Pięć franczyz filmowych, które powinny zniknąć z ekranów kin

Ubić, zanim się rozrośnie!
14 minut czytania
1231
0
Jakub Demiańczuk
Jakub Demiańczuk
1 lipca 2017
fot. Faiz Zaki/Shutterstock

Nie wyobrażam sobie popkulturowego życia bez filmowych franczyz, chociażby bez Bonda, Marvel Cinematic Universe, „Planety Małp”, a nawet „Szybkich i wściekłych” – miewają swoje wzloty i upadki, ale wciąż sprawiają frajdę. Oczywiście, nikt nie każe mi oglądać kiepskich filmów. Ale lubię się nad nimi pastwić.

Czy już byliście na nowych „Transformersach”? Albo „Piratach z Karaibów”? Wiemy, że tak, choć do takich filmowych wypraw czasem nie warto się przyznawać. To już nie jest guilty pleasure: oglądanie najnowszych odsłon popularnych serii przypomina raczej surową karę za dowolne przewiny. Nie warto się na nią dobrowolnie skazywać.

Na chwilę zapomnijmy o krociowych zyskach, jakie przynosi większość z tych produkcji i zastanówmy się, jakie serie powinny zniknąć z wielkich ekranów i to jak najszybciej. Oczywiście chyba w każdym przypadku płonne to nadzieje.

Obcy

Wiadra pomyj wylano już na nowy film Ridleya Scotta, wszak od premiery „Obcego: Przymierza” parę ładnych tygodni minęło. Nadzieje były olbrzymie, ale trzeba na każdym kroku przypominać, że poprzednią częścią serii o xenomorphach był „Prometeusz”. Oczekiwanie, że „Przymierze” będzie lepsze, okazało się naiwnością.

Gdy przed laty Scott podbił świat pierwszym „Obcym”, pomógł stworzyć jedną z najbardziej żywotnych, fascynujących i pojemnych popkulturowych franczyz. Dziesiątki komiksów, powieści, gry wideo, planszówki: okazało się, że zbudowana wokół agresywnej rasy obcych (potem dołożono do niej jeszcze Predatorów) mitologia jest wyjątkowo nośna. Sprawdzała się zarówno jako rozrywkowa pulpa, jak i tło do nieco bardziej filozoficznych (przynajmniej w komiksowej skali) rozważań o naturze przemocy.

Gdy w latach 80. i 90. powstawały kolejne filmy o Obcych, każdy z nich powierzano innemu reżyserowi. Niezależnie, jak oceniamy ostateczny efekt, przynajmniej były to interesujące próby, czerpiące z różnych stylistyk, naznaczone autorskim piętnem. Ale teraz Ridley Scott zarzeka się, że nie odda już serii nikomu innemu (swoją szansę stracił już Neil Blomkamp, który przez dłuższy czas pracował nad koncepcją oficjalnej piątej części). Szkoda, bo zamienia „Obcego” w pseudoteologiczny traktat. Samo w sobie nie byłoby to jeszcze złe („Przymierze” doczekało się kilku ciekawych interpretacji w tym duchu, doszukujących się np. w postaci androida Davida metafory diabła – przy okazji przypomnijmy, że pierwotny tytuł filmu był odwołaniem do Miltonowskiego „Raju utraconego”), gorzej, że cuchnie kreacjonizmem, trąci banałem, a na dodatek wieje nudą. Pora na ostateczną eksterminację.

Transformers

To od początku był głupi pomysł, ale za pierwszym razem jeszcze jakoś zadziałał. Otwierający cykl film z 2007 roku okazał się znośną, nawet jeśli nie wymagającą myślenia rozrywką (i to mimo udziału Shii LaBeoufa i Megan Fox). Nie można tych samych komplementów powtórzyć o kolejnych tytułach, a w ciągu dekady powstały jeszcze cztery. Kto z kim się leje, nie ma w zasadzie większego znaczenia, Autoboty, Deceptikony, Dinoboty, jedna kupa żelastwa – przeciętny widz, który nie wkręcił się w świat Transformersów – czyli prawie każdy, kto nie jest dziesięcioletnim chłopcem, któremu znudziły się już dinozaury – i tak rozpoznaje co najwyżej Optimusa Prime’a (bo ważny) i Bumblebee (bo żółty), względnie Megatrona (bo zły). Reszta jest topieniem milionowych budżetów w efektach specjalnych, zgrzytem stali, blaskiem chromu, wybuchami i zgrzytami. Aha, plus kilka czerstwych żartów w wykonaniu aktorów, zazwyczaj przekonujących tak, jakby sami zostali wygenerowani przez komputery.

Werdykt: złomowisko. „Ostatni rycerz” naprawdę powinien być ostatni. Ale Michael Bay zapowiedział już przynajmniej kolejne dwa filmy.

Piraci z Karaibów

„Zemsta Salazara” jest lepsza niż „Na nieznanych wodach”, czyli czwarta część sagi o karaibskich piratach, ale szczerze mówiąc, to niewielkie pocieszenie. Seria straciła impet, żywotność i jakąkolwiek – poza finansową – rację bytu. Przynajmniej dopóki główną postacią będzie pozostawał Jack Sparrow. Pamiętacie, że gdy Johnny Depp po raz pierwszy zagrał tę rolę, dostał nominację do Oscara? Dziś trudno w to uwierzyć: Sparrow po raz piąty to wyłącznie zlepek ogranych gestów, grymasów i bełkotów serwowanych przez najwyraźniej znużonego rolą aktora (osobno należy zadać pytanie, czy Depp jeszcze w ogóle pamięta, jak grać). Zresztą cali „Piraci z Karaibów” zamienili się w zbiór powtarzanych grepsów i pomysłów. „Zemsta Salazara” tak bardzo przypomina „Klątwę Czarnej Perły”, że trąci autoplagiatem, a przed kompletną porażką ratuje ją przede wszystkim Javier Bardem w roli tytułowego czarnego charakteru.

Wypaliła się też formuła mieszająca kino awanturnicze z komedią i fantastykę. Co nie znaczy, że piraci – jako filmowy temat – powinni zniknąć za horyzontem. Serial „Black Sails” (w Polsce pokazywany pod jakże błyskotliwym tytułem „Piraci”) udowodnił, że można o burzliwych dziejach Karaibów opowiadać w tonacji bardziej serio, nawet jeśli miesza się historyczne fakty z wyobraźnią Roberta Louisa Stevensona. Nawet znacznie mniej udany serial „Crossbones” (u nas „Herb piratów”. Pi-ra-tów. Żebyście przypadkiem nie pomyśleli, że chodzi o kogoś innego niż piraci) próbował znaleźć nową formułę opowieści. Producenci „Piratów z Karaibów” już nawet nie udają, że szukają (a scena po napisach „Zemsty Salazara” sugeruje, że w kolejnej części znów sięgną po sprawdzone rozwiązania). Najwyższa pora zatopić tę łajbę. Lub przynajmniej kapitana Sparrowa, bo to uwolni cykl od coraz bardziej nieznośnego ciężaru jego ego.

Obecność

Stworzona przez Jamesa Wana seria cieszy się sporą popularnością, zbiera też zazwyczaj pozytywne recenzje krytyków, ale owo uznanie pozostaje dla mnie zagadką. Owszem, aktorski duet Very Farmigi i Patricka Wilsona wynagradza niejedną mieliznę scenariuszową (dlatego obie części „Obecności” są lepsze niż spin-off w postaci „Annabelle”), ale to wciąż za mało. Za to dużo tu zapożyczeń z innych filmów: w „Obecności” nie zobaczycie niczego, czego wcześniej nie widzieliście w „Amityville”, „Egzorcyście”, „Duchu” i dziesiątkach innych horrorów, też zresztą niespecjalnie oryginalnych.

Czy może więc dziwić fakt, że o nadziei na crossover z „Annabelle” (przypomnijmy: nawiedzoną lalką), mówił scenarzysta Don Mancini, twórca „Laleczki Chucky”? Zanim – jeśli w ogóle – do niego dojdzie, czeka nas prequel „Annabelle” oraz dwa kolejne spin-offy („The Nun” i „The Crooked Man”). Dzwońcie po Ghostbustersów.

Dark Universe

Możecie powiedzieć: zaraz, zaraz. To przecież dopiero jeden film. Ale niestety „Mumia” pokazała, w jakim kierunku może zmierzać całe przedsięwzięcie.

Informację o tym, że studio Universal planuje cykl filmów pod hasłem Dark Universe – bezpośrednio nawiązujący do filmów grozy z lat 30. i 40. – przyjąłem z umiarkowanym, ale jednak entuzjazmem (starając się jednocześnie zapomnieć o wpadkach w stylu „Van Helsinga”), podsycanym fajnym zwiastunem zmontowanym z fragmentów klasycznych produkcji. Przyznaję, nie wiem, czego oczekiwałem – przecież nie tego, że zobaczę na ekranie bohaterów dorównujących tym, których przed laty grali Boris Karloff i Bela Lugosi. Marzyłem po prostu o przyzwoitej rozrywce, przekładającej dawne schematy na język współczesnego kina. „Mumia” udowodniła, że nawet na to nie można liczyć. I nie przeszkadzał mi Tom Cruise grający to, co potrafi najlepiej (czyli Toma Cruise’a), ani nawet cokolwiek bezsensowny pomysł, by jedną z centralnych postaci serii – na to przynajmniej się zanosi – zrobić Jekylla/Hyde’a. Pozbawiony świeżości, oryginalnych koncepcji, napięcia film Alexa Kurtzmanna pokazał dobitnie, że Universal nie potrafi wykorzystać swoich ikonicznych postaci (trudno uwierzyć, że nad scenariuszem pracowało sześciu autorów, nie uwzględniając niezliczonej zapewne rzeszy scriptdoctorów). A wystarczy obejrzeć serial „Dom grozy”, by przekonać się, że można to zrobić lepiej.

Mimo finansowej porażki „Mumii” dalsze plany studia są szeroko zakrojone: premiera „Narzeczonej Frankensteina” zapowiedziana została na 2019 rok, planowane są filmy o Potworze z Czarnej Laguny, Upiorze z Opery, Niewidzialnym Człowieku oraz rzecz jasna Draculi i Frankensteinie.

Ale na największego potwora na razie wygląda Dark Universe. Ubić go, zanim się rozrośnie.

Jakub Demiańczuk
Jakub Demiańczuk

Dziennikarz i redaktor „Dziennika Gazety Prawnej”, współpracownik „Urody Życia”, „Noise Magazine”, a od czasu do czasu także serwisu naEKRANIE.pl. Widz, czytelnik, słuchacz – w tej właśnie kolejności. Lubi to i tamto, a zwłaszcza Muminki i Hellboya. Nie zjada zwierząt (nachalna promocja wegetarianizmu).


AUTOR

Polecamy

Komentarze