Co w ogóle harcerze robili sami w lesie, czyli komentatorzy zawsze wiedzą wszystko lepiej

Besserwieserzy - to do was!
6 minut czytania
40134
21
Dominika Węcławek
Dominika Węcławek
17 sierpnia 2017
fot. Elzbieta Sekowska/Shutterstock.com

Mój felieton to reakcja na falę absurdalnych, głupich i często krzywdzących komentarzy. Na marginesie tego maratonu odbywa się coś jeszcze − przedziwna umysłowa wolta, która każe ludziom wiecznie narzekającym na “bezstresowe wychowanie” i pierdołowate dzieci oburzać się, że obóz harcerski był w lesie i nikt nie korzystał z apek na smartfonach…

Zdarzyła się straszna rzecz, zginęły dzieci. W obliczu tego tragicznego zdarzenia niezmiernie irytuje mnie nie tylko brak poszanowania dla rodzin i bliskich, ale też zgrywanie besserwieserów. Nie zamierzam jednak rozwodzić się nad naszym najlepszym sportem narodowym − pięciobojem eksperckim obejmującym zarówno gdybanie, analizę bezposzlakową, doskonałą metodę opiniującą “nie-znam-się-to-się-wypowiem”, jak też miażdżącą krytykę przez poniżenie i nacieranie się swoim ego.

A za naszych czasów…

Zanim zechcecie ruszyć z ułańską szarżą komentarzy o tym jaki jest ZHR, a jakie jest ZHP, kto zawinił i dlaczego, chcę zaznaczyć, że to nie jest tekst o tym. Zginęły dzieci, jest mi z tego powodu szalenie przykro. Tym bardziej, że mój własny syn działa w harcerstwie i środowisko to jest mi bliskie.

Grupa harcerzy w latach pięćdziesiątych na obozowisku w lesie (fot. Elżbieta Sekowska/Shutterstock.com)

Po drugie − nie byłam w tym konkretnym obozie, nie znam tej drużyny, nie wiem nic na temat zasad związanych z organizacją tego konkretnego obozu, zabezpieczeniem i planem ewakuacji, więc nie zamierzam tutaj stawiać śmiałych tez odnośnie tego, co powinni, a czego nie powinni zrobić opiekunowie.

Tym razem chcę zwrócić waszą uwagę na pewien paradoks. Od lat sieć kipi od dość nośnych, choć mocno stronniczych tekstów “NIKT NIE NARZEKAŁ”. “Za naszych czasów”, która to epoka zakłada jakąś mityczną przeszłość rodem z raju utraconego, na polskich podwórkach nie było pierdołowatych ciamajd i fajtłapowatych niezguł. W ogóle nikt nie miał ADHD, nie było autyzmu i dysleksji.

Dzieci zwisały z trzepaków głowami w dół, zdzierały kolana wywalając się podczas rowerowych wyścigów na żwirowych drogach, pływały w gliniankach i ganiały z kluczem na szyi na drugi koniec miasta bez opieki dorosłych.

Nikt nie narzekał − brzmi sakramentalnie stwierdzenie powtarzane w tych, często wręcz groteskowych, epopejach z dawnych czasów.

„Nikt nie narzekał”

Te bezstresowo wychowane ciamajdy

A dziś? Wystarczy wpisać w pole wyszukiwania Google’a hasło “wychowujemy ciamajdy”. Algorytmy zaraz dopasują liczne artykuły, wpisy na blogach czy “demotywatory” powielające opis przyssanego do smartfona życiowego nieudacznika, który nie potrafi zasznurować sobie butów, przepisu na chleb z masłem nawet nie umie znaleźć w internetach, bo zapewne wykorzystuje technologię wyłącznie do grania w gry (oczywiście krwawe i pełne przemocy, bo jak wiadomo, wszystkie gry komputerowe są właśnie takie), a na myśl o przejażdżce autobusem dostaje spazmów przerażenia i wczepia się nieskalanymi pracą palcami w obudowę konsoli wrzeszcząc “tam nie ma klimatyzacji i pasów bezpieczeństwa!”.

Jeśli ktoś mówi o współczesnych dzieciach, sarka z jednej strony na bezstresowe wychowanie, a z drugiej na chowanie pod kloszem, wszechobecny kult zajęć dodatkowych i dominację technologii w życiu. Utyskiwaniom na nieudolność i brak sprawności z zakresu fizyczno-praktycznego nie ma końca. Ta dzisiejsza młodzież ani omletu nie usmaży, ani guzika nie przyszyje, ani nie wespnie się na drzewo. Nic, tylko te smartfony i konsole. Zapewne znacie ten ton wypowiedzi.

Tymczasem pod artykułami opisującymi krótko, acz dramatycznie tragiczne skutki nawałnicy jaka przeszła przez las, w którym rozbito obóz harcerski pojawia się milion komentarzy o tym, że dlaczego nie sprawdzali na smartfonach, jest przecież mnóstwo aplikacji pogodowych. Co było nie tak z tymi harcerzami, dlaczego rozbili obóz w lesie, a nie z dala od lasu? Dlaczego dzieci musiały spać pod namiotami? Dlaczego ten obóz był tak daleko od najbliższych zabudowań? W ogóle kto pozwolił dzieciom zajmować się dziećmi?

Dlaczego harcerze rozbili obóz w lesie? (fot. Elżbieta Sekowska/Shutterstock.com)

“Pojechałam zobaczyć obóz, w którym miały brać udział moje dzieci, drużynowa nie miała nawet dziewiętnastu lat. Kto to widział?”.

Rodzice narzekający na to, że dzieci chodzą brudne, jedzą niedomytymi sztućcami, prysznicują się zimną wodą, śpią na własnoręcznie wyplatanych materacach, jedzą tylko to, co ugotuje warta kuchenna i jeszcze muszą to wszystko potem sami posprzątać. Skandal goni skandal. Dostrzegacie paranoję?

Do czego służy siekiera, do czego służy harcerstwo

Mój młody miał w tym roku szansę uczestniczyć w normalnym obozie harcerskim. Najpierw starsi i bardziej doświadczeni harcerze pojechali na kwaterkę. Wyznaczali teren pod podobozy, kuchnię, stołówkę, prysznice. Kopali latryny. Potem przyjechała reszta harcerzy i (o zgrozo!) harcerek. Na pionierkę. Szli od stacji kolejowej 5 kilometrów. Do najbliższych zabudowań było trochę mniej. Las był gęsty.

Dzieci pod okiem zastępowych w wieku nieletnim, same rozbijały namioty, zbijały sobie łóżka, wyplatały materace. W lesie, bo tam jest miejsce obozu harcerskiego. Dodam, że takich miejsc wyznaczonych na obozowiska dla harcerzy jest w Polsce kilka. To nie harcerze sobie decydują, że heja ho, tu rzucamy szpej i będziemy siedzieć przez miesiąc. Wszystko odbywa się pod okiem i za zgodą leśniczych. Sanepid też wpada i kontroluje, czy wszystko jest OK, czy latryny wykopano odpowiednio daleko od obozowiska, czy są zasypywane wapnem.

Czy dziś pamiętamy jeszcze, do czego służy harcerstwo? (fot. Elżbieta Sekowska/Shutterstock.com)

Harcerstwo ma się dobrze. Na obozie harcerskim nie ma toi toiów ani zakazu używania siekiery. Harcerstwo jest po to, by dzieciaki nabrały trochę krzepy, nauczyły się odpowiedzialności, miały kontakt z przyrodą, umiały się ogarnąć.

Harcerstwo oczywiście nie jest po to, by umierać w wieku 13 lat przygniecionym przez drzewo. Mam jednak nadzieję, że po tej nagonce “ekspertów” zwanych szumnie opinią publiczną, zmienią się jedynie zasady bezpieczeństwa związane z ewakuacją i sposobem reagowania na sytuacje kryzysowe. Nie chcę, żeby wylano dziecko z kąpielą, bo harcerstwo nie może polegać na tym, że wszyscy siedzą w murowanym ośrodku ze smartfonami w łapach.

Czuwaj.

Dominika Węcławek
Dominika Węcławek

Matka dzieciom, wiedźma z kotem. Miłośniczka ruin i jedzenia z puszki. Typowy filozof. W wolnych chwilach również autorka książek science fiction.


AUTOR

Komentarze