Kompletnie bezużyteczne historie, którymi błyśniesz na imprezie: jedzenie

Nie dla wrażliwych!
13 minut czytania
1257
2
Agata Połajewska
Agata Połajewska
5 sierpnia 2017

Czy wiecie, że istnieją tysiące książek i (pseudo)naukowych opracowań, zawierających miliony pozornie bezużytecznych faktów, plotek i anegdot? Ja się właśnie dowiaduję! W amerykańskich antykwariatach można kupić za bezcen książki, będące kopalnią wiedzy – prawdopodobnie wartej tyle, co zawierające ją kartki, rzadko kosztujące więcej niż jednego dolara.

Co ciekawe, po dłuższych poszukiwaniach można zweryfikować część tych wiadomości i już kilka razy – ku mojemu ogromnemu zdziwieniu – to, co brałam za plotkę, okazywało się prawdą. Co do reszty… Niech prawda nie popsuje nam najlepszych opowieści!

Dziś na tapecie (czy wiecie, że są ludzie, którzy myślą, że chodzi o tapetę, taką na ścianę?) dużo ciekawostek związanych z jedzeniem. Ostrzegam lojalnie – wrażliwi mogą się nieco zirytować.

Amerykańska dieta dla oszczędnych

Choć brzmi to niewiarygodnie, istnieje książka kucharska, która zawiera przepisy na dania z przejechanych zwierząt. Nie kupiłam jej tylko ze względu na zaporową cenę dwustu dolarów, ale miałam okazję ją przejrzeć i klnę się na wszystkie świętości, że nie jest to publikacja humorystyczna. Podobno tradycja spożywania zwierząt zeskrobanych z asfaltu narodziła się w stanie Missouri – jego mieszkańcy rozpoznają ponoć pory roku po tym, co można znaleźć na drogach.

Książka zawiera przepisy na bardzo wyrafinowane dania z dostępnych sezonowo składników: carbonara z jeża, kiszka ze świstaka, potrawka z szopa, klopsy z łosia i wiewiórki, zapiekany gulasz ze skunksa (jprdl), warzywny gulasz z oposa i (bardzo niewinne) burgery z królika.

Muszę przyznać, że właściwie nie dziwię się takiemu podejściu, bo pięć lat podróży po amerykańskich drogach nauczyło mnie tego, że dziką zwierzynę najczęściej widzisz w mało dekoracyjnej postaci. Ku swojemu zdumieniu dowiedziałam się też, że istnieją ludzie, którzy podejmują wyzwanie przyrządzania (zazwyczaj na grillu) znalezionych na poboczu pancerników. Nie byłoby w tym nic szczególnie dziwnego, gdyby nie fakt, że amerykańskie pancerniki to nosiciele dziesiątek chorób, z trądem na czele. Amatorzy takiego mięsa wyznają jednak zasadę „bez ryzyka nie ma zabawy”. Nie mam pojęcia, jak to właściwie skomentować.

W USA łatwo przywyknąć do takich widoków na poboczu. Dopóki nie dowiesz się, że to sposób na oszczędne żywienie

Gdy weźmie się pod uwagę zawartość tej książki kucharskiej, przestają dziwić indiańskie smakołyki. Plemię Chinook do dziś za wyjątkowo wyrafinowany przysmak uważa marynowane przez pięć miesięcy w moczu żołędzie.

Jeszcze coś? Proszę bardzo. W USA przeprowadzono podobno badania konsumenckie, z których jasno wynika, że amatorzy jadalnej bielizny przedkładają smak wiśniowy nad wszystkie inne. Ku zdziwieniu firm produkujących te przysmaki, czekolada plasuje się na ostatnim miejscu – być może w przypadku majtek to po prostu siła skojarzeń…

Dietetyczne dziwactwa dyktatorów

Benito Mussolini cierpiał z powodu poważnych kłopotów z żołądkiem. Lekarz doradził mu zatem przejście na mleczną dietę, która miała uspokoić zbuntowane wnętrzności. Mussolini wstydził się jednak swojej diety, uważając ją za dziecinną i nieprzystającą do powagi faszystowskiego wodza. Dlatego, gdy spotykał się z Adolfem Hitlerem, cały czas udawał, że nie jest głodny, a posiłki spożywał w zaciszu swojej sypialni. Sam Hitler także był niewolnikiem specyficznych diet, cierpiał bowiem na wzdęcia i niestrawność. Od 1931 roku był na leczniczej diecie wegetariańskiej, choć podobno zdarzało mu się zgrzeszyć pod osłoną nocy. Jego kucharz wspominał, że dyktator często pojawiał się nocą w kuchni i prosił o… kiełbasę lub pieczonego gołębia. Najwyraźniej dyktatorskie zapędy szkodzą układowi trawiennemu, co zresztą może tłumaczyć miny kliku znanych polskich polityków uwieczniane na zdjęciach…

Co więcej, Hitler był naprawdę mocno zdesperowany jeśli chodzi o leczenie wzdęć i podrażnionego żołądka. Uwierzył kiedyś pewnemu znachorowi, że doskonałym lekarstwem na bolesne przypadłości jest olej służący do czyszczenia karabinów. Podobno kazał go sobie sprowadzać z koszar i wypijał szklankę napoju dziennie.

Spotkania dyktatorów bywały skomplikowane – jak ich diety (fot. withGod/Shutterstock.com)

Interesująca jest także dieta ugandyjskiego dyktatora. Idi Amin (1925-2003) rządził Ugandą w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku, a jako smakosz zasłynął z… kanibalizmu. Pomińmy milczeniem jego skomplikowany jadłospis, na starość zdecydowanie zmienił bowiem dietę – cierpiał na zatrzymywanie wody i obwiniał za to zbyt słone ludzkie mięso… Uzależnił się wtedy od palestyńskich pomarańczy, a nawet zyskał przydomek (Dr. Jaffa) pochodzący od ich nazwy.

Chiński cesarz Shi Hu (295–349) słynął z dość osobliwego menu, serwowanego na przyjęciach dla ważnych gości. Daniem głównym była zazwyczaj jedna z jego konkubin – przed oficjalnym przyjęciem odcinano jej głowę, a na kolację podawano jej upieczony tors. Oskarżony kiedyś żartem o to, że serwuje swoje najbrzydsze kochanki, wprowadził zwyczaj noszenia wokół stołu odciętej głowy konkubiny na dowód, że nie pożałował gościom jednej z najpiękniejszych kobiet ze swojego dworu.

Narodowe przysmaki

Szwajcaria słynie z czekoladek i serów, ale wśród narodowych przysmaków znajdują się także mocno dyskusyjne przekąski. Choć mamy XXI wiek i nawet azjatyckie kraje się cywilizują, w Szwajcarii nadal można bez problemu zjeść psie lub kocie mięso. Co prawda handel nim jest zabroniony, ale jeśli posiadacz zwierzaka ma ochotę na urozmaicenie jadłospisu, może swobodnie skonsumować swoje domowe zwierzątko. Organizacje broniące praw zwierząt od lat aktywnie działają w kwestii zmiany prawa, ale jak na razie udało się jedynie osiągnąć zakaz handlu psim i kocim mięsem oraz wstrzymanie działalności restauracji serwujących dania bazujące na tym składniku.

W krajach Ameryki Południowej nadal serwuje się pieczone i grillowane świnki morskie. Są uznawane za tak wyrafinowany przysmak, że Stany Zjednoczone Ameryki nadal nie wprowadziły zakazu importowania mrożonego mięsa sympatycznych zwierzaków. Peruwiańskie firmy zarabiają na eksporcie świnek do USA kilkaset tysięcy dolarów rocznie. Mięso świnek morskich jest też narodowym przysmakiem w Ekwadorze. Co jeszcze ciekawsze – organizacje broniące praw zwierząt uważają, że spożywanie świnek morskich, w Peru uznawanych za szkodniki, jest lepsze niż konsumpcja wołowiny, która pochodzi z krów specjalnie hodowanych na rzeź. Ot, priorytety.

Świnki morskie serwowane są w wielu restauracjach Ameryki Południowej

Jeszcze kilka kulinarnych cudów? Jeśli kiedykolwiek pojedziecie do Belize, poważnie rozważcie zjedzenie tradycyjnej potrawy o nazwie Cena Molida. Zawiera bowiem pieczone i roztarte na miazgę karaluchy. Filipiny słyną z kolei z kiełbasek zrobionych ze szczurzego mięsa. Mężczyźni podróżujący po Chinach mogą też zostać zapytani, czy nie przyprawić im zamówionych potraw wysuszonym penisem jelenia – to doskonały środek na potencję (i odpowiednio kosztowny).

Religijne podejście do diety

Katarzy, przedstawiciele religijnego ruchu działającego w XI-XIII wieku w południowej Francji i północnych Włoszech, byli znani ze swojego specyficznego podejścia do ludzkiego ciała – wierzyli, że stworzył je szatan lub zły demiurg. Wierzyli także, że nawet seks małżeński jest nieczysty i zły, owocuje bowiem wydawaniem na świat potomstwa, a dziecko, jako fragment świata materialnego było dla nich z gruntu złe. Swoje podejście do seksualności przełożyli także na dietę – nie spożywali zwierząt, te bowiem rozmnażają się płciowo, co oznacza, że są nieczyste. Nie przeszkadzało im to w konsumpcji ryb – wiedza na temat ich rozmnażania była wtedy dość nikła. Czy z powodu swojej ignorancji poszli do piekła?

W Indiach, gdzie krowa to święte zwierzę, można kupić krowi mocz, który uznawany jest za doskonałe lekarstwo na wiele schorzeń oraz najlepszy afrodyzjak. Reklamuje się go przede wszystkim jako lekarstwo na raka, remedium na HIV oraz… jako najlepszy płyn po goleniu. By łatwiej było spożyć krowi mocz, jest on podstawą koktajlu, składającego się ze świętego składnika, miąższu aloesu oraz agrestu.

Święte zwierzę, święty mocz (fot. Eagle9/Shutterstock.com)

Napoje, których nie zechcesz tknąć

Niektórzy mają spory problem z wypiciem mezcalu, tradycyjnej meksykańskiej wódki z robakiem, o zjedzeniu samego robaka nie wspominając. Okazuje się, że naprawdę nie jest to jeszcze hardcorowa pozycja na liście światowych alkoholi. Nawet Kopi Luwak, kawa wydobywana z odchodów sympatycznych zwierzątek, nie daje rady w tej konkurencji.

Ludzka wkładka nie przeszkodziła załodze statku, która transportowała zwłoki słynnego admirała Nelsona. Gdy admirał umarł podczas rejsu, jego zwłoki zakonserwowano w brandy, by bez problemu dowieźć je do Wielkiej Brytanii. Marynarze mają jednak swoje priorytety – skrzynia z wielkim morskim strategiem dotarła na miejsce pełna admirała, osuszona jednak ze smacznego trunku.

Peruwiańskie plemię Cocoma także słynęło z dość intrygującego podejścia do zwłok swoich bliskich. Gdy zakopane ciało uległo rozkładowi, wygrzebywano kości, mielono je i dodawano do lokalnego piwa. Peruwiańczycy wierzyli bowiem, że lepiej w pełni zakończyć żywot w „ciepłym ciele przyjaciela niż zimnej ziemi”.

Do dziś można kupić i wypić chińskie ryżowe wino, którego składnikami są trzy penisy – psa, jelenia i foki. Wśród smakoszy popularne jest ze względu na oryginalny smak, wśród mężczyzn z problemami ze względu na swoje dodatkowe walory – wino ma podnosić sprawność seksualną i przedłużać erekcję. Myli się ten, kto sądzi, że trzeba poszukiwać go w mrocznych zaułkach chińskich miast – jest także dostępne (za straszliwe pieniądze) w jednym ze znanych klubów w Chicago, The Violet Hour. Podawane jest w drinku, składającym się (poza najważniejszym składnikiem) z syropu cukrowego, soku z limonki, mezcalu i aperolu. Na zdrowie!

Chińskie wino na bazie trzech penisów kupisz bez problemu

Chińczycy są także fanami innej wersji ryżowego wina. Najważniejszym składnikiem są ślepe jeszcze myszki, które przez kilkanaście dni marynuje się w tym alkoholu. Po kilku dniach odławia się truchełka i sprzedaje jako wyrafinowany przysmak, a wino przelewa się z kadzi do butelek.

Płynne złoto, czyli dobrodziejstwo prosto z nerek

O zaletach picia moczu można przeczytać całe opracowania. Ponieważ ludzie są z natury głupi, często kuszą się na terapię moczem, choć naukowcy załamują ręce. Trudno jednak dyskutować z teorią o dobroczynnym wpływie uryny na zdrowie, skoro nawet Hipokrates uważał ją podobno za cudowny środek wspomagający układ odpornościowy.

Picie moczu było też oficjalnie zalecane przez indyjskiego premiera w latach siedemdziesiątych XX wieku. Morajri Desai w swoim wystąpieniu dla amerykańskiej stacji telewizyjnej wyjawił, że w ubogim społeczeństwie picie uryny jest najlepszym środkiem dla zachowania zdrowia i uniknięcia konieczności leczenia popularnych schorzeń. Premier znany był z tego, że wypija pół litra moczu dziennie. Ponieważ dożył 99 lat, wielu zaufało jego teorii.

Do fanów spożywania moczu należała także słynna aktorka Sarah Bernard, która przez ponad trzydzieści lat wypijała co najmniej szklankę własnego moczu dziennie. Ponadto twierdziła, że smakuje on jak całkiem niezłe piwo. Do fanów terapii moczem należy też Keith Richards, który przekonał się o cudownych właściwościach picia własnego moczu podczas odwyku.

Słoiczek płynnego złota. Skusisz się?

Jim Morrison, znany z kontrowersyjnych zamiłowań, pił mocz (nie tylko własny) podczas sesji terapeutycznych w ezoterycznym ośrodku na pustyni Mojave.

Do zalet picia uryny przekonuje także słynny Bear Grylls, który do spożycia moczu nakłonił w jednym z odcinków swojego popularnego programu Willa Ferrella – aktor zakąsił napitek oczami renifera.

Afrodyzjaki, od których cię raczej zemdli

Skoro jesteśmy już przy sprawności seksualnej, warto przyjrzeć się historii jedzenia traktowanego jako afrodyzjaki. O połowie już pewnie słyszeliście, ale warto rzucić okiem na to, do jakiego poświęcenia zdolni są ludzie z seksualnymi problemami.

W Chinach, w pierwszym stuleciu naszej ery, jako afrodyzjak traktowano powieki owiec marynowane w gorącej herbacie. Specyfik był tak drogi, że serwowano go głownie cesarzom.

Anglicy szanują herbatę, zatem nie przychodziły im do głowy tak barbarzyńskie pomysły, acz serwowanie w piętnastym wieku odchodów gołębi zmieszanych z wydzieliną ślimaków trudno uznać za cywilizowany koncept. Siedemnastowieczni Francuzi nie pozostawali w tyle, używając w celu zwiększenia męskich możliwości odchodów żab. Chyba okazały się jednak niezbyt skuteczne, w osiemnastym wieku wyrafinowane damy karmiły bowiem kochanków kostkami cukru, które nasączone były krwią menstruacyjną.

Ślimaki – pokarm o tajemniczej mocy

Dwudziesty wiek nie przyniósł specjalnych postępów. W Malezji do dziś za najlepszy afrodyzjak uważa się mózgi żywych małp, choć na szczęście nie jest to powszechnie stosowane remedium na męskie problemy. W Japonii nadal można kupić na czarnym rynku jądra delfinów – na Tajwanie preferowane są genitalia kogutów jedzone na surowo.

Historia pewnego palucha

Nie ruszają was zwierzęce penisy? Co powiecie zatem na ludzki paluch? Nie, nie żartuję. Wynaleziony w 1973 roku koktajl Sourtoe stał się sztandarowym napitkiem miasta Dawson City w Kanadzie i jest dokładnie tym, co sugeruje nazwa: drinkiem zawierającym wysuszony ludzki paluch, zakonserwowany w soli. Pierwszy palec pochodził od górnika, Louigiego Likena, który w latach dwudziestych XX wieku stracił tę drobną część ciała w niejasnych okolicznościach. Louigi zachował paluch w słoiku z alkoholem (każdemu jego porno), a po śmierci górnika słoik został odnaleziony podczas porządków w jego chatce. Niejaki Dick Stevenson zaniósł znalezisko do lokalnego baru, gdzie wymyślono (prawdopodobnie w pijackim zwidzie), drinka z nietypowym dodatkiem – dla odważnych. Dziś serwuje się drinki ze specyficznym dodatkiem w Downtown Hotel. Paluch może być wkładem do dowolnego drinka – nawet kieliszka wina. Zasada jest prosta – „możesz wypić swojego drinka wolno, możesz wypić go bardzo szybko, ale paluch zawsze musi dotknąć twoich warg!”. Wprowadzono także dodatkowe zabezpieczenie – nie wolno go połknąć. Do 2013 roku kara za połknięcie palucha wynosiła 500 dolarów, ale gdy jeden z gości ewidentnie specjalnie połknął to świństwo dodatek, uregulował karę i uciekł z baru hotelowego, opłata wzrosła do 2500 dolarów.

Pierwszy palec przetrwał ponad siedem lat – w 1980 roku jeden z odważnych górników niechcący połknął go podczas konsumpcji. Palec niestety „nie wyszedł”, rozpoczęto zatem poszukiwania zamiennika. I znaleziono – nawet siedem! Paluch numer dwa został przekazany przez ofiarę poważnego odmrożenia. Paluch numer trzy był efektem pewnej odrażającej choroby stóp – pomińmy to milczeniem – ten także został przypadkowo połknięty. Czwarty i piąty to podarunki od pewnego schorowanego staruszka, który wymienił swoje paluchy na darmowe drinki dla opiekujących się nim pielęgniarek.  Paluch numer sześć to kolejny prezent – tym razem od ofiary stopy cukrzycowej (buerg). Paluch numer siedem został anonimowo wysłany do kanadyjskiego hotelu z lakoniczną notatką: „Nigdy nie koście trawnika w sandałach”.

Najsłynniejszy paluch świata… (fot. YouTube.com)

To właśnie ten paluch zdobył ostatnio medialną sławę – został bowiem skradziony w lipcu 2017 roku, co natychmiast opisano w mediach. Złodziej musiał przeżyć jednak chwile skruchy, odesłał bowiem palec po tygodniu, a nawet zadzwonił do hotelu zapewniając, że paluch jest w dobrej kondycji…

10 sposobów na Coca-Colę

W Indiach (oraz, jeśli wierzyć plotkom, także w Polsce) irygacje ze słynnego napoju mają zapobiegać ciąży. Ponieważ głupota nie jest tak bolesna, jak być powinna, sława coli jako środka antykoncepcyjnego pokutuje do dziś w wielu miejscach na świecie.

Coca-cola ma jednak jeszcze kilka innych zalet. Uznawana jest za jeden z najskuteczniejszych i najbezpieczniejszych pestycydów (także Indie), doskonałą marynatę do mięsa (Nigella Lawson aprobuje!), doskonały płyn do czyszczenia toalet, mycia szyb samochodowych po licznych zderzeniach z robactwem, specyfik do odrdzewiania (prawda!), usuwania plam z krwi (nie testowałam, na wakacjach mam niską skłonność do mordu), usuwania plam z tłuszczu (sprawdzę!), przetykania rurki od zlewu (zobaczymy) oraz usuwania kleju do tapet ze ścian (szukam ochotnika).

Wielozadaniowy napój! (fot. Fotazdymak/Shutterstock.com)

Rekordy świata w jedzeniu

Konkurencje bywają różne – daję słowo, że nadal poluję na konkurs zjadania hot dogów na czas, ale chwilowo bezskutecznie. Prawdopodobnie i tak nie padnie tam rekord świata – pobity został w lipcu bieżącego roku i wynosi 72 hot dogi w 10 minut. Wiadro było przewidziane, ale podobno rekordzista, Joey Chestnut, w ogóle go nie potrzebował. Szacun.

Trochę obrzydliwości? Wrażliwym polecam opuścić ten akapit. Kolejne rekordy świata (stan na koniec 2016 roku) to: 90 metrów makaronu typu spaghetti pochłonięte w 28 sekund, 12 żywych winniczków w dwie minuty, 28 karaluchów w cztery minuty, sześćdziesiąt dżdżownic w trzy minuty i sześć sekund, sto żywych czerwi w pięć i pół minuty (to ten moment, w którym oddaliłam się od komputera, by ochłonąć).

Jeden z najsłynniejszych konkursów zjadania hot dogów na czas (fot. a katz/Shutterstock.com)

Trochę mniej obrzydliwie? Proszę bardzo: dwanaście banananananów (pozdro dla kumatych) ze skórką w niecałe pięć minut, trzynaście surowych jajek w niecałe dwie sekundy, sześćdziesiąt pięć jajek na twardo w niecałe siedem minut, trzy cebule w minutę i około czterech kilogramów majonezu w osiem minut. Brak mi słów (i powietrza).

Jeszcze głodni?

Agata Połajewska
Agata Połajewska
Dziennikarka, podróżniczka, redaktorka (i jeszcze parę rzeczy by się znalazło). Współpracowała z portalem gazeta.pl - współtworzyła serwisy foch.pl i weekend.gazeta.pl, pisywała artykuły kulturalne (niekulturalne też) oraz podróżnicze. Dziś pisze teksty dla serwisu Crazy Nauka oraz zawiaduje redakcją w IgiMag.
Mieszka i pracuje w internecie, choć wolałaby w Arizonie.
AUTOR

Polecamy

Komentarze