Aktywne, piękne, pełne pasji – „młode staruszki” inspirują

Starość to przyszłość nas wszystkich
14 minut czytania
1539
0
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
14 sierpnia 2017

Iris Apfel, Helena Norowicz, DJ Wika, Madonna Buder i Teresa Bancewicz − coraz więcej kobiet w bardzo dojrzałym wieku wybiera aktywność, która wprowadza w ich życie prawdziwą rewolucję. Co łączy nas z tymi paniami? Bardzo wiele. One to my za kilkanaście lub kilkadziesiąt lat.

„Jeśli zamierzasz siedzieć w miejscu i robić wciąż to samo, to lepiej od razu połóż się do trumny”, mówi 95-letnia Iris Apfel, ikona Nowego Jorku, która zachwyca towarzyskie salony charyzmą i dizajnerskimi okularami. Natomiast 82-letnia aktorka i modelka Helena Norowicz, niedawno reklamująca perfumy w stroju toples, hołduje zasadzie: „Biegaj. Jeśli nie możesz biegać, spaceruj. Jeżeli nie możesz spacerować, czołgaj się. Ale się ruszaj”.

Czy w tych słowach kryje się antidotum na starość? Niewykluczone. Dlatego nie dajmy się złapać w sidła teoretyków od geriatrii, speców od farmaceutyków, magików od reklamy i szarlatanów od marketingu, którzy sprytnie kreują rzeczywistość, sugerując nam, że starsi ludzie potrzebują wyłącznie kleju do protez, pieluch pomocnych przy nietrzymaniu moczu i unormowanego trybu życia, sprowadzającego się do krótkich spacerków oraz dietetycznych posiłków urozmaiconych tabletkami na nadciśnienie. Nic bardziej mylnego. Oni potrzebują znacznie więcej.

Modeling – lekarstwo na podcięte skrzydła

Wszelki rodzaj ruchu był nieodłącznym elementem życia Heleny Norowicz. Jej elastyczne ciało do dzisiaj z łatwością robi szpagat. Ale, związana przez wiele lat z teatrem Studio aktorka, którą znamy też z takich filmów i seriali jak „Matka Teresa od kotów”, „Na Wspólnej” czy „Barwy szczęścia”,  pracowała na to całe życie, ćwicząc i uprawiając sport.

Mimo to, profesja modelki, którą została w wieku 80 lat na zaproszenie firm Bohoboco i Nenukko, była dla niej wyzwaniem. – Muszę […] przyznać, że praca modelki jest bardziej męcząca niż praca aktorki. Najbardziej męczy chyba stanie w bezruchu i czekanie – mówiła w jednym z wywiadów. Dodawała, że w tej branży najważniejszy jest kostium, nosząca go osoba to jedynie dodatek. Zupełnie inaczej niż w teatrze, gdzie szata to tylko jeden z wielu elementów budujących postać. Ale Norowicz, estetka, która całe życie dbała, by wyglądać gustownie i oryginalnie, pozowała nie tylko w kostiumie. W reklamie perfum Bohoboco zaprezentowała się w wersji toples, pokazując, jak ujmowali to twórcy zapachu, szlachetną urodę i tajemnicze piękno.

Aktorka związała się z branżą modelingu kilkanaście lat po przejściu na emeryturę i odejściu z teatru, które, jak wspomina, podcięło jej skrzydła. Obawiała się, czy podoła, ale ostatecznie stwierdziła: „Wzdychasz, jęczysz, że nie masz propozycji aktorskich. Potraktuj to jak aktorskie wyzwanie”.

Wyzwaniem jest też zmiana mentalności Polaków, którzy nie mają zbyt dużo okazji, by w podobnych okolicznościach spotykać osoby starsze. Sama Norowicz uważa, że modeling potrzebuje dojrzałych kobiet, a nie tylko młodych dziewczyn, na których wszystko leży idealnie.

Zmarszczki to oznaka odwagi

Ostatnią rzeczą, jaką przejmowałaby się Iris Apfel, jest to, czy coś leży na niej idealnie. W swoim długim życiu ta lwica salonowa była projektantką wnętrz i tkanin, biznesmenką prowadzącą z mężem przedsiębiorstwo tekstylne Old World Weavers, które sprowadzało materiały nawet z najbardziej egzotycznych krajów, stylistką, kolekcjonerką sztuki użytkowej i modelką ozdabiającą okładki prestiżowych magazynów.

Photo by: Jenna Marie Wakani

A post shared by Iris Apfel 👓💄 (@iris.apfel) on

Iris uwielbia żywe kolory i oryginalne wzory, które wyróżniają ją spośród innych. Ale jej znakiem rozpoznawczym są olbrzymie okulary współgrające z burzą siwych włosów i ustami pokrytymi czerwoną szminką. – Nie mam urody, ale mam coś znacznie ważniejszego: styl – powtarza przy każdej okazji. – A w zmarszczkach nie widzę nic złego, są oznaką odwagi – dodaje.

Jedyna w swoim rodzaju kolekcja ubrań i dodatków tej wielbicielki dżinsów miała okazję trafić na wystawę w słynnym nowojorskim Metropolitan Museum of Art. Zatytułowano ją „Rara avis”, czyli „Rzadki ptak”.  – Zdaję sobie sprawę, że choć lubię bawić się modą, nigdy już nie będę wyglądać jak 20-latka, więc po prostu przestałam się tym przejmować. Trzeba wziąć się w garść, ruszyć z kanapy i robić to, co się kocha. Zobaczysz, jeśli zaczniesz działać, to w końcu tak się w tym zatracisz, że zapomnisz o wszystkich trudnościach – radzi.

Photo by: Jeremy Liebman

A post shared by Iris Apfel 👓💄 (@iris.apfel) on

33 tysiące kroków zamiast bujanego fotela

Jedną z takich trudności dla 87-letniej siostry Madonny Buder był habit, więc go zrzuciła. Znana jako „Żelazna Zakonnica” Buder urodziła się w zamożnej rodzinie w Saint Louis. Jako 24-latka wstąpiła do zakonu. Ale po szesnastu latach siedzenie w zamknięciu stało się dla niej nie do zniesienia. Dlatego wspólnie z 38 innymi siostrami opuściła zgromadzenie i założyła niezależny od Watykanu zakon Sióstr dla Chrześcijańskiej Wspólnoty.

Dzięki temu śmiałemu posunięciu zaczęła robić to, co kocha: uprawiać sport. Dziś ma na koncie ponad 340 triatlonów, w tym ponad 45 Mistrzostw Świata Ironman uchodzących za najtrudniejsze zawody pod słońcem, podczas których płynie się na dystansie 4 km, na rowerze pokonuje trasę liczącą 180 km, a następnie należy zaliczyć pełny maraton, czyli 42,2 kilometra. Buder swój pierwszy triatlon pokonała, mając 52 lata, a swój najlepszy czas osiągnęła 10 lat później. Zaczęła trenować, bo dowiedziała się, że to dobry sposób na zharmonizowanie ciała, duszy i umysłu.

Żelazna sportsmenka nie ma problemu z tym, że czerwony strój sportowy bezlitośnie obnaża jej ponadosiemdziesięcioletnie, pokryte zmarszczkami ciało. Koncentruje się na osiągnięciu celu, a zawsze startuje w jakiejś intencji, np. prosząc siły wyższe o wsparcie kogoś chorego lub wyrozumiałość dla zmarłego. Poza tym podczas biegu ma głowę zaprzątniętą układaniem krótkich wierszyków, które zapisuje po przekroczeniu mety, oraz liczeniem kroków – cały maraton to w jej przypadku 33 tys. kroków.

W 2010 roku ukazała się książka autorstwa Buder pt. „The Grace to Race”. Przy tej okazji internauci zamieszczali pod tekstami na temat zakonnicy komentarze w tym duchu:  „Siostro, gdy dorastałam, chciałam być taka jak ty. Po przeczytaniu książki wiem, że trzeba mieć coś, po co się żyje, i że tym czymś wcale nie musi być bujany fotel. Proszę, definiuj dalej starczy wiek tak, jak definiujesz”. Triatlonistka nieustannie doznaje kontuzji. Przy każdym złamanym palcu czy nadwerężonym biodrze udziela reprymendy Panu Bogu i domaga się szybkiego uzdrowienia, mówiąc mu: „Ty wiesz, że moim celem jest ciągły bieg do Ciebie”.

Autostopowiczka z adrenaliną

Kontuzje nękają nie tylko ciało, ale i duszę. Tak było w przypadku 84-letniej dziś Teresy Bancewicz, robiącej furorę jako najstarsza polska autostopowiczka. Pani Teresa, z wykształcenia plastyczka,  była dekoratorką wnętrz i projektantką odzieży. Jej kolekcje znali bywalcy wszystkich krajowych targów tekstylnych. Rodzinie Bancewiczów powodziło się bardzo dobrze, dopóki w 1988 roku nie nastała transformacja ustrojowa, która pociągnęła za sobą upadek wielu firm. 55-letnia kobieta, podobnie jak jej mąż, też plastyk, straciła pracę i została z dochodami w wysokości 600 zł miesięcznie.

Po przeprowadzce z Wrocławia do wielkiego domu w leżącej pod Bolesławcem wsi nastąpiła kolejna katastrofa – samobójstwo popełnił nastoletni syn artystki, jedno spośród jej trojga dzieci. Bancewicz postanowiła ratować się przed depresją, uciekając w świat. Pierwszą podróż odbyła w wieku 62 lat. Do dziś nie zaprzestała tego „procederu”.

Zwiedziła już kilkadziesiąt krajów, m.in. Estonię, Litwę, Łotwę, Szwecję, Finlandię, Danię, Norwegię, Izrael, Tunezję, Maroko, Egipt i kraje arabskie.  – Czytam książki, reportaże na temat kraju, do którego jadę. Zabieram namiot, śpiwór, miniaturową kuchenkę, suche paliwo w tabletkach, artykuły higieniczne, zapas mleka granulowanego, płatki zbożowe, podstawową apteczkę, sweter, kurtkę nieprzemakalną – opowiadała w jednym z wywiadów.

W każdą podróż pani Teresa zabiera też obowiązkowo kilogramy kompozycji kwiatowych, które sprzedaje, w ten sposób zdobywając pieniądze. Niekiedy również daje je w prezencie życzliwym jej ludziom, których spotyka w drodze. Wojaże to zupełnie nowy wymiar rzeczywistości. Życie pełne przygód. Bancewicz nocowała już na kempingach, w młodzieżowych schroniskach, w domach gościnnych ludzi, ale także w skalnych korytach, jaskiniach, grotach, w banku, na cokole pomnika Lenina, a także w przykościelnym pomieszczeniu, w którym, jak się okazało, przygotowywano do pogrzebu zmarłych.

Istotą mojego podróżowania jest kontakt z ludźmi, poznawanie ich zwyczajów, kultury. Poznaję opinię przeciętnych ludzi na temat rządzących oraz ekonomii – mówi. Przyznaje, że zdarzają się sytuacje niebezpieczne: kiedyś została napadnięta przez dwóch wyrostków, ale ostatecznie nie zainteresował ich jej skromny dobytek; wielokrotnie dostawała też  propozycje o podtekście seksualnym, m.in. od podwożących ją kierowców, ale dzięki znajomości ludzkiej psychiki zawsze potrafi wybrnąć z takich opresji. – Na pewno podróże wzmacniają psychicznie i dostarczają mi adrenaliny. Wciąż pamiętam też o tym, że podróżowanie wyciągnęło mnie z choroby. Dzisiaj nie potrafię już bez tego żyć – podkreśla.

Janko Muzykant przy konsoli

Innego rodzaju adrenaliny potrzebuje 79-letnia Wirginia Szmyt, bardziej znana jako DJ Wika. Słynna didżejka z wykształcenia jest pedagogiem. Pracowała z niepełnosprawnymi dziećmi oraz z chłopakami z kryminalną przeszłością, którzy trafili do zakładu poprawczego. Wszystkich zawsze traktowała z szacunkiem i sympatią. I takie same uczucia żywi do ludzi, którzy przychodzą na jej imprezy – często są to seniorzy, ale nie tylko. Mówi, że didżeje to artyści, ale ona jest bardziej jak Janko Muzykant. Długo uczyła się od młodych miksowania i efektów specjalnych, takich jak sztuczki świetlne i puszczanie dymu. Reagowali zazwyczaj słowami: „Spoko babciu, świetnie ci idzie”. Techno czy metal to dla Wiki szok, coś niespotykanego w czasach jej młodości, ale brnie dzielnie przez wszystkie te gatunki, ciesząc się, że powraca moda na muzykę lat 60. i 70. ubiegłego wieku. Lecz nie ogranicza się do takich odtwórczych działań. – Staram się przede wszystkim wypracować własny styl, żeby było czuć go na imprezach – podkreśla.

Opublikowany przez Gok Jeżewo na 30 stycznia 2017

Działająca na rzecz osób starszych DJ Wika, która jest organizatorką parad seniorów i tzw. Dancingów Międzypokoleniowych, doskonale wie, że jej imprezy to coś więcej niż zwykłe potańcówki. To często ostatnia deska ratunku dla wykluczonych i samotnych seniorów. Tu mają okazję pozbyć się stresów związanych z codziennym życiem, poznać bratnią duszę i wykurować emocjonalne rany, jakie zadaje dość nieczułe na problemy osób starszych społeczeństwo. – Wiadomo, jak jest w Polsce: idziesz na emeryturę – przestajesz istnieć. Seniorzy to olbrzymi, niewykorzystany potencjał ludzi, którzy zostali brutalnie rzuceni na pastwę losu. […] Wydaje mi się, że jest parę zmian na lepsze, ale starość ciągle jest w Polsce czymś śmierdzącym, pokracznym i brzydkim – mówiła w rozmowie z Gazetą.pl.

#tolerancja #tolerance #djwika #foreveryoung

A post shared by Omenaa Foundation (@omenaafoundation) on

DJ Wika doskonale zarządza emocjami wirujących na parkiecie osób, ale równie dobrze potrafi zarządzać swoimi uczuciami. Już dwa tygodnie po śmierci męża prowadziła imprezę. – Dzisiaj to muzyka zastępuje mi miłość. Przemijanie to także umiejętność rekompensowania sobie braku kochanej osoby – tłumaczy. Podkreśla jednak, że starsze osoby mają o wiele większe aspiracje niż opłakiwanie zmarłych i zajmowanie się wnukami, jak często wydaje się młodym. Nie bądźmy ofiarami kultu młodości, bo w końcu przemijanie, którego tak się obawiamy, dotyczy i jej. To wszak atrybut życia, a nie starości.

Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
Obserwuje, słucha, czyta i podróżuje. A potem nie może się powstrzymać, żeby o tym nie napisać. Pytanie, które najczęściej zadaje, brzmi: co o tym myślisz? Interesuje ją wszystko, co niekonwencjonalne i wyprzedzające epokę. Jest żądna wiedzy, ciekawa świata i ludzi.

Od kilkunastu lat pracuje jako dziennikarka. Pisała dla takich tytułów, jak „Trendy Art of Living” czy „Dziennik. Gazeta Prawna”.

Uwielbia Włochy i mistykę. Z wielką determinacją próbuje nauczyć się włoskiego. Nie lubi zimna, tłumu i hałasu. Jest uzależniona od kina, więc wolny czas najchętniej spędza w ciemnej sali kinowej. Często jeździ na rowerze i ćwiczy jogę. Do siebie i życia podchodzi z dystansem. Czasami chciałaby być niewidzialna.
AUTOR

Komentarze

Dodaj komentarz