Kuchnia w PRL-u: zamienniki mięsne, wyroby czekoladopodobne i kawa z żołędzi

Kuchnia pełna niespodzianek - nie zawsze przyjemnych
5 minut czytania
4206
1
Wojciech Przylipiak
Wojciech Przylipiak
12 sierpnia 2017

Przyjrzyjmy się zaskakującym zwyczajom, potrawom i przedmiotom kuchennym epoki, w której od kolorowego świata dzielił nas mur na środku Berlina. Bo była to kuchnia pełna niespodzianek.

Kuchenne opowieści, a wychowywałem się przełomie lat 80. i 90., kojarzą mi się przede wszystkim z serią skeczy z legendarnego programu „Za chwilę dalszy ciąg programu”, zatytułowanych właśnie: „Kuchnia pełna niespodzianek”. W niej pan redaktor prowadzący oraz pan Wacław przygotowywali przeróżne potrawy, jak na przykład kurczaka à la Wołodyjowski albo parówki à la Wilhelm Tell. Choć może przygotowywali to za dużo powiedziane. Zobaczcie sami:

Kuchnia pełna niespodzianek kojarzy mi się również z tym, co wyczyniał genialny szwedzki kucharz z Muppetów… ale to już temat na inną opowieść.

Produkty zastępcze

To, co od razu pojawia się w głowie, gdy pomyślę o kuchni w PRL-u to rozmaite ersatze, czyli zamienniki. Życie w tamtej epoce polegało przecież głównie na udawaniu, że coś jest czymś, czym w rzeczywistości nie było. Kawa z bobu, żołędzi lub palonego grochu, lukier z marchewki, nasturcje zamiast kaparów, agrest zamiast rodzynek − przecież „dobra gospodyni to oszczędna gospodyni„.

Pamiętacie taką scenę w kiosku w „Misiu”, w którym pani „mięso ma„? Klient kupował tam alkoholowy zamiennik, czyli wodę brzozową po goleniu na bazie spirytusu. Z kolei docent Zenobiusz Furman (genialny, jak zwykle, Wojciech Pokora) z „Alternatywy 4”, kiedy odwiedza wykwintną restaurację Kongresową, wśród polecanych przez kelnera potraw znajduje: indyka po bretońsku, po cygańsku, po portugalsku, indyka à la flaczki,  à la łosoś i à la szynka. Z kolei w menu wykwintnego przyjęcia w jednym z odcinków „Czterdziestolatka” Madzia Karwowska wymienia lina à la flaczki czy ciernika à la łososia.

W PRL-u popularnością cieszyły się zwłaszcza zamienniki mięsne. Nie dziwiły nikogo kotlety schabowe z mortadeli, z boczniaków albo dziczyzna z wieprzowiny.

Kawa z żołędzi i budyń z sera

Kawę z żołędzi pijał już podobno sam Fryderyk Chopin. Zresztą nie ma co się dziwić, bo to źródło witamin z grupy B. Żołędzie to także duża ilość kwasu foliowego. Kiedyś podawano ją osobom z obniżoną odpornością i po przebytych chorobach. Żołędziówkę mogą pić nie tylko dorośli, ale i dzieci. Podobno dziś, na fali mody na eko i naturę, znowu wraca do łask. A przepis jest bardzo prosty:

  • nazbierać żołędzi
  • obrać je z łupinek – moczyć w wodzie
  • zmielić
  • wysuszyć
  • uprażyć
  • zaparzyć kawę.

Na deser proponuję zaś… budyń z sera i ziemniaków. Znalazłem taki przepis:

„Ugotowane ziemniaki i twaróg przepuścić przez maszynkę. Przygotować formę budyniową. Masło utrzeć z cukrem, dodając po jednym żółtku, włożyć ser i ziemniaki, rozetrzeć, wymieszać ze skórką cytrynową i olejkiem migdałowym. Ubić pianę, wymieszać ją z masą serową. Włożyć do formy i gotować na parze 45 minut. Budyń wyciągnąć na okrągły półmisek i podać posypany cukrem waniliowym”.

Kogel mogel, przysmak czasów kryzysu

Choć u mnie wśród deserów brylował kogel mogel, a przede wszystkim chleb z masłem i cukrem. Zresztą o wyrobach czekoladopodobnych też można napisać książkę…. ale zamiast tego, wydawcy w zeszłej epoce, wpadali na pomysły innych ciekawych kuchennych publikacji.

Biblioteczka smakosza

Mam, na przykład, bardzo ciekawą książkę „Na nowo ab ovo, czyli 65 potraw z jaj”, którą firmowało pismo Zwierciadło, a autorką jest inżynier (!) Zofia Zawistowska,  specjalistka od spraw żywienia. Bardzo fajne rysunki przygotował uznany ilustrator i karykaturzysta, Jacek Gawłowski. W książce znajdziemy takie rodzynki, jak jaja à la flaki. Potrzeba było do nich cebuli, tłuszczu, śmietany, sosu beszamelowego, soli, pieprzu i jaj oczywiście. Idealna przekąska na dobrą prywatkę.

Albo wydany przez Zjednoczenie Gospodarki Rybnej periodyk „Dziś coś z ryb”, w którym pod hasłem „Lepsze niż sobie wyobrażasz” znalazło się wiele wyjątkowych przepisów na dania z ryb. Na przykład: halibut à la Dobra Gospodyni, bigos z dorsza, płastuga pieczona w słoninie czy ostrobek à la flaczki. Wychodzi na to, że flaczki były najwyższym osiągnięciem kulinarnym epoki PRL-u, skoro wszystko inne próbowano podawać „à la flaczki”.

Na koniec mój faworyt: wydana w 1989 roku książeczka „Czosnek znany i nieznany”. Autorem jest Jerzy Lutomski. Pan był posłem na Sejm, a przede wszystkim zastępcą dyrektora Instytutu Roślin i Przetworów Zielarskich w Poznaniu. Miał więc wiedzę. A swoją opowieść zaczyna słowami: „Choć nie wszyscy doceniają wartość czosnku, jest on stałym elementem obrazu naszych warzywnych straganów, tak jak kiedyś jego warkocze zwisające spod dachów wiejskich chat”. Wydrukowano ją w liczbie, uwaga, stu tysięcy sztuk! W książeczce znalazły się nie tylko przepisy, ale też opowieści o historii czosnku.

To jeszcze mały deser nawiązujący do okresu, kiedy wydawało nam się, że już zawsze pomarańcze będą dostępne tylko na święta.

rurki-prl
Mój ulubiony zestaw foremek do wypieku rurek, z którego osobiście skorzystałem!
Wojciech Przylipiak
Wojciech Przylipiak
Dziennikarz, przede wszystkim muzyczny. Zbieracz zabawek, komiksów i innych przedmiotów z epoki Commodore i Składnic harcerskich. Wszystko trzyma w domu - nie jest łatwo. Prowadzi bloga Bufet PRL.
AUTOR

Polecamy

Komentarze