Kalina Jędrusik, kobieta z sercem i seksem

Historia "gorszycielki"
11 minut czytania
545
0
Kasia Nowakowska
Kasia Nowakowska
9 sierpnia 2017

Dwa dni temu minęło 26 lat od jej śmierci, ale Kalina pozostaje jedną z najbardziej fascynujących, inspirujących, a zarazem tragicznych polskich gwiazd.

Anegdoty na jej temat utrwalają obraz osoby ekscentrycznej, stale pogrążonej w romansach i kapryśnej. W latach 60., u szczytu sławy i popularności, bywała publicznie opluwana za „niemoralne prowadzenie się” przez ludzi, którzy nie odróżniali ekranowego wizerunku od rzeczywistości.

Kalina Jędrusik zmarła 7 sierpnia 1991 roku w swoim domu na warszawskim Żoliborzu, przy ulicy Kochowskiego. Podobno do zatrzymania krążenia doszło w wyniku gwałtownego ataku astmy, której nie leczyła. Aktorka była uczulona na sierść zwierząt, mimo to trzymała w domu psy i koty, które rozpieszczała i zdaniem wielu przedkładała ich towarzystwo nad towarzystwo ludzi. Aleksandra Wierzbicka, gosposia i opiekunka Kaliny w jej ostatnich samotnych latach, zanotowała jej ostatnie słowa: „Co z tym pogotowiem?”.

Symbol seksu i wyuzdania

W jednym ze swoich ostatnich wywiadów prasowych mówiła z goryczą: „Byłam symbolem seksu i wyuzdania? Tak mówią, ale na czym opierały się te ustawiczne do mnie i pretensje, i zachwyty, całkowite potępianie w czambuł i znowu wynoszenie pod niebiosa? Dzisiaj widzę, że to jakaś bzdura (…) Mówią, że byłam wydekoltowana, rozebrana, półnaga, a właśnie, że nie. (…) Przeważnie byłam ubrana w małą czarną lub długą czarną, takie proste, wysoko pod szyję dopasowane sukienki. Jeden pan mi powiedział: – A to jeszcze gorzej, bo jest pani ubrana od stóp do głów, a tak panią odbierają, jakby pani była nago”.

W 1978 roku po śmierci męża, Stanisława Dygata, Kalina zamknęła się w sobie. Przez 20 lat tworzyli związek trwały, a zarazem barwny i będący stałym źródłem plotek − ich podłożem było przyzwolenie małżonków na wzajemne zdrady.

Do grona „oficjalnych” kochanków Kaliny zaliczali się m.in. aktorzy Tadeusz Pluciński i Władysław Kowalski oraz muzyk Wojciech Gąssowski. Co szczególnie bulwersowało niektóre osoby z otoczenia aktorki, jej „chłopcy” bywali zazwyczaj w najlepszej komitywie z jej mężem, bywało nawet, że mieszkali wszyscy pod jednym dachem… „Oni ciągle uprawiali coś, co by można nazwać życiem w trójkę, bo Kalina ciągle miała jakiegoś adoratora cudownego. Potem ten adorator zakochiwał się w Stasiu” − wspominała żywot niestandardowego stadła Agnieszka Osiecka.

„Gdyby ona była panienką na poczcie przyklejającą znaczki, to być może nie byłyby jej potrzebne takie fascynacje. Kalina jest wielką aktorką i potrzebne jej są niezwykłe, cudowne momenty. Ona kocha cudowne przeżywanie i proszę nie wtrącać się do naszego małżeństwa” − mówił z kolei sam Dygat.

Dygatowie prowadzili dom otwarty, słynący z hucznych imprez, na których bywała warszawska śmietanka. Ale też dom gościnny, zwłaszcza dla młodych artystów, którzy mogli zawsze liczyć u nich na kąt, ciepły obiad i wsparcie. „Przyjaźniłem się ze Stasiem i Kaliną przez całe lata, prawie się z nimi nie rozstając. Jak już gdzieś napisałem przygarnęli mnie jak psa, dojrzewałem w ich domu jak zielony pomidor na jesiennym parapecie. Jeśli potem zaowocowałem swoimi silesianami, to tyleż ich zasługa, co ziemi, na której się urodziłem” − z wdzięcznością wspominał po latach Kazimierz Kutz.

Grała kobiecość

Okazująca serce ludziom i zwierzętom w potrzebie Kalina miała jednak swoje smutne sekrety. Nie mogła mieć dziecka, co było jej wielkim pragnieniem. Kiedy związała się z Dygatem − wówczas jeszcze żonatym z inną kobietą − zaszła w ciążę. Straciła córeczkę zaraz po porodzie, a lekarze musieli walczyć o jej życie. W wyniku operacji została bezpłodna, co niewątpliwie odcisnęło piętno na jej dalszym życiu − zarówno osobistym, jak i artystycznym. O tym, że miała i straciła dziecko wiedzieli nieliczni, tylko najbliżsi przyjaciele. Dla innych była trzpiotką-idiotką, rozerotyzowaną, zmysłową Kaliną, polską kinową “seksbombą”.

Być może dlatego, że została pozbawiona pewnych atrybutów kobiecości, Kalina tak lubiła tę swoją kobiecość podkreślać. „Czuła, że nie jest w sposób naturalny kobietą i jakby grała tę kobiecość” − twierdziła Agnieszka Osiecka. Nie wszystkim się to “granie” podobało. Wizerunek kobiety pełnej seksu, wręcz gorszycielki, nie przystawał do siermiężnej rzeczywistości lat 60. i obskuranckiej partyjnej moralności. Ponoć naraziła się samej Zofii Gomułkowej, co miało być powodem telewizyjnego embarga. A przecież ta nieustannie wywołująca kontrowersje aktorka w kinie niemal nie grywała głównych ról, nigdy też nie obnażyła więcej niż ramiona i dekolt. Śpiewała „Bo we mnie jest seks”, ale była w tym bardziej liryczna niż wyuzdana − zwłaszcza jeśli mierzyć dzisiejszymi kryteriami.

Do negatywnego obrazu Kaliny z pewnością przyczyniła się oskarżycielska książka jej pasierbicy Magdaleny Dygat-Dudzińskiej. W „Rozstaniach” córka Stanisława Dygata przedstawiła swoją macochę w jak najgorszym świetle.

“Nie miała instynktu opiekuńczego i nie można było zwrócić się do niej o żadną poradę, odwrotnie, starałam się ukrywać wszystkie moje problemy, słabości i niedomagania. Ponieważ wiedziała, że boję się duchów, opowiadała wieczorami o zamordowanych przez ubeków młodych akowcach, pochowanych w piwnicy domu, w którym mieszkaliśmy. Jakby chciała zemścić się na ojcu za to, że zabierał mnie z nimi na wakacje. Bałam się okropnie i nie mogłam zasnąć. Może miała rację, mówiąc, że jestem niedorozwinięta” − pisała.

Być może to, że nie potrafiła nawiązać kontaktu z córką męża z poprzedniego związku było pokłosiem jej osobistej tragedii, za którą − świadomie czy nie − odgrywała się na dziewczynce.

Spadek dla gosposi

Wszystko to jednak ucichło po śmierci Dygata. Kalina wyciszyła się wewnętrznie i nawróciła, choć do końca życia zachowała żywiołową ekspresję, która kazała jej przeklinać także przy księżach, co wspominał Kutz. Zaprzestała jednak hucznych imprez, odcięła się od starych przyjaciół, stopniowo popadła w zapomnienie.

Pamięć o niej jednak nie gaśnie, powstają kolejne spektakle teatralne osnute na jej biografii i wykonywanych przez nią piosenkach. Postać Kaliny żyje, a jej artystyczna spuścizna stanowi źródło inspiracji. Wszystko to, mimo dość obrzydliwych kontrowersji wokół spadku po artystce, który w całości przypadł wspomnianej gosposi, na mocy − jak chcą niektórzy − spreparowanego testamentu.

Faktem jest, że dziedzictwo życia i pracy twórczej Jędrusik nie zostało przez spadkobierczynię zabezpieczone z odpowiednią pieczołowitością. W przylegającej do dawnego domu Kaliny kamienicy przy Kochowskiego działa od kilku lat Fundacja Artystyczna im. Kaliny Jędrusik „Kalinowe Serce”, założona przez reżysera Zbigniewa Dzięgiela i aktora Macieja Zakościelnego. Aleksandra Wierzbicka dała im na przechowanie tylko jeden z portretów artystki. Zdjęcia, zapiski, korespondencja − to wszystko pozostaje niezabezpieczone, a po sprzedaży domu w 2000 roku w antykwariatach i na aukcjach internetowych zaczęły się pojawiać osobiste pamiątki, nawet książeczka zdrowia Kaliny!

Serce dla Kaliny

Kalina należy do osób, do których mam stosunek głęboko osobisty − może dlatego nie mówię o niej “Jędrusik” tylko “Kalina”. Jak o kimś znajomym. Uwielbiam jej głos, podziwiam urodę, wdzięk, talent i poczucie humoru. Żal mi jej samotności, zapomnienia, niespełnionej kariery − bo na pewno mogła więcej, niż osiągnęła.

Tysięczny raz i bez znudzenia mogę oglądać „Lekarstwo na miłość” Jana Batorego (1965) według powieści Joanny Chmielewskiej, gdzie zagrała zakochaną dziewczynę, pechowo wplątaną w kryminalną historię. Zdaniem krytyków to jedna z najlepszych ról Kaliny − liryczna i komediowa zarazem − na pewno jedna z nielicznych pierwszoplanowych w jej dorobku. Choć trudno w to uwierzyć, ta sugestywna aktorka grała głównie tak zwane „znaczące epizody” – jak choćby rola drapieżnej Lucy Zuckerowej w „Ziemi obiecanej” Andrzeja Wajdy (1974). Jak sama mówiła: „Nie chciano mnie, nie umiano wykorzystać mojej urody i zdolności. Wyskubana zostałam ze swoich kolorowych piórek”.

Często myślę o Kalinie, kiedy chodzę żoliborskimi uliczkami, przechodzę koło jej dawnego domu czy idę poplotkować z panią Bożenką, właścicielką zakładu fryzjerskiego, w którym Kalina bywała regularnie do samej śmierci. Albo gdy córeczka znajomych przeprowadzających się na Żoliborz Artystyczny na ulicę imienia Jędrusik mówi, że będą teraz mieszkać w „Krainie Jędrusik”. Zamieszkałabym tam i ja, bo Kalina wrosła mi w serce i zapuściła korzenie. Dobrze mi z nią.

Kasia Nowakowska
Kasia Nowakowska
Od ponad dziesięciu lat "robi w słowie" jako dziennikarka, blogerka, felietonistka. Była redaktor naczelną internetowego serwisu dla kobiet Foch.pl i współzałożycielką BACHORA, humorystycznego magazynu dla sfrustrowanych rodziców. Ma za sobą pracę w prasie papierowej (m.in. Dziennik, Przekrój, Machina), ale bez trudu przeniosła się do internetu i tu czuje się u siebie. Nałogowo ogląda seriale, tłumaczy gry i komiksy, uwielbia przeprowadzać wywiady (i nienawidzi ich potem spisywać). Zwierzę miejskie, matka dzieciom (sztuk dwie) i fanka Davida Bowiego.
Put on your red shoes and dance the blues.
AUTOR

Polecamy

Komentarze