Dzieci nie są nic winne rodzicom. Nawet szklanki wody nie muszą im podawać

Relacja rodzic dziecko to nie transakcja
7 minut czytania
65871
70
Olga Siemoniak
Olga Siemoniak
4 sierpnia 2017

W Polsce oddanie rodzica do domu spokojnej starości często budzi zarzuty o egoizm. Bo przecież matka ci tyłek wycierała i nie narzekała, a jak historia zatoczyła koło i ty musisz kobietę, która na świat cię wydała, oporządzić, to uciekasz jak jakiś drań. A ona własną piersią cię wykarmiła, gdyby nie ona, nie byłoby cię na świecie, niewdzięczny nikczemniku!

Nawet jeśli wersja powyżej jest trochę przesadzona, to i tak chyba wszyscy jesteśmy zgodni w jednym. W Polsce istnieje oczekiwanie, że na stare lata zajmiemy się rodzicami, bo oni nas urodzili, wychowali, więc nadszedł czas na spłacenie długu. Tymczasem nieśmiało przypominam, że oni nas urodzili, bo chcieli mieć dzieci. Kropka.

Nie odpowiedzieli na nasze rozpaczliwe wołanie o życie, nie wybrali sobie nas, konkretnych nas, na swoje dzieci, a nawet jeśli tak, bo zdecydowali się na adopcję, to nie zawiązali z nami transakcji pod tytułem: ja ci dam dom, a ty się mną kiedyś zajmiesz. Chcieli mieć rodzinę i tyle. Potem, jak już się na nią zdecydowali i nie są nadmiernie patologiczni, to muszą tej rodzinie, a więc dzieciom swoim, zapewnić sensowne warunki. Minimum to utrzymanie takie, że jest gdzie spać i co zjeść, a dzieci są wyposażone w poczucie bezpieczeństwa i chodzą do szkoły.

Jak już szkołę kończą i pójdą do pracy, to ja jestem gorącą orędowniczką tego, żeby rodzice zaczęli odkładać pieniądze na szczęśliwą i radosną starość. Na pielęgniarkę, na podróż dookoła świata, hajsy na kasyno w Las Vegas i morze przyjemności.

W normalnym świecie ludzie mają dzieci dlatego, że chcą mieć rodzinę, nie dlatego, że potrzebna im będzie pielęgniarka na starość

Rozwód z dzieckiem

Kiedyś słyszałam, że amerykańscy rodzice, jak wysyłają swoje dzieci na studia, to robią imprezę. Huczną. Nie płaczą, nie rozpaczają, tylko świętują, bo ich dzieci wyprowadzają się z domu. I ja to totalnie rozumiem.

Jest bowiem taki moment, że drogi rodziców i dzieci powinny się rozejść całkowicie. W idealnej sytuacji na dwie drogi, biegnące radośnie obok siebie, w mniej idealnej – na dwie całkowicie oddalone. Na pewno jednak musi zmienić się relacja rodzic-dziecko na taką, w której nikt nie ma oczekiwań. Dzieci nie oczekują, że mama pomoże, wyprawi wesele, kupi mieszkanie, zajmie się wnukami, zabierze je na wakacje, a na komunię przyniesie komputer. Z kolei mama nie oczekuje, że dzieci się nią zajmą, że jak choroba zwali z nóg, to wszyscy przybiegną, pomogą i zatroszczą się. Tak oczywiście może się zdarzyć, ale branie tego za pewnik jest wielkim egoizmem.

Najczęściej brak pomocy ze strony dzieci frustruje osoby, które dawały z siebie wszystko, które pomagały wychować wnuki, które były na każde zawołanie, które cały majątek przepisały dzieciom. Ja się tej frustracji nie dziwię, ale mam przepis, by do niej nie doszło. Dawajmy tyle, ile chcemy dawać, nie poświęcajmy się w imię miłości do dzieci. Jeżeli padamy na pysk po całodziennej opiece nad trójką krnąbrnych wnuków, to nie zajmujmy się nimi. Jeżeli chcemy jechać na wakacje, ale wnukom trzeba wyprawkę szkolną kupić, to jednak wybierzmy plażę i morze. I odkładajmy pieniądze na stare lata zamiast pomagać dorosłym już bachorom.

Warto rozmawiać

Dając tyle ile chcemy dać, nie będziemy mieć nadmiernych oczekiwań, a to jest kluczowe. I na koniec – rozmawiajmy. Szczerze i na trudne tematy też. Na przykład spadkowe i te dotyczące opieki. Nie ma nic złego w powiedzeniu dziecku: jest ze mną coraz gorzej, mam trochę oszczędności, mam mieszkanie. Jak masz chęć mi pomóc, a pomoc ta wyglądałaby tak i tak, to ja chętnie przepiszę ci to mieszkanie. Jeżeli nie, biorę opiekunkę albo sprzedaję wszystko i idę do domu spokojnej starości. Taka rozmowa to jest dobre rozwiązanie, dużo lepsze niż liczenie po cichu na pomoc, bo tej finalnie możemy nie dostać. Pamiętajmy, że dzieci nie są nam nic winne, ale nie zapominajmy, że w pewnym momencie i my nic już dla nich nie musimy robić. Możemy, ale nie musimy.

W pewnym momencie i my nic już dla dzieci nie musimy robić. Możemy, ale nie musimy

Do przemyślenia relacji rodzic-dziecko, skłonił mnie komentarz, który pojawił się na profilu IgiMag, a który dotyczył Madame De Bachory i jednego z jej tekstów z bachorem w roli głównej. Brzmiał on tak: „Żenada. Żebyś na starość leżał we własnym gównie”.

I tak sobie pomyślałam, że ci sami ludzie, którzy mają dzieci, którzy podobno poświęcają się w imię miłości, rezygnują z siebie na rzecz wychowywania potomstwa, niejednokrotnie gardzą bezdzietnymi, posądzając ich o egoizm, sami produkują dzieci po to tylko, żeby na stare lata nie leżeć w gównie. To jest dopiero żenada.

Olga Siemoniak
Olga Siemoniak
Rocznik '86, absolwentka polonistyki, zawodowo klepie teksty, prywatnie i od czasu do czasu – męża. Social media sierota, która prowadzi bloga www.znetawziete.pl.
AUTOR

Polecamy

Komentarze