Feministka w krainie hidżabu. Refleksje z podróży do Iranu

Czy nie przeszkadza ci, że musisz nosić chustę?
9 minut czytania
9603
6
Izabela Tomella
Izabela Tomella
19 sierpnia 2017

Podróżując do Iranu starałam się podejść do tamtejszych praw z otwartą głową – może to, co z europejskiej perspektywy wygląda na dyktat i opresję, jest zwyczajnie kulturową odrębnością, czymś, co dla Irańczyków jest normalne, oczywiste i akceptowane? To, co zobaczyłam przekonuje mnie, że nie do końca.

Jestem feministką. Uważam, że każdy, bez względu na płeć, zasługuje na takie same prawa, możliwości i szacunek. Nie bardzo sobie wyobrażam, jak można uważać się za przyzwoitego  człowieka, nie podzielając tego poglądu.

Nigdy nie pojadę do Iranu!

Miałam kilkanaście lat, kiedy przeczytałam książkę Betty  Mahmoody  „Tylko razem z córką” – prawdziwą historię Amerykanki, która wyszła za mąż za Irańczyka –  jak się wydawało zwesternizowanego, akceptującego zachodni styl życia. Wyjeżdżają na wakacje do Teheranu i zaczyna się koszmar – kochający mąż i tata zmienia się w fanatycznego tyrana, którego celem jest uwięzienie rodziny w Iranie, a wspiera go w tym miejscowe prawo, obyczaje i otoczenie.

Nastolatki w Iranie (fot. BalkansCat/Shutterstock.com)

Właśnie wtedy postanowiłam, że nigdy nie pojadę do Iranu. O ile pamiętam, „dzikusy” i „barbarzyńcy” były najłagodniejszymi epitetami, jakie cisnęły mi się na usta w odniesieniu do mieszkańców tego kraju jeszcze długo po przeczytaniu książki. Tak, wiem, to nie jest najbardziej dojrzała reakcja, ale po prostu nie zamierzałam w żaden sposób wspierać opresyjnej religijnej dyktatury.

Kilka lat temu klimat wokół Iranu zaczął się zmieniać. Coraz więcej osób wybierało go na cel podróży, a w ich relacjach przeważał czysty zachwyt – piękny kraj, wspaniała architektura i cudowni ludzie – otwarci, gościnni i życzliwi.  Zaczęłam się zastanawiać, czy moja opinia, bazująca na medialnych doniesieniach i nastoletniej  lekturze, jest na pewno rzetelna. Iran na pewno jest dzisiaj innym miejscem, niż był w latach 80. i może czas przekonać się o tym samej? Zwłaszcza, że dzięki tanim liniom to już nie jest wyprawa na koniec świata. Kupiłam bilety i zaczęłam się pakować.

Na siku idź kompletnie ubrana

Prognozy na czerwiec wskazywały, że w Iranie będzie około 40 stopni i pełna lampa, a zgodny z prawem strój kobiecy w Iranie zakłada długi rękaw, długie nogawki i chustę zasłaniającą włosy i szyję.  Bluzka czy tunika musi okrywać biodra, a całość ma być „skromna”. W internecie można znaleźć  sprzeczne informację na temat legalności sandałów na bosych stopach. W desperacji założyłam, że najwyżej będę zakładała do nich skarpety – po szybkim przeglądzie szafy wiedziałam, że nic nie jest w stanie pogorszyć mojego wizerunku. I tak będę wyglądała jak na tanim balu kostiumowym.

Wszystkie moje ciuchy były nieodpowiednie – jeśli coś ma długi rękaw, to albo nie zakrywa tyłka, albo jest przejrzyste. No chyba, że to sweter. Albo płaszcz. Jak się później okazało, dokładnie taki, jakie zakładają niektóre postępowe Iranki. Taki zestaw należy mieć na sobie przez cały czas – jeśli zatrzymujesz się w hostelu, gdzie łazienka jest na korytarzu, to kiedy wstajesz w nocy na siku, musisz się kompletnie ubrać – zdarza się, że obsługa przymyka czasem oko na brak chusty, ale koszulki z krótkim rękawem raczej nie przejdą.

Może dla Irańczyków to wszystko jest oczywiste i akceptowalne?

Starałam się podejść to tego z otwartą głową –  może to, co z europejskiej perspektywy wygląda na dyktat i opresję, jest zwyczajnie kulturową odrębnością, czymś, co dla Irańczyków jest normalne, oczywiste i akceptowane? W końcu w naszym europejskim dress codzie też mamy różnicę między tym, co mogą „pokazać” kobiety, a co mężczyźni. Na plażach na przykład kobiety w większości zasłaniają piersi, a mężczyźni paradują w samych gatkach. Na ulicach (pozdrawiam kurorty!) mężczyzna z gołą klatką piersiową zostanie uznany co najwyżej za buraka bez ogłady, kobieta w takim stroju miała by zapewne większe kłopoty.

Kobiety jak „cenne perły”

Ta teoria zaczęła się kruszyć już w chwili, kiedy samolot zaczął podchodzić do lądowania w Teheranie. Moje irańskie współpasażerki, które jeszcze przed momentem wyglądały tak, jak większość europejskich turystek w podróży, zaczęły zakładać chusty i tuniki z długim rękawem. Więc chyba jednak stanowisko, że kobieta powinna zasłaniać ciało i włosy, nie jest tak powszechnie akceptowane przez Irańczyków, skoro przestaje działać tuż po przekroczeniu granicy?

W tym, że coś jest na rzeczy, utwierdza nachalna propaganda w przestrzeni publicznej. Przy meczetach, na ogrodzeniach parków wiszą plakaty, na których brodaci przywódcy religijni przekonują, że nakaz noszenia hidżabu to żadna krzywda, wręcz przeciwnie, służy wyłącznie ochronie kobiet, które są „jak cenne perły”. Jeśli nie wszystkie kobiety przekonuje ta argumentacja i na przykład wolałyby, aby zamiast dyktować im, co mają zakładać, państwo skupiło się na uczeniu mężczyzn, że „perły” są cenne, bez względu na to, co mają na sobie i odpowiednim karaniu agresorów, zamiast przerzucania odpowiedzialności na ofiary, to z pewnością dlatego, że uległy zgubnej indoktrynacji. Są więc też plakaty, na których deprawatorzy (a wśród nich Facebook i Disney!) zdejmują chustę z głowy irańskiej dziewczynki.

Deprawatorzy z innego świata (fot. Izabela Tomella)

Jeśli władze wyznaniowego państwa, dysponujące aparatem przymusu i mediami, po prawie 40 latach od objęcia władzy, wciąż wkładają tyle energii w przekonywanie obywateli do swoich racji, to może jednak mają świadomość, że duża część społeczeństwa tych racji nie podziela?

Przymus noszenia chusty? To nieislamskie!

Na przykład ci, którzy pamiętają czasy sprzed rewolucji i często uważają, że nie były wcale takie złe – zwłaszcza w porównaniu do obecnych. Na zdjęciach z tamtego okresu widać eleganckie kobiety w krótkich sukienkach i mężczyzn w europejskich strojach i wielu Irańczyków nie uważa, żeby było w tym coś złego.

W dużych miastach, zwłaszcza w Teheranie, wiele kobiet zakłada chustę tak symbolicznie, jak się da – narzucają ją luźno na czubek głowy, a spod hidżabu na plecy spływa fala ciężkich, lśniących włosów. Na legendarnych teherańskich domówkach nie ma śladów po religijnych restrykcjach – gdy tylko zamkną się drzwi, jak na wszystkich tego typu imprezach na całym świecie, dziewczyny prezentują wydekoltowane sukienki, płynie alkohol i gra zachodnia muzyka.

Wiele kobiet zakłada chustę tak symbolicznie, jak się da – inne okrywają się całe

Także niektórzy bardziej religijni muzułmanie nie popierają polityki rządu w tym zakresie. W meczecie w Shiraz zaczepiają mnie dziewczyny, które przyszły się tam pouczyć do egzaminu – bo jest chłodniej i mają spokój, śmieją się. Pytają, jak mi się podoba w Iranie i czy nie przeszkadza mi, że muszę nosić chustę. Trochę przeszkadza, odpowiadam zgodnie z prawdą – nie jestem do niej przyzwyczajona i czasem jest mi niewygodnie. Kiwają głowami, a ta, która najlepiej mówi po angielsku, odpowiada  – „Słuchaj, jest nam bardzo przykro, że jako gość w naszym kraju, jesteś do tego zmuszana. Jesteśmy wierzącymi muzułmankami i chcemy nosić hidżab, bo uważamy, że to słuszne, ale nikt nie ma prawa tego nikomu narzucać. To nieislamskie! To prawo nie jest dobre”.

Ile stopni jest pod czadorem?

Na razie jednak obowiązuje, chociaż sprzeciw rośnie. Na Faceboku (zakazanym przez irańskie władze) działa grupa My stealthy freedom. Zebrane w niej kobiety  protestują przeciwko narzucaniu kobietom tego, jak mają się ubierać. Noszenie hidżabu (chusty), twierdzą, powinno być wolnym wyborem, a nie przymusem. Na znak protestu organizują „białe środy” – należące do grupy kobiety na znak sprzeciwu zakładają białe chusty. Grupę wspiera także wielu mężczyzn – na przykład taksówkarz, z którym jedziemy przez kilka godzin do Isfahanu. Kiedy w pewnej chwili orientuję się, że spadła mi chusta i w stresie próbuję ją znaleźć, stanowczo oznajmia, że w jego samochodzie, to on jest gospodarzem i mogę się tam czuć całkowicie swobodnie – z chustą czy bez.

Póki co, na irańskich ulicach można zauważyć dwa trendy w kobiecym stroju. Pierwszy z nich to czador – rodzaj czarnej peleryny zarzucanej na głowę i okrywającej całe ciało. Czasami założenie czadoru to własny wybór kobiety, czasami , zwłaszcza na prowincji, presja rodziny i sąsiadów. Pod czadorem – spodnie, sięgająca pod samą szyję bluzka z długimi rękawami, pełne buty, skarpetki, a na głowie oczywiście chusta.

Kobiety to cenne perły (fot. Izabela Tomella)

Większość czadorów jest uszyta z tanich, sztucznych materiałów – nie chcę wiedzieć, ile stopni jest pod takim czarnym namiotem, kiedy na zewnątrz jest plus 40. Ale nawet kobiety wybierające czador, próbują jakoś podkreślić swoją indywidualność. Sprzedawcy na bazarach podsuwają klientkom katalogi z najnowszymi modelami, które różnią się od siebie głównie wykończeniem rękawów – może być koronka, dyskretny wzór z dżetów albo laserowe wycięcie.

Zamknięte w pułapce

Drugi trend to wyciskanie maksimum z tego, na co pozwala prawo – i w tym Iranki są naprawdę dobre. W zwiewnych tunikach, albo dopasowanych płaszczach, chustach stylowo zarzuconych na starannie ułożone fryzury i nienagannym makijażu wyglądają tak szykownie i atrakcyjnie, że trudno oderwać od nich wzrok.

Można by pomyśleć, ze nakaz zakrywania ciała ma przynajmniej tę zaletę, że uwalnia kobiety od presji wyglądania jak wyfotoszopowane modelki z magazynów. Nic bardziej mylnego – obie powyższe grupy łączy dumnie obnoszony plaster na nosie – znak przebytej niedawno operacji plastycznej. Orle perskie nosy są wielkim kompleksem Iranek, a twarz, jedyna część ciała, jaką można prezentować publicznie, powinna wyglądać  idealnie. W tym przypadku – możliwie mało arabsko, a bardziej europejsko.

Modne muzułmanki w Shiraz (fot. FuGazi images/Shutterstock.com)

Co o Iranie myślę teraz? Trudno formułować jakieś eksperckie tezy po kilkunastodniowym pobycie, ale wielokrotnie miałam wrażenie, że spora część społeczeństwa czuje się jak zamknięta w pułapce. Islamska rewolucja nie rozwiązała problemów, które ją wywołały, za to z dnia na dzień zmieniła życie tysięcy ludzi, odbierając im wolność, nawet w tak podstawowym zakresie, jak wybór stroju.

Nastoletni radykalizm został już dawno poza mną i  znacznie oszczędniej szafuję określeniami typu „barbarzyńcy” czy „dzikusy”, więc z pewnością nie użyłabym już ich dzisiaj w stosunku do żadnej nacji – ale do części irańskiego prawodawstwa, jak najbardziej.

To, o czym nie mogę przestać myśleć, to refleksja, że wcale nie jesteśmy od Iranu tak daleko, jak wygodnie byłoby uważać. Że jakaś rewolucja, wymyślona przez tych, którzy uważają, ze wiedzą lepiej, jak urządzić innym życie, przestała być w naszym zachodnim świecie wyłącznie literackim ćwiczeniem z wyobraźni. I od świata, w którym Podręczne muszą nosić czerwone suknie albo Moralna Policja bije na ulicach kobiety, którym włosy wysunęły się spod chusty dzieli nas… właściwie co?

Izabela Tomella
Izabela Tomella
Kiedyś chciała być bibliotekarką, bo wyobrażała sobie, że dzięki temu cały dzień będzie mogła czytać książki. Ostatecznie książki czyta na własnej kanapie, na lotniskach, dworcach i w autobusach, albo –
najprzyjemniej w hamaku, na jakiejś odludnej plaży. Do bibliotek i księgarń ma jednak ciągle słabość.
Jedzenie jest jej pasją i wpada w entuzjazm, kiedy trafi w miejsce, które karmi dobrze i z zaangażowaniem, w przeciwnym wypadku jest jej bardzo smutno. Skończyła filologię polską, współpracowała z radiem i telewizją. Razem z mężem prowadzi podróżniczego bloga „Państwo na Walizkach”. Obydwoje właśnie porzucili wygodne życie, aby wyruszyć w świat, z biletem w jedną stronę.
AUTOR

Komentarze