krótkotrwałym echem po całym kraju. Dla widzów i czytelników to był szok, że w latach 90. XX wieku może istnieć miejsce tak pełne tajemnic, a i związane z jakże niechlubnym procederem profanacji zwłok.

Marcin w akcji (fot. Łowcy Przygód)

Walczyliście o uratowanie tego zabytku – co się udało zrobić?

W 1994 roku moje materiały sprawiły, że lokalne władze postanowiły sfinansować ekshumację i pochówek spoczywających w Jędrzychowie mumii. To było około 30 ciał, z czego tylko jedno miało głowę. Reszta została oderwana i zabrana na pamiątkę. Dość powiedzieć, że w piwnicy pod wieżą dzwonniczą spoczywały zwłoki dziecka pozbawione również kończyn. W ich korpus wbity był drewniany kołek.

To był bardzo trudny temat, bowiem panowała wtedy zmowa milczenia. Czynniki urzędowe kryły ówczesnego właściciela obiektu, a fakt, iż mieliśmy do czynienia z ciałami obcokrajowców i to wyznania protestanckiego, powodował, iż do profanacji odnoszono się z lekceważeniem, choć w tym samym czasie podnoszono ogólnonarodowe larum, gdy tylko jakiś wandal przewracał choć jeden nagrobek na Cmentarzu Orląt Lwowskich.

Jak widać, nawet wśród nieżyjących są równi i równiejsi, a historię szanujemy tylko wtedy, gdy jest nasza. I do dziś nikt nie chce przyjąć do wiadomości, że kościół w Jędrzychowie powstał na fundamentach piastowskiego zamku. Naszego, polskiego.

Ponownie do tematu Jędrzychowa powróciliśmy już jako Łowcy Przygód trzy lata temu i nagłośniliśmy w całym kraju skandaliczny proceder okradania świątyni i rozbierania drewnianego wnętrza na opał. Tupnęliśmy naprawdę mocno, więc pofatygowały się do nas TVP, TVN, Polsat i Polskie Radio, żeby wymienić tylko te największe media. Po 25 latach naszych starań w końcu zrobiło się tak głośno, że obiekt czym prędzej zabezpieczono i powierzono go opiece fundacji. Dokonaliśmy tego jako vlogerzy, co pokazuje siłę Internetu. Wcześniej tupałem jako dziennikarz, ale nic poza skandalicznie i niedbale wykonaną ekshumacją nie udało mi się uzyskać.

Z Jędrzychowem łączy się też największa i najbardziej rozpalająca wyobraźnię śląska historia, czyli Złoty pociąg. Jaki był Wasz udział w gorączce złota, która opanowała Polskę dwa lata temu? No i co z tym Złotym pociągiem? Uda się go znaleźć?

Łączy, ale tylko w sensie mocno popkulturowym i metaforycznym. Kościół w Jędrzychowie jest jednym z obiektów związanych z legendami o ukryciu przez Niemców skrzyń o nieznanej zawartości. Osobiście wkładam takie historie między bajki, a uważam, że najciekawsza jest zawsze prawda. A ta naprawdę potrafi zaskoczyć.

Otóż w Jędrzychowie do dziś znajduje się nieznana i niezbadana piwnica, której nie ma na planach obiektu. Jej strop się zapadł, a i nie ma śladów po jakimkolwiek do niej zejściu. Znam w tym kościele każdy kamień, bo bywałem tam regularnie od 1989 roku. Osoby, które próbują ukryć fakt istnienia tego pomieszczenia, zarzucają mi, że mówię o piwnicy pod budynkiem lub drugiej pod wieżą dzwonniczą. Obie zostały zbadane.

Asia i Marcin (fot. Łowcy Przygód)

Są jednak dwie kolejne. Jedna to ślepa komórka wgryzająca się z przyziemia od wschodu w kościelne wzgórze. Wejście znajduje się na posesji prywatnej przylegającej do świątyni. Druga to właśnie wspomniana tajemnicza, zawalona piwnica pod placem. Ba, wspomina o niej dokumentacja zabytku dostępna u Konserwatora! Zapadlisko zostało też zaznaczone w opracowaniach książkowych. Zaprzeczanie istnieniu tego pomieszczenia przez osoby związane obecnie z zabytkiem to zwykła manipulacja, mająca na celu odsunięcie widma prac archeologicznych na terenie kościoła.

Wracając jednak do wałbrzyskiej gorączki złota. Jaki był nasz w niej udział? Ten najgorszy i najbardziej niewdzięczny. Powiedzieliśmy prawdę, a jak napisał Jan Izydor Sztaudynger, „prawda w oczy kole, a więc kłamstwo wolę”.

Mogliśmy zrobić natychmiastową i błyskawiczną karierę, potwierdzając wszystkie bzdury, których chcieli słuchać fanatycy tej miejskiej legendy. My odsłoniliśmy jednak dość mroczne strony całej historii i zaprzeczyliśmy istnieniu „złotego pociągu”. W odpowiedzi posypały się nie tylko komentarze hejterskie, ale i… groźby.

Oskarżano nas o próbę zatuszowania prawdy (sic!) i kolaborację z jakimiś supertajnymi służbami niemieckimi. Ci sami ludzie uznali nas też za agentów Izraela. Trochę mi jedno z drugim nie współgra, ale w epoce ministra Macierewicza spiskowe teorie są na topie. Wystarczy wspomnieć o słynnych „badaczach” kompleksu Riese, którzy wymyślają na kolanie teorie o innych wymiarach, kosmicznej broni energetycznej i nazistowskich UFO. Ci ludzie zarabiają na tym grube tysiące. Ba, solidna wypłata spływa im z samego Youtube’a.

Zawsze jednak znajdą się łatwowierni, którzy lubią mylić miejskie legendy z historią i rzeczywistością. A szkoda. Powtórzę, najciekawsza jest zawsze prawda i to staramy się udowadniać.

Was, jako odkrywców ciekawych miejsc, mocno ciągnie w takie urbeksowe klimaty: opuszczone budynki, podziemia, dawne schrony – polecacie wiele alternatywnych sposobów zwiedzania i obiekty, które nie figurują w oficjalnych przewodnikach. Jak je znajdujecie?

Urbex to tak naprawdę podróż przez historię najnowszą, a i cenna lekcja kultury industrialnej. To też próba ocalenia od zapomnienia obiektów, które cichaczem wpisywane są na listę „do wyburzenia”. To nie żart. To się dzieje naprawdę. Wiele obiektów zabytkowych nie trafia do rejestru mimo stosownych zgłoszeń. A potem okazuje się, że np. na miejscu wielkiego schronu z czasów I wojny światowej ktoś buduje nowe osiedle. I dlatego zgłoszenie do rejestru zabytków dziwnym przypadkiem zaginęło.

Nie chcemy kopać się z koniem i walczyć o każdą ceglaną ścianę. To nie jest nasze zadanie, nawet jeśli wojowaliśmy o kościół w Jędrzychowie. Zadaniem cyklu Łowcy Przygód jest prezentowanie czytelnikom i widzom miejsc niezwykłych na mapie Polski – miejsc, o których zapominają przewodniki. Odkrywamy historię, uczymy szacunku do niej, ratujemy pamięć o zabytkach oraz zachęcamy do aktywności turystycznej i odkrywania mało znanych atrakcji – nie tylko historycznych, ale i przyrodniczych.

Asia i Marcin (fot. Łowcy Przygód)

Opuszczone miejsca odkrywamy na różne sposoby. Na przykład prowadzimy bezpośrednią eksplorację. Oczywiście to metoda najbardziej żmudna, choć dająca mnóstwo satysfakcji. Z uwagą studiujemy stosy starych, często przedwojennych map. Badamy tereny metodą LIDAR, z której każdy za darmo może korzystać dzięki rządowemu Geoportalowi. Tak odkryliśmy np. zapomniany skład prochu pod Świdnicą. Co miesiąc skupujemy na Allegro stare książki, a w księgarniach nabywamy nowe. Nie bez znaczenia jest oczywiście dostęp do źródeł internetowych, zwłaszcza bibliotecznych. Oraz, rzecz jasna, wymiana informacji z ludźmi mających ten sam modus operandi co my.

Jak w takim razie wygląda praca nad programem? Zaczynacie w archiwach i bibliotekach, zanim gdzieś pojedziecie z kamerą?

To zależy od rzutu kostką. W pewnym sensie. Czasem po prostu, kolokwialnie mówiąc, idziemy w tango. Pakujemy sprzęt i jedziemy przed siebie, dopiero w trasie odkrywając różnej maści perełki. Dokładnie tak trafiliśmy na najstarszą na Śląsku kapliczkę pokutną. To był zupełny przypadek. Wybraliśmy nieznaną nam trasę, a już w czasie jazdy znaleźliśmy na mapie malutki napis „ruiny zamku”. I faktycznie, były i ruiny, i była kapliczka. I choć ta druga jest zabytkiem wyjątkowym, na próżno szukać jej w przewodnikach.

Najczęściej jednak planujemy materiały na bazie zebranych materiałów: map, książek, skanów etc. Często też jesteśmy niespodziewanie zapraszani przez właścicieli mniej znanych i mniej komercyjnych obiektów. Tak trafiliśmy do szalenie interesującego zamku w Międzylesiu czy do dawnej kopalni uranu Podgórze w Kowarach.

Robi się różne rzeczy… (fot. Łowcy Przygód)

Ile czasu zajmuje Wam realizacja jednego odcinka i jakie to koszty?

Przez lata wypracowywałem w różnych telewizjach metodę cięcia kosztów przy zachowaniu przyzwoitej jakości i stosownego poziomu merytorycznego. Dzięki temu research zajmuje nam jeden dzień, zdjęcia jeden do dwóch dni, a montaż kolejny jeden dzień. Reasumując, trzy do czterech dni to praca od A do Z nad jednym odcinkiem. Czasem uda się nam wyprodukować materiał za 100 złotych, czasem kosztuje to 500 złotych. Np. do pałacu w Sulisławiu jeździliśmy chyba pięciokrotnie, więc koszta się pomnożyły. Ale było warto, bo mogliśmy dzięki temu opowiedzieć wspaniałą historię „śląskiego Kopciuszka”.

Swoje filmy robicie i udostępniacie za darmo, nie zarabiacie na tym – z czego żyjecie? Czym się zajmujecie „w cywilu”?

Tu mamy spory problem i to dość wstydliwy. Jesteście pierwszym portalem, na łamach którego powiem prawdę i poproszę o pomoc…

Oboje żyjemy uczciwie i skromnie. Asia pracuje w sektorze państwowego szkolnictwa wyższego. Ja z zawodu i wykształcenia jestem dziennikarzem, a przez parę lat pracowałem też jako nauczyciel akademicki dziennikarstwa. Przyszedł jednak czas, że trafiłem na bezrobocie, ale nie ruszyłem po zasiłek, tylko postanowiłem działać jako wolny strzelec. Pracuję więc dorywczo jako dziennikarz, a najczęściej jako ghostwriter i copywriter. Od paru lat nie mogę jednak znaleźć w rodzinnym Wrocławiu pracy.

Dlaczego? To proste. Ludzie boją się CV opiewającego na 25 lat doświadczenia, a młoda kadra menedżerska nie chce zatrudniać 40-latka. To paradoks, ale odmawia mi się pracy słowami „ma pan za dobre CV, przykro nam”. Sytuacja jest tak kuriozalna, że w najnowszych listach motywacyjnych dopisuję następujące zdania: „Proszę nie skreślać mnie z uwagi na wiek czy szerokie CV. Jestem uczciwym pracownikiem, który szuka stabilizacji w życiu zawodowym.”

Marcin w pracy (fot. Łowcy Przygód)

Niestety, całe życie działałem na niwie kultury społecznie. Kiedy w 2007 roku stworzyłem własnym sumptem grę przygodową „Magritte”, w pierwszym tygodniu od premiery pobrało ją przeszło 100 tysięcy osób. Media branżowe napisały wtedy, że scenariusz jest na poziomie światowym, a gra, jako pierwsza w historii, trafiła na łamy podręcznika języka polskiego Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych. Nigdy jednak nie pomyślałem o monetyzacji swoich prac, bo wierzę w ideę bezinteresownego dzielenia się wiedzą, a zawsze miałem dobrą, dobrze płatną pracę, z której mogłem się utrzymać.

Dziś zostałem z niczym, więc ogłaszam wszem i wobec: jako dziennikarz, PR manager, copywriter, ghostwriter i social media manager szukam pracy. I naprawdę nie mam problemu z tym, że mój szef będzie ode mnie 20 lat młodszy. Nie jestem, na Boga, starym zgryźliwym tetrykiem…

Jak wobec tego w ogóle udaje Wam się finansować swój program?

Z jednej wypłaty i moich okazjonalnych zleceń odkładamy co miesiąc na produkcję Łowców Przygód. Ktoś powie: „skoro nie zarabiacie na tym, to tego nie róbcie i będzie po problemie”. Ale to nie takie proste. Najlepiej tę sytuację opisał sam Stephen King, którego zapytano, po co pisze opowiadania, skoro do tego dokłada. King odpowiedział:

„Ci, którzy uczciwie zajmują się którąś z tych sztuk, muszą ją uprawiać nawet wtedy, gdy robią to za darmo, jeśli ich dzieła są krytykowane czy wręcz obrzucane błotem; nawet pod groźbą uwięzienia czy śmierci. Moim zdaniem jest to najlepsza definicja obsesji. Ma ona zastosowanie zarówno w wypadku hobby w czystej postaci, jak też w wypadku naszych fantazji, które nazywamy „sztukami” (Stephen King „Nocna Zmiana”, przełożył Michał Wroczyński).”

Marcin podczas prezentacji dla YouTube (fot. Łowcy Przygód)

Nie potrafimy przestać, bo to nasza pasja/obsesja, a inni utwierdzają nas w przekonaniu, że ta działalność ma sens. Ktoś powie, że 11 tysięcy subskrybentów to niewiele, ale to widownia elitarna, naprawdę. To pasjonaci turystyki, globtroterzy, miłośnicy historii i rodzinni podróżnicy. Piszą do nas wręcz małżeństwa z dziećmi, twierdząc, że jeżdżą naszym śladem. Poza tym pochylamy się nad tematami, które zawsze będą lekceważone przez duże telewizje, bo nikt nikogo nie zgwałcił i nie zabił… Nie przeszkadza to jednak tym telewizjom kopiować naszych materiałów i podpisywać cudzym nazwiskiem, gdy temat jest bardziej nośny…

Uchylcie rąbka tajemnicy – jesteście z Joanną parą? Małżeństwem? Macie dzieci? Jak się dzielicie pracą w Łowcach przygód?

Jesteśmy rodziną z nastoletnim dzieckiem. Wszystko robimy sami. Asia i ja stoimy za kamerami i przed kamerami, Asia jest też logistykiem i kierowcą. Ja z kolei nagrywam lektora, montuję wideo i czasem nawet sam tworzę tło dźwiękowe, choć najczęściej korzystam z gotowej biblioteki udostępnionej mi przez LifeTube. Wszystkie sprawy dodatkowe: tworzenie i zarządzanie www oraz prowadzenie kanałów społecznościowych to też moja działka, podobnie jak cała grafika, jaka określa Łowców: od projektu loga po gadżety dla widzów. Czasem jest mi ciężko, co chyba da się wyczuć w nie do końca wesołym brzmieniu tego wywiadu, ale kiedy biegasz za pracą 12 godzin w ciągu dnia, by zarobić na chleb, a potem siadasz do 18-godzinnego montażu, by podtrzymać swoją pasję i dać coś z siebie innym, to bateryjka szybko się wyczerpuje. Zwłaszcza gdy ktoś potem stwierdza, że jesteś żydowskim nazistą na usługach wywiadu Rosjan, którzy dysponują bronią z kosmosu. Tak, nie żartuję.

Asia i nieoczekiwany gość programu (fot. Łowcy Przygód)

Robicie teraz zbiórkę społecznościową na Patronite, żeby móc kontynuować działalność. Aż wierzyć się nie chce, że żadna telewizja czyportal internetowy nie chce zainwestować w tak profesjonalny program jak Wasz.

Bardzo dziękuję za miłe słowa. Z tym profesjonalizmem nie przesadzałbym, ale to fakt, że potrafimy wznieść się ponad ograniczenia sprzętowe. Uwierzysz, że część odcinków nagrana jest chińską kamerką sportową za 200 złotych? Nie stać nas na GoPro, a i GoPro pewnie nie byłoby zainteresowane product placementem w Łowcach, co wnoszę pod odmownej odpowiedzi dwóch podobnych firm.

Nie poddajemy się jednak i tworzymy. Czasem wychodzi to lepiej, czasem gorzej. Osobiście lubię tylko jeden swój materiał – ten, w którym przedstawiam życie dwóch bezdomnych mieszkających w zrujnowanej, opuszczonej, zabytkowej kotłowni. To materiał, który wyciskał łzy z oczu naszym widzom, a mnie oczy robiły się mokre, gdy to kręciłem. To naprawdę dobry kawałek pełnokrwistego reportażu, nakręconego za niecałe 100 złotych (zakupy w sklepie i cztery bilety autobusowe). Zresztą przekonajcie się sami:

Kiedy zaczęliśmy na własny koszt działać w sieci, byłem przekonany, że po paru głośnych tematach (jak Jędrzychów chociażby) ktoś nas dostrzeże i przygarnie. Skoro robimy tyle bez jakiegokolwiek budżetu, ile moglibyśmy zrobić, mając do dyspozycji choć trochę pieniędzy, dwie profesjonalne kamery z operatorami i człowieka od świateł?

Niestety, póki co zainteresowanie ograniczyło się do dwukrotnego złamania naszych praw autorskich (bez naszej wiedzy i zgody użyto naszych materiałów i podpisano pod nimi kogo innego), jednego plagiatu (pewna znana telewizja zrobiła wakacyjny, regionalny klon naszego cyklu) oraz stałego podbierania tematów. Mieliśmy przez pewien czas na karku dziennikarkę z ogólnopolskiej TV, która non stop pytała, jakie mamy plany, a zaraz potem widzieliśmy nasze tematy realizowane na antenie. Obserwują nas też twórcy znanego serialu w TVP, bowiem dzięki temu nie muszą płacić za research planów filmowych. Czyli jakiś potencjał Łowcy jednak mają…

Pisałem do wielu różnych producentów i stacji, ale to jest zawsze korpo. Moje maile nie przebijały się zapewne nawet przez sekretariat, gdzie jakaś pani Teresa uznawała, że prezes nie będzie propozycją zainteresowany. Zatem oto drugi mój apel.

Producencie, headhunterze, prezesie, sprawdźcie nas! Przekonajcie się, czy jest w tym cyklu potencjał! Skoro „Emil, łowca radarów” dał radę, to czemu „Łowcy Przygód” mieliby nie przynieść Wam oglądalności? Z Wami moglibyśmy sięgnąć głębiej, wyżej, dalej i poruszyć niesamowite tematy, których nie realizujemy z uwagi na brak funduszy. Chcecie mroczną historię przedwojennego kanibala? A może wyprawę poprzez podziemia tajemniczej bazy śladami doktora Mengele? A może reportaż z wnętrza polskich wulkanów? Proszę bardzo, czekamy na Wasz telefon! Bez pomocy nie jesteśmy w stanie tak dobrych tematów zrealizować, bo po prostu szkoda ich na nasze skromne obecnie możliwości.

Marcin występuje też na żywo – tu w TVP3 (fot. Łowcy Przygód)

Gdy zbierzecie potrzebną kwotę, to co chcecie zmienić w Waszym dotychczasowym sposobie działania? Wyruszycie poza Dolny Śląsk?

Przede wszystkim zacznę od tego, że ani złotówka nie pójdzie do prywatnych kieszeni. To, czym mam pracę, czy jej nie mam, nie liczy się tu w ogóle. Uczciwość jest dla nas wartością najwyższą, więc jeśli zbieramy na produkcję, to pieniądze te przeznaczone zostaną na produkcję, a potem oficjalnie rozliczone. Jeśli uda się nam osiągnąć kwotę 1500 zł miesięcznie, zwiększymy częstotliwość do jednego odcinka na dwa tygodnie, a potem może i jednego na tydzień.

Chcemy też wyjeżdżać dalej. Zaproszono nas do obserwatorium astronomicznego pod Toruniem. Ktoś dziś napisał dramatyczny mail o pałacu niszczejącym w Kujawsko-Pomorskiem, mieszkańcy okolic Lublina też proszą nas o przyjazd. Nie mamy teraz ani czasu, ani funduszy, by zapuszczać się tak daleko, ale chcemy to właśnie zmienić.

Ostatnio nie mieliśmy dobrej passy. Wypad w Pogórze Kaczawskie kosztował nas urwany wahacz (nawet nie pytaj, ile nas kosztowała wymiana), a próba odwiedzenia Skalnego Miasta zaowocowała chłodnicą do wymiany. Jestem tym przerażony, bo to auto ma służyć przede wszystkim rodzinie. Asia musi dojechać do pracy, podwieźć dziecko do szkoły, pojechać ze mną na zakupy. Tymczasem wypady w trasę, gdzie połowa dróg pamięta jeszcze króla Ćwieczka, to morderstwo popełniane na aucie, które ktoś wyprodukował z myślą o prostych asfaltowych jezdniach. 20 złotych zarobione na Youtube’ie nie pokrywa tych kosztów, jak się na pewno domyślasz.

Co jeszcze… Na pewno zakup drona. To dziś konieczność. Na szczęście wielokrotnie wspierali nas wspaniali, bezinteresowni piloci dronów i paralotni, stąd mamy trochę ujęć z powietrza. Ale to są zwykłe żebry z naszej strony. Chcemy kupić DJI Spark, bo to mały, kompaktowy dron. Jesteśmy w trasie tak obładowani żelastwem, że nie mamy już wolnych rąk czy pleców na kolejną torbę. Tymczasem Spark to urządzenie podręczne, na które znajdzie się miejsce w plecaku. To jednak koszt kolejnych trzech tysięcy złotych. Dla nas to kwota nieosiągalna. Potrzebujemy też stabilizatora do kamery sportowej. To z kolei koszt 1500 zł. Również poza naszym zasięgiem.

To właśnie takie miejsca odwiedzają wspólnie (fot. Łowcy Przygód)

Macie już jakieś miejsca i pomysły na historie?

Obudź mnie o każdej porze dnia i nocy, a podam ci z marszu jakąś setkę naprawdę dobrych tematów, które tylko czekają na to, by je skonsumować ze smakiem. Sam uczyłem swoich studentów, że tematy leżą na ulicy, a tylko od nas zależy, czy się po nie schylimy.

Chcesz usłyszeć historię o wyjątkowej grupie kilkunastu polskich jaskiń, które w części zostały zniszczone przez koparki? A może obejrzeć dzikie wyrobiska, gdzie wykopywane są najpiękniejsze agaty na całym świecie? Może chciałabyś dowiedzieć się więcej o niezwykłych wieżach Bismarcka? Albo o emerytowanych rockersach, których poznaliśmy na koncercie The Animals, a którzy jeżdżą po całym kraju, wracając do Wrocławia z historiami, które zadziwiłyby niejedną telewizję? A może pokazać ci niezwykłą bazaltową różę na górze Wilkołak, wyglądającej jak słynny szczyt Devil’s Tower z „Bliskich spotkań III stopnia”? Albo jedyny w Polsce wiszący tor?

Daj tylko znać, a ja z dziką chęcią o tym wszystkim opowiem. To moja pasja, moja obsesja…

Kasia Nowakowska
Kasia Nowakowska
Od ponad dziesięciu lat "robi w słowie" jako dziennikarka, blogerka, felietonistka. Była redaktor naczelną internetowego serwisu dla kobiet Foch.pl i współzałożycielką BACHORA, humorystycznego magazynu dla sfrustrowanych rodziców. Ma za sobą pracę w prasie papierowej (m.in. Dziennik, Przekrój, Machina), ale bez trudu przeniosła się do internetu i tu czuje się u siebie. Nałogowo ogląda seriale, tłumaczy gry i komiksy, uwielbia przeprowadzać wywiady (i nienawidzi ich potem spisywać). Zwierzę miejskie, matka dzieciom (sztuk dwie) i fanka Davida Bowiego.
Put on your red shoes and dance the blues.
AUTOR

Polecamy

Komentarze