Kup sobie (luksusowy) bunkier, bo zagłada już blisko

Ile kosztuje przetrwanie?
13 minut czytania
6779
1
Agata Połajewska
Agata Połajewska
20 sierpnia 2017
©Terra Vivos

Katastrofa nadejdzie, to, zdaniem niektórych, pewne. Co więcej, podobno zdarzy się to już wkrótce. Ludzkość czeka nieunikniona zagłada, a przetrwają nieliczni. Czy zaliczają się do nich tylko najbogatsi? Przetrwanie bowiem kosztuje – i to całkiem sporo.

Żyjemy w niesłychanie burzliwych czasach. Naukowcy straszą wielkim wybuchem w Parku Narodowym Yellowstone i koszmarnym trzęsieniem ziemi (uskok San Andreas). Inni spodziewają się katastrofy spowodowanej przez asteroidę, eksplozję słońca, atak zombie, szatańskie moce lub boską interwencję. Jeszcze inni czujnie wczytują się w ćwierknięcia Donalda Trumpa i pilnie szukają informacji o nastrojach demonicznego przywódcy Korei Północnej. Dla wszystkich tych ludzi pewne jest jedno – wszyscy umrzemy, najprawdopodobniej już wkrótce. Nic zatem dziwnego, że istnieją tysiące ludzi, których codzienne działania skupiają się na tym, by być przygotowanym na wszystko.

To nie relikty przeszłości, to nowoczesne i luksusowe bunkry dla najbogatszych (©Terra Vivos)

W styczniu 2017 roku światem preppersów wstrząsnął nieco artykuł Evana Osmosa, opublikowany w czasopiśmie „The New Yorker”. Obszerny tekst (bardzo polecam całość!) pod tytułem „Doomsday prep for the super-rich” potwierdził ich najgorsze obawy – wielcy tego świata przygotowują się na dzień zagłady, a to znaczy, że na pewno wiedzą więcej niż przeciętny szarak. A przerażonych szaraków jest sporo – i naprawdę czas skończyć z teorią, że obawa przed apokalipsą to domena ludzi z zaburzeniami psychicznymi. Przyglądając się sytuacji na świecie można bowiem stwierdzić, że myślenie o dramatycznej przyszłości to już raczej objaw zdrowego rozsądku. W przypadku Europy można mówić raczej o obawach związanych z sytuacja polityczną, ale USA – kolebka preppersów – mierzy się z kilkoma zagrożeniami. Nic zatem zaskakującego w tym, że do potencjalnej ewakuacji lub zejścia do podziemia (dosłownie) przygotowanych jest coraz więcej rodzin.

„To nie paranoja, to rozsądek”

Ciekawy pogląd na sprawę może dać obejrzenie choć kilku odcinków dokumentalnego serialu „Doomsday Bunkers”, wyprodukowanego przez Discovery Channel, dostępnego w Polsce na platformie Netflix. O poglądach i działaniach ludzi gotowych na wszystko ciekawie opowiada też produkcja National Geographic Channel – „Doomsday Preppers”. I choć oba seriale skupiają się na najbardziej zagorzałych zwolennikach teorii o nadciągającej zagładzie i nastawione są na oglądalność, warto uświadomić sobie, że nie tylko ludzie z dużymi pieniędzmi szykują się dziś na najgorsze.

Od kiedy mamy nowego prezydenta, ludzie coraz chętniej kupują broń i gromadzą amunicję, ale skupiają się też na zapewnieniu sobie innych materiałów, które pomogą przetrwać burzliwe chwile – mówi właściciel sklepu z bronią i wyposażeniem dla preppersów w Nevadzie. – Jestem członkiem kilkunastu facebookowych grup, na których wymieniamy się poglądami na temat tego, co i kiedy może się wydarzyć i co wtedy będzie nam potrzebne. Mamy to szczęście, że nie mieszkamy w wielkich miastach, ale to właśnie stamtąd przybędą spanikowane tłumy szukające oparcia i ochrony. Choć to brutalne – musimy się obronić i przed nimi. To nie paranoja, to po prostu zdrowy rozsądek – dodaje. – W Europie jest gorzej. Czytałem ostatnio, że nie ma tam swobodnego dostępu do broni – zostaje barykadowanie się w domach – podsumowuje.

Złoto preppersów…

Dziś mówią, że jesteśmy paranoikami, a zobaczymy, jak cienko będą śpiewać, gdy przyjdzie to, co nieuniknione – ponuro dodaje jeden z klientów sklepu. – Całe Los Angeles ruszy na pustynię, w poszukiwaniu miejsca do przetrwania, a nie mam ochoty dzielić się gromadzonymi przez lata zapasami z ludźmi, którzy uważają mnie za idiotę. Jedyne czym mogę się podzielić to ołów – zamyka potencjalną dyskusję o społecznej odpowiedzialności. Właściwie trudno mu się dziwić. Musi zadbać o dwunastoosobową rodzinę.

Kup sobie bunkier

Nie trzeba być najbogatszym człowiekiem świata, by kupić sobie dopasowany do indywidualnych potrzeb bunkier. Ofertę dla osób pragnących trzymać się znanych okolic i własnych posiadłości prezentuje z sukcesami teksańska firma Rising S Company. Poza bunkrami rozmaitych rozmiarów i specjalistycznym sprzętem do nadania im odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa i luksusu firma proponuje też prostsze rozwiązania dla indywidualnych klientów – panic rooms i safe rooms.

To właśnie takie schrony, jak oferowane przez Rising S Company są najczęściej przedmiotem zainteresowania preppersów, o których opowiada serial „Doomsday Bunkers”. Można kupić najprostszą „skorupę” i samodzielnie zainstalować ją na swoim terenie oraz wyposażyć, można też całość prac zlecić ekipie firmy.

Niektóre firmy instalujące bunkry oferują dodatkowo szkolenia – nie tylko z obsługi sprzętu mającego utrzymać klientów przy życiu, ale także te dotyczące codziennych obowiązków. W ofercie jest na przykład szkolenie, na którym w tydzień można nauczyć się, jak przyrządzać pełnowartościowe posiłki z produktów, które zazwyczaj gromadzone są w schronach, ale i nauczyć się, co – poza sklepowymi produktami – do własnego bunkra warto przetransportować i wykorzystać. Jeden z popularniejszych programów obejmuje wykorzystanie nasion i przygotowanie do własnej hodowli roślin uznawanych za superfoods. I choć niecodzienne wydaje się może skupianie na tym, jak w bunkrze hodować skutecznie… wodorosty, okazuje się, że chętnych nie brakuje.

Osobisty bunkier gotowy do zainstalowania (©Rising S Company)

Zagłada według najbogatszych

Ci, którzy nie muszą przejmować się stanem konta przygotowują się na wiele sposobów. Osmos w swoim artykule wspomina o tym, jak Steve Huffman, współzałożyciel i prezes serwisu Reddit, poddał się kosztownej operacji oczu. Nie zrobił tego z próżności, a dla bezpieczeństwa. – Jeśli świat się skończy, a nawet jeśli się nie skończy, tylko zwyczajnie popadniemy w poważne kłopoty, zdobycie i używanie soczewek kontaktowych lub okularów będzie cholernie trudne. Tymczasem bez nich mam totalnie przesrane – powiedział Huffman Osmosowi. Mieszkający w San Francisco Huffman nie boi się lokalnych zagrożeń, jak wspomniane już trzęsienie ziemi czy inne katastrofy naturalne. Najbardziej obawia się właśnie wybuchu zamieszek i wojny oraz wszystkich konsekwencji z tym związanych. I choć jest gotowy na ucieczkę (w garażu trzyma kilka zatankowanych motocykli) bardziej skupia się nad tym, by zmienić swój dom w niedostępną twierdzę, w której gromadzi broń i amunicję oraz robi zapasy pożywienia i wody.

Większość bogatych preppersów z Krzemowej Doliny przyznaje, że coraz częściej skłaniają się ku myśli, iż przygotowywać trzeba się raczej na zagrożenia związane z polityką i stosunkami międzynarodowymi niż katastrofy naturalne. Dlatego przygotowują się do potencjalnego zagrożenia także ekonomicznie – inwestują w złoto, ziemię (zwłaszcza poza USA) i bitcoiny. Jeden z rozmówców Osmosa wspomina też, że gdy wybierał się turystycznie do Nowej Zelandii, został zapytany przez przyjaciela, czy jedzie „wykupić sobie ubezpieczenie”. Okazało się, że Nowa Zelandia uznawana jest za najbogatszych za miejsce, w którym warto kupić dom na wypadek dramatycznych zmian politycznych na linii Azja – Europa – Ameryka.

Raj w Kansas

Zamiast budować schron, można po prostu wykupić sobie miejsce w jednym z luksusowych bunkrów, oferowanych przez firmy, które już dawno poczuły pismo nosem. O jednej z nich pisze w „New Yorkerze” Osmos, któremu udało się odwiedzić Larry’ego Halla, prezesa Survival Condo Project. Firma oferuje najbogatszym miejsce w piętnastopiętrowym schronie w Kansas. Schron został wybudowany przez rząd USA w latach pięćdziesiątych, przez kilka lat przechowywano w nim głowice nuklearne oraz zaaranżowano przestrzeń, na której przed atakiem ze strony ZSRR miały schronić się najważniejsze osoby w kraju. Hall sprzedał już wszystkie apartamenty – oczywiście jeden zostawił dla siebie. Na dwóch pozostałych piętrach zorganizował doskonale wyposażone skrzydło medyczne, magazyny i przestrzeń rozrywkową – w tym basen i strzelnicę. W ściany pomieszczeń wbudował ekrany LED, na których wyświetla się film z powierzchni, można go jednak zmienić na sosnowy las lub… nowojorski Central Park o wybranej porze roku.

Rozochocony sukcesem Hall kończy właśnie budowę drugiego kompleksu – położonego w pobliżu starego schronu. Nowy bunkier dla bogatych zapewnia jeszcze więcej miejsca, a żeby jeszcze dopompować wrażenie przestrzeni Hall instaluje kolejne ekrany symulujące otwartą przestrzeń. Jak twierdzi, jest to niezwykle ważne – poczucie przestrzeni i swobody ma pomagać mieszkańcom w utrzymaniu się w dobrym nastroju i zapobiec mnożeniu się przypadków depresji. Mieszkania oczywiście sprzedały się na pniu, choć jeszcze nie zakończono budowy.

Schemat Survival Condo 1 (©SurvivalCondoProject)

Miejsca zapewnia jednak nadal Terra Vivos, od lat zajmująca się przygotowywaniem luksusowych placówek, które pozwolą przetrwać nie tylko kataklizm, ale także co najmniej kilkanaście miesięcy po nawet najbardziej burzliwych wydarzeniach.

Terra Vivos – dla tych, którzy przetrwają

Do Vivos każdego roku spływa kilka tysięcy wniosków o przyznanie miejsca w schronie. Interes idzie tak dobrze, że firma poza USA oferuje także schrony w kilku miejscach w Europie – oczywiście nie ma szans poznania dokładnej lokalizacji przed wykonaniem przelewu – ceny ustalane są indywidualnie, przyszli członkowie Vivos są bowiem poddawani ocenie i muszą spełnić kilka istotnych kryteriów. Aplikujący mogą wypełnić wniosek za darmo, ale po weryfikacji dokumentów, zdolności i możliwości wsparcia grupy ustalana jest indywidualna miesięczna opłata za członkostwo. Według Barbi Grossman, rzeczniczki Terra Vivos, społeczność liczy sobie aktualnie ponad siedem tysięcy osób, z czego ponad tysiąc to osoby aktywnie uczestniczące w procesach i programach przygotowawczych.

Do tych procesów należy także poszukiwanie nowych lokalizacji, w których Vivos może zbudować schrony lub wykorzystać stare budynki, bazy wojskowe lub naturalne schrony – na przykład jaskinie. Cenieni są zatem ci, którzy dysponują ziemią lub gotowi są wykupić lub uczestniczyć we wspólnym zakupie terenu na kolejną placówkę. To zresztą pewna tradycja.

Za Vivos stoi jeden człowiek – Robert Vicino, sam żywo zainteresowany przetrwaniem apokalipsy, chwilowo jednak skupiający się na zarabianiu milionów dolarów pochodzących z ludzkiego strachu. A ten najłatwiej zwalczać w luksusie. Zanim Vicino został prezesem Terra Vivos, zajmował się handlem nieruchomościami – właściwie można stwierdzić, że kontynuuje tę karierę, po prostu na nieco innym poziomie. Potrzeby jego klientów są jednak cały czas bardzo podobne.

Bunkry naszych dziadków i pradziadków nie były szczególnie komfortowe. Sama stal, beton, szare ściany i nieprzyjazne warunki, kojarzące się z wojskiem i wojną. Dziś nie jesteśmy przygotowani na przetrwanie w tak spartańskich warunkach, ludzie szukają czegoś zupełnie innego – mówi Vicino w wywiadzie dla CNN.

Przygotowani na wszystko

Choć Vivos obleka swoje działania w otoczkę dbałości o przyszłość ludzkości i świata, trudno uwierzyć, że to ich główny cel – pieniądze wydawane na poczucie bezpieczeństwa przez członków organizacji są bowiem dość spore. Trzeba jednak przyznać, że wymyślone przez nich zasady organizacji i przygotowań mogą przekonać do wyłożenia znacznej kwoty na miejsce w jednej z placówek. Wspomniany przez Vicino luksus to bardzo mocna karta przetargowa.

Po weryfikacji i opłaceniu składki członkowskiej trzeba podjąć decyzję o tym, w której placówce chce się schronić w przypadku katastrofy. Każda placówka ma swoje podstawowe ceny, które ulegają jednak zmianom w zależności od kompetencji, chęci i potrzeb wynajmującego. Cena za miejsce w (całkowicie już wykupionym) schronie w stanie Indiana wynosiła podobno średnio 35 tysięcy dolarów za osobę, ale atrakcyjniejsze i bardziej luksusowe schrony wyceniane są na znacznie większe kwoty. Jakie? Mieszkanie o powierzchni 250 metrów kwadratowych (tak, serio) dla czteroosobowej rodziny w schronie Vivos Europa One – aktualnie najbardziej luksusowej placówce firmy – kosztuje dwa miliony euro. Miejsca w ogólnych salach są oczywiście nieco tańsze. Nie ma także problemu z czworonożnymi członkami rodziny – w schronach przewidziano miejsca dla zwierząt, oczywiście za dodatkową opłatą.

Plan luksusowego bunkra z oferty Vivos (©Terra Vivos)

Rezerwacja niewielkiego schronu Vivos xPoint w Dakocie Południowej jest dość tania, trzeba jednak zebrać grupę 20 osób – za wynajęcie schronu trzeba zapłacić wtedy 25 tysięcy dolarów. W zestawieniu z kosztem pobytu w innych placówkach, to naprawdę prawie za darmo. W tej samej lokalizacji można wynająć schrony typu Quantum – zapewniają one luksusy dla sześciu osób, z których każda musi wyłożyć 16 tysięcy dolarów. Takich schronów jest w okolicy Black Hills prawie sześćset! Barbi Grossman, rzeczniczka Vivos, zapewnia, że 35 tysięcy dolarów, które trzeba było wyłożyć za zapewnienie sobie schronienia w Indianie, to zupełnie przeciętna cena, w której nadal można się zamknąć poszukując odpowiedniej dla siebie lokalizacji.

Schrony otwarte cała dobę

Wszyscy członkowie Vivos i podobnych firm mają dostęp do swoich schronów w dowolnym momencie – dla niektórych zapewnienie o pełnym wyposażeniu nie jest wystarczającym zabezpieczeniem. Magazynują zatem w wynajętych przestrzeniach wszystko, co wydaje im się niezbędne do przeżycia – wodę, jedzenie, lekarstwa, środki higieniczne, a także broń i amunicję. Nigdy nie wiadomo, ile czasu przyjdzie spędzić pod ziemią z ludźmi, mniej poważnie podchodzącymi do zapewnienia sobie odpowiednich zasobów.

Jeśli konsekwencje potencjalnej katastrofy nie przekroczą pewnej skali, nie ma się podobno o co martwić. W tym specyficznym środowisku Vivos znany jest nie tylko z wyjątkowo luksusowego wyposażenia, wystroju i udogodnień, starannie dobranych dla komfortu swoich członków, ale także zapasów. W schronach znajdują się ewidencjonowane, kontrolowane i wymieniane w razie potrzeby zapasy wody, paliwa, leków, środków higienicznych i odzieży, a także generatory prądu. Klaustrofobia mieszkańcom nie grozi – firma starannie wylicza przestrzeń niezbędną do utrzymania komfortu. Nie trzeba będzie też siedzieć w miejscu – w niektórych lokalizacjach znaleźć można baseny, siłownie, sale kinowe, a także bary (z zapasem alkoholu) i pokoje gier. Spore magazyny przylegające do schronów i połączone z nimi sekretnymi korytarzami zawierają najnowocześniejszy sprzęt medyczny, przygotowane do szybkiego użycia sale operacyjne oraz tony sprzętu ochronnego i roboczego – w tym maszyny, które w razie trudnej sytuacji pozwolą przekopać się na powierzchnię. Jest tu także pomieszczenie przeznaczone do uprawy roślin. W jednym z kompleksów siłownia dzieli przestrzeń z klatkami dla małych zwierząt – tym razem mowa jednak raczej o królikach i innych miłych zwierzątkach, które w razie potrzeby posłużą jako dodatkowe zapasy.

Siłownia połączona ze zwierzętarnią (©Terra Vivos)

Przetrwanie zależy od ludzi

Od czego zależy pozytywna weryfikacja? Kryteriów jest wiele. Oczywiście najbardziej cenieni są ci, którzy wykonują zawody i posiadają umiejętności przydatne w czasie katastrofy – lekarze, inżynierowie, pielęgniarki, rehabilitanci, naukowcy. Jednak dla zarządu Vivos równie ważne jest to, co nowy członek może zaoferować rosnącej społeczności już teraz. Przede wszystkim istotne jest wsparcie informacyjne – członkowie Vivos spotykają się raz na kilka miesięcy, by podzielić się stanem swoich przygotowań, opracować wspólne opcje transportu do schronu lub – w przypadku najlepiej poinformowanych – podzielić się wiedzą na temat rozmaitych prognoz, teorii i zagrożeń. Każdy, kto może wnieść tu wkład intelektualny lub finansowy jest szczególnie mile widziany.

Istnieje także kilka ogólnych zasad – wszyscy członkowie muszą być bardzo tolerancyjni wobec innych. W Vivos nie ma miejsca na rasizm, homofobię czy jakiekolwiek inne uprzedzenia. Jak mówi Barbi Grossman, trzeba tu zostawić wszystkie uprzedzenia za bramą i być człowiekiem, który w każdej sytuacji skupi się na przetrwaniu społeczności, a nie tylko wybranych jednostek. Choć Vivos nie łączy się z żadną religią, Grosman twierdzi, że osoby religijne są bardzo mile widziane w społeczności ze względu na swoje altruistyczne podejście i spokój ducha wynikający z wiary. Jednak w procesie weryfikacyjnym skupiają się też na tym, by uniknąć nadmiernej religijności – ewentualny wybuch fanatyzmu religijnego nie byłby szczególnie mile widziany, mógłby bowiem wykreować niepożądane podziały i konflikty wśród członków społeczności. Trudno odmówić słuszności takiemu podejściu.

Kto uratuje świat?

Kogo zatem możemy spotkać w luksusowych schronach? Barbi Grossman mówi, że choć wśród klientów firmy i bezpośredniej konkurencji znajdziemy najbogatszych i najsławniejszych ludzi świata, tak naprawdę przeciętny klient to przedstawiciel zamożnej klasy średniej, zazwyczaj mężczyzna z najbliższą rodziną, zdeterminowany by przetrwać i stworzyć nowy, wspaniały świat. Nic zatem dziwnego, że wśród klientów Vivos faktycznie znaleźć można nazwiska, które doskonale znane są nie tylko w Krzemowej Dolinie, ale na całym świecie.

W bunkrach jest nie tylko to, co najbardziej potrzebne, czyli eleganckie kuchnie – znajdą się tu również bary, kino, saloniki, a nawet baseny i siłownie (©Terra Vivos)

Dla intelektualnej i towarzyskiej śmietanki technologicznego zagłębia celem podróży (być może ostatniej) może okazać się wykańczany właśnie schron w okolicach miasteczka Barstow, położonego w Kalifornii – tuż obok kompleksu wojskowego w Fort Irwin, gdzie (jak wieść niesie) organizowane są specjalistyczne szkolenia dla najbardziej zaangażowanych członków społeczności Vivos.

Opierając się na danych z artykułu Osmosa w „New Yorkerze” można śmiało założyć, że drugie tyle osób, co klienci Vivos i podobnych firm, szkoli się na własną rękę i samodzielnie lub w niewielkich grupach przygotowuje do dnia zagłady. Przygotowanie wojskowe jest zresztą jednym z niezbędnych elementów tych przygotowań – podobno według najnowszych prognoz nie będzie to bowiem mierzenie się z naturą…

Osiedle bunkrów Quantum (©Terra Vivos)

Gdy słońce zniknie z nieba

Skoro już przy naturze jesteśmy – wieść niesie, że w związku z zapowiadanym na 21 sierpnia zaćmieniem słońca, wiele osób zamiast podziwiać zjawisko na niebie, będzie sprawdzać stan swoich schronów od środka. To nie żart, choć żyjemy w XXI wieku i mamy dostęp do darmowej edukacji.

Stany, w których zaćmienie słońca będzie całkowite, przygotowane są nie tylko na koszmarne korki, oblężenie parków narodowych i stanowych oraz obciążenie sieci komórkowych. Miasta mobilizują armię ochotników, którzy będą obsługiwać infolinie, zgromadzą się w szpitalach i będą obserwować sytuację na ulicach – nauczeni doświadczeniem wiedzą bowiem, że zniknięcie słońca z nieba i nagłe ciemności w środku dnia spowodują, że niektórzy obywatele wpadną w panikę. Dziwne? Przypomnijmy sobie zatem, jakie oblężenie przeżył numer 911 w 1994 roku, gdy w Los Angeles na skutek trzęsienia ziemi zabrakło prądu i miasto pogrążyło się w ciemności. Mieszkańcy dzwonili przerażeni do służb porządkowych bynajmniej nie z powodu braku prądu. Część była przekonana, że ludzkość stoi w obliczu ostatecznej katastrofy, o czym świadczyć miały „przerażające zjawiska na niebie”. Chodziło o Drogę Mleczną, z której istnienia nie zdawało sobie sprawy wiele osób…

Dla jednych najciekawsze zjawisko astronomiczne w tym roku, dla innych – znak końca

Złośliwi twierdzą również, że nieprzypadkowo w kilkunastu lokalnych gazetach, właśnie przed nadchodzącym zaćmieniem, opublikowano obszerne artykuły sponsorowane, zawierające masę informacji o sprzęcie i wyposażeniu, które w domu powinien mieć każdy szanujący swoje życie Amerykanin. Jeden z takich tekstów opublikowała weekendowa gazeta „The Sunday”, wydawana w Las Vegas – na szczęście nie pisali nic o zaćmieniu, ale być może podchodzi ono jednak pod wymienioną i opisaną kategorię „wydarzenia i zgromadzenia”. Sama nie wiem.

Okładka jednego z ostatnich wydań „The Sunday” – w środku jest jeszcze ciekawiej

Wiem natomiast jedno – ludzki strach to potężna siła, na której każdego roku zarabia się miliony dolarów. Czy część z nich komukolwiek się zwróci? I kiedy?

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Agata Połajewska
Agata Połajewska
Dziennikarka, podróżniczka, redaktorka (i jeszcze parę rzeczy by się znalazło). Współpracowała z portalem gazeta.pl - współtworzyła serwisy foch.pl i weekend.gazeta.pl, pisywała artykuły kulturalne (niekulturalne też) oraz podróżnicze. Dziś pisze teksty dla serwisu Crazy Nauka
Mieszka i pracuje w internecie, choć wolałaby w Arizonie.
AUTOR

Polecamy

Zobacz też

Opłakujecie niedźwiedzie polarne? Zapłaczcie nad sobą. O „Upadku cywilizacji zachodniej”

Książka "Upadek cywilizacji zachodniej" Erika Conwaya i prof. Naomi Oreskes przypomina rozszerzony prolog do filmowej postapokalipsy w rodzaju "Mad Maksa". Prolog do historii, która – jak twierdzą naukowcy – rzeczywiście może się zdarzyć.
Gabriel Krawczyk
Gabriel Krawczyk
2 marca 2018
CZYTAJ WIĘCEJ
[FM_form id="1"]
Skup antyków Warszawa