Czy zakwaszenie organizmu istnieje?

Dieta alkaliczna jest bez sensu
12 minut czytania
27325
30
Justyna Lesiak
Justyna Lesiak
26 lipca 2017

Weszłam przedwczoraj do apteki obok jednej z prywatnych placówek medycznych. Powinno być profesjonalnie. Nie było. Na pięknie wyeksponowanej półce stały bowiem rzędy litrowych butelek, a w nich najbardziej przeceniona woda na całym świecie – alkaliczna (zasadowa), o pH 9,2. Po 10 zł za sztukę.

Musieliście mieć niewiarygodne szczęście, jeśli ominęła was fobia „zakwaszenia” organizmu przez niewłaściwą dietę. Szczerze powiedziawszy, to jeden z głupszych konceptów, z jakimi się ostatnimi czasy spotkałam. Pamiętam, że wprawił zarówno mnie, jak i moich „naukowych” znajomych w stan solidnego osłupienia, ale też pewnej nadziei, że coś tak absurdalnego nie ma prawa za długo trwać. Niestety, trwało. Ruch zwolenników teorii, że zwykłą dietą można sobie znacząco obniżyć pH krwi i płynów ustrojowych rozwijał się w najlepsze, przybierając na niektórych portalach internetowych formy iście idiotyczne. Ot, chociażby część z nich twierdziła, że pH krwi potrafi spaść nawet do 5,0, ale dzięki zmianie sposobu odżywiania da się to odwrócić. Ja z kolei mogę was zapewnić, że po zejściu poniżej wartości 6,9 zazwyczaj następuje zgon, a to przypadek z gatunku tych raczej trwających już permanentnie.

Woda zasadowa? Drogi i w rzeczywistości bezużyteczny specyfik

Do napisania tego artykułu skłoniły mnie nie tyle chęć pogawędzenia o samym trendzie, ile dwie naprawdę istotne rzeczy. Pierwsza – ludzie pytają. Ten temat przedstawiany jest zazwyczaj z wykorzystaniem profesjonalnego słownictwa, dezorientując przeciętnego czytelnika. Pytania, na ile „zakwaszenie” jest faktycznie występującym zjawiskiem, padają często i zasługują na odpowiedź.

Druga, to właśnie ta woda w aptece. Drogi i w rzeczywistości bezużyteczny specyfik, który taki aptekarz-szaman wciśnie wam – szukającym jakiegoś remedium na przykre dolegliwości – bez mrugnięcia okiem. I sporo zarobi na waszej niewiedzy i desperacji.

Toksyny, bufory i systemy idealne

Dlaczego piszę słowo „zakwaszenie” w cudzysłowie? Ponieważ nie ma ono nic wspólnego z faktycznie istniejącą i groźną jednostką chorobową, kwasicą. Krew człowieka ma lekko zasadowe pH wahające się między 7,35 – 7,45 i jakiekolwiek odchylenia od tej równowagi o więcej, niż +/-0,4, prowadzą momentalnie do zgonu. Zresztą zejść z tego świata można nie tylko z powodu zbyt niskiego odczynu krwi (kwasica), ale i ze zbyt wysokiego (zasadowica, alkaloza). Przyczyny zaburzeń pH mogą być co prawda bardzo różne, ale są trudno osiągalne w codziennym życiu. Ciężkie zatrucia lekami (na przykład stosowanymi w leczeniu choroby refluksowej, paracetamolem, salicylanami), toksynami (metanolem, glikolem etylenowym) czy środkami chemicznymi nie zdarzają się w końcu na co dzień, podobnie jak hiperwentylacja (powoduje alkalozę oddechową) lub przewlekła biegunka. Doprowadzenie się do poważnego stanu nawet częstych chorób metabolicznych, jak na przykład cukrzyca (kwasica cukrzycowa), też jest swego rodzaju osiągnięciem.

Zdrowy organizm ze zmianą pH krwi radzi sobie nadspodziewanie dobrze

Ogólnie rzecz biorąc, zdrowy organizm ze zmianą pH krwi radzi sobie nadspodziewanie dobrze – a to za pomocą systemów buforujących, opartych na dynamicznie regulowanej równowadze pomiędzy dwutlenkiem węgla (CO2) i anionem wodorowęglanowym (HCO3). Kiedy pH krwi spada, pojawiające się w nadmiarze jony wodoru H+ reagują z HCO3, tworząc H2CO3, który następnie rozkładany jest na H2O i CO2. Dwutlenek węgla usuwany jest przez płuca i pH krwi się podwyższa. Jeśli z kolei pozostanie nam w buforze nadmiar HCO3 i krew osiągnie odczyn nieco zbyt zasadowy, nerki szybko usuną jego nadmiar i pH wróci do normy. Nawet delikatne zakwaszenie po gwałtownym i krótkotrwałym wysiłku fizycznym (np. sprincie na średni dystans), będące efektem nagromadzenia się znacznych ilości kwasu mlekowego, trwa nie dłużej niż parę minut – o wiele za krótko, by wyrządzić organizmowi jakąkolwiek szkodę.

Ten system – buforowana krew-nerki-płuca, to system idealny. Tak idealny, że kiedy do dyskusji o alkalicznej diecie włączyli się w końcu diagności z dowodami, że u domniemanie „zakwaszonych” wyniki pH krwi są jak najbardziej w porządku, wymyślono „utajone zakwaszenie” – rzecz bardziej tajemniczą, niż masoński uścisk dłoni.

Zabawa w chowanego z rozumem, czyli poszukiwanie „utajonego zakwaszenia”…
…w komórkach

Gdzie może się w takim razie ukrywać owo straszne „zakwaszenie”? Według jednej z tych tajemnych teorii – w cytoplazmie komórek. Wszystkie te złe kwasy z jelit trafiają do krwi i stamtąd wprost do środowiska wewnątrzkomórkowego. Tylko szybko, żeby przypadkiem nie wyszło, że to bez sensu, skoro wyniki badań krwi są w porządku. I tu bowiem znowu wyłazi skrajna ignorancja osób promujących „alkalizowanie” diety. Podobnie jak krew, wnętrza komórek mają ściśle ustalone pH, a jego utrzymanie stanowi jeden z gwarantów prawidłowej pracy enzymów i całego metabolizmu komórkowego. Co prawda, różni się ono pomiędzy poszczególnymi typami komórek – na przykład dla limfocytów wynosi ok. 7,17. Ba, jest inne nawet w poszczególnych organellach (strukturach komórkowych) w obrębie jednej komórki! W mitochondrialnym matrix pH utrzymuje się na poziomie 8,0, w pęcherzykach wydzielniczych osiąga wartość 5,2, a w lizosomach („śmietnikach” komórkowych) wynosi zaledwie 4,5-4,7.

Zabawa w chowanego z rozumem, czyli poszukiwanie „utajonego zakwaszenia” w komórkach

Nie zmienia to jednak faktu, że każde odchylenie od tej równowagi momentalnie uruchamia kaskadę reakcji prowadzących do jak najszybszego przywrócenia optymalnych wartości.

… w moczu

Inni „specjaliści” z kolei szukają dowodów „zakwaszenia” w moczu, za pomocą papierka lakmusowego (bibułki zmieniającej kolor w zależności od pH roztworu). Proponują przy tym reagować na obniżony odczyn uryny próbami jej zalkalizowania – i o ile nie sikamy kwasem solnym jest to porada, którą możemy sobie wyrządzić potężną krzywdę. Mocz naturalnie ma odczyn lekko kwaśny (pH 6), dzięki czemu unikamy zasiedlania dróg moczowych przez różne patogeny. Znacie babciny przepis na problemy z pęcherzem? Żurawina i dużo wody z cytryną, w dzisiejszych czasach zastępowanej niekiedy witaminą C. Po co? Właśnie po to, by jeszcze obniżyć odczyn moczu i szybciej zwalczyć bakterie. Niskie pH wydalanego płynu, o ile nie spada poniżej 5, nie świadczy o problemach zdrowotnych – wręcz przeciwnie, to oznaka prawidłowej pracy naszego organizmu!

…w kościach

Zakwaszenie moczu (podobnie jak spożywanie dużych ilości białka) nie wpływa też na twardość naszych kości, wchłanianie wapnia czy rozwój osteoporozy – taki pogląd pokutował dość długo, i wciąż przewija się nawet w dość nowych publikacjach. Niedawno opublikowano jednak solidne, przekrojowe badania przeczące temu zjawisku.

Pomysły Szalonego Kapelusznika, czyli ocet jest zasadotwórczy

Skoro dotrwaliście do tej części artykułu, to wypada w końcu wyjaśnić, czym możemy sobie ten biedny organizm „zakwasić”. Otóż dramatyczny spadek pH naszych płynów ma podobno miejsce po spożyciu dużej liczby produktów, których popioły mają odczyn kwaśny. Tak, orędownicy diety alkalizującej potencjalną kwasotwórczość określają poprzez analizę zwęglonego pożywienia. I tak wśród tych „niedobrych” pokarmów znajdują się oczywiście wszystkie przetworzone produkty, mięsa, słodycze, węglowodany, tłuszcze zwierzęce i alkohol. Po drugiej – tej dobrej – stronie barykady są owoce i warzywa, w tym… cytrusy i octy roślinne (serio). Rzeczywiście, jest faktem, że produkty pochodzenia zwierzęcego zawierają stosunkowo dużo związków fosforu i siarki, tworzących grupy kwasowe, a roślinnego – sporo magnezu, wapnia i metali z I i II grupy tablicy Mendelejewa, obecnych w grupach zasadowych. Mimo wszystko ludzki organizm to jednak nie piec hutniczy i końcowe produkty przemiany kaczki po pekińsku nie będą identyczne z tym, co znajdziemy w jej zwęglonych szczątkach. Co więcej, twierdzenie, że zarówno alkalizowana woda (pH 9,2), jak i ocet jabłkowy lub sok z cytryny (pH odpowiednio – ok. 3 i 2,4) pomogą na „zakwaszenie”, brzmi jak cytat z Szalonego Kapelusznika. Skąd w ogóle pomysł, żeby obniżone pH leczyć kwasami? W zasadzie nie mamy pojęcia.

Wszystkie plagi tego świata, czyli objawy „zakwaszenia”

Przejdźmy jednak do sedna sprawy – jak rozpoznać u siebie dramat „zakwaszenia”? Otóż jest cała, dość obszerna lista objawów świadczących o problemach z naszym „wewnętrznym pH”.

I tak też najpopularniejsze poradniki wśród typowych objawów wymieniają między innymi: brak energii, depresję, zmęczenie lub nadmierne pobudzenie, zapalenie dziąseł, zajady, zaparcia i biegunki, zapalenie jelit, pieczenie odbytu, podrażnienia śluzówek, zapalenia dróg moczowych, katar, suchą skórę, tłustą skórę, pryszcze i egzemy, wypadanie włosów, łamliwość paznokci, skurcze łydek, sztywnienie szyi, lumbago, zapalenie ścięgien, bóle stawów, miażdżycę, cukrzycę, nadciśnienie, nowotwory, reumatyzm i osteoporozę – czyli WSZYSTKO. Naprawdę, brakuje tylko najazdu Sowietów i nieakceptacji narzeczonego przez matkę. Żeby było śmieszniej, listy schorzeń różnią się w zależności od portalu czy źródła – orędownicy diety alkalicznej nawet między sobą nie potrafią się dogadać co do skutków spożywania produktów kwasotwórczych.

Stosowanie zasad „diety alkalicznej” nie doprowadzi do żadnej zmiany odczynu płynów ustrojowych

Stek z czekoladą = smoothie z jarmużem

Jak ma alkalizowana woda za 10 zł przeciwdziałać „zakwaszeniu” organizmu, nie wiem. Wszystkie spożyte pokarmy trafiają prosto do żołądka, w którym i tak panują skrajnie kwaśne warunki – pH jego soków waha się pomiędzy 1,5-2. Wypicie pół litra wody o pH 9,2 może co najwyżej lekko zobojętnić te kwasy i przyczynić się do niestrawności… ale na pewno nie do „odkwaszenia” organizmu. Podobnie zresztą stosowanie zasad „diety alkalicznej” nie doprowadzi do żadnej zmiany odczynu płynów ustrojowych – nasze mechanizmy buforujące są na to zwyczajnie za silne. Jeśli więc czujecie chętkę na krwisty stek z frytkami i czekoladowy suflet na deser – nie miejcie zahamowań. Nie wpłyniecie tym na pH krwi bardziej, niż wypijając okadzone przez szamana z Tybetu smoothie z nasionami goi i jarmużem.

Justyna Lesiak
Justyna Lesiak
Doktor nauk ścisłych, specjalizuje się w biologii molekularnej, syntetycznej i mikrobiologii, ale zna się po trochu na wszystkim. Naukowczynią została przez przypadek, jako dziecko chciała być generałem albo prawniczką. Lubi koty, ale uwielbia psy i konie. Jej marzeniem jest hodować dodo – niestety, za dużo podróżuje, by to było możliwe. Mieszkała już w Anglii, Grecji, Belgii, Niemczech i Danii. Uprawia dziwne sporty, lubi mieć siniaki i pięknie umalowane oczy. Choć o nauce pisze już od jakiegoś czasu i nawet zdążyła wygrać nagrody za jej popularyzację, to dopiero się rozkręca.
AUTOR

Polecamy

Komentarze