Nowa Mary Poppins – czy pokochają ją miłośnicy literackiej serii?

Filmowy żywot słynnej niani
9 minut czytania
497
0
Magdalena Krawczak
Magdalena Krawczak
2 sierpnia 2017

Od ponad półwiecza, w wyobraźni kilku już pokoleń widzów, Mary Poppins miała twarz, głos i wdzięk młodziutkiej Julie Andrews. Teraz zaś Mary Poppins powraca – ale nie do końca w taki sposób, jakiego spodziewaliby się polscy czytelnicy serii.

Reżyser Rob Marshall, pracujący w porozumieniu między innymi z wytwórnią Walt Disney Pictures, przygotowuje nową odsłonę klasycznej już opowieści o niezwykłej niani, która odmieniła życie londyńskiej rodziny Banksów. Oficjalne materiały promocyjne oznajmiają już wszem i wobec, że Emily Blunt jest nową Mary Poppins: przedstawiają elegancko ubraną postać, która zwłaszcza w oczach starszych widzów zaczyna wyglądać znajomo dzięki temu, że na poszczególnych ujęciach dzierży w dłoniach zarówno pękatą, dywanikową torbę, jak i parasolkę z rączką w kształcie papuziej główki.

Film będzie sequelem disneyowskiego klasyka. Nie tylko nie będzie ekranizacją drugiej książki (noszącej podobnie brzmiący tytuł), ale i nie będzie osadzony w tych realiach, które znają miłośnicy literackiego pierwowzoru. Trzeba jednak przyznać, że filmowy żywot Mary Poppins od początku nie należał do łatwych.

Oryginalne ilustracje autorstwa Mary Sheperd

P.L. Travers i Banksowie

Postać niani, która wyraźnie wykazuje pewne magiczne umiejętności (choć absolutnie się do nich nie przyznaje) została wykreowana przez pisarkę posługującą się artystycznym pseudonimem Pameli Lyndon Travers. Urodzona jako Helen Lyndon Goff, 25 lat swego życia spędziła w Australii. Doświadczała tam pierwszych życiowych upadków i wzlotów: tracąc ojca uwikłanego w alkoholizm i jednocześnie odkrywając w sobie życiowe pasje związane ze sztuką. Pracę twórczą rozpoczęła dość wcześnie od pisania wierszy, później próbowała swoich sił jako aktorka, by ostatecznie przenieść się do Wielkiej Brytanii i poświęcić pracy pisarki. Pod pseudonimem Travers (będącym sposobem na uczczenie pamięci ojca autorki, Traversa Goffa) pisywała też literaturoznawcze eseje, poświęcone folklorowi i mitom.

Pisarka została jednak zapamiętana przede wszystkim jako autorka serii książek o Mary Poppins: tomów, które mieszczą w sobie dziesiątki barwnych przygód, jakie przeżywają podopieczni surowej, ale i roztaczającej wokół siebie magię, guwernantki. Pierwsza z książek została wydana w 1934 roku, ostatnia w 1988. Jednak by poznać P.L. Travers i oblicze Londynu zrodzonego w jej wyobraźni, nie trzeba wybierać się wyłącznie do biblioteki – perypetie rodziny Banksów kilka razy przenoszono na deski teatralne czy w realia słuchowisk radiowych. Większość tych adaptacji nie zyskała niestety aprobaty autorki – a najgorzej rzecz się miała z pełnometrażowym filmem, który uparł się wyprodukować Walt Disney.

Niania, która spada z nieba

No dobrze, niezupełnie spada: raczej z gracją ląduje na ziemi, przywiana przez wschodni wiatr. Oczywiście staje się to w chwili, gdy niania jest rodzinie Banksów najbardziej potrzebna. Ekranizacja z 1964 roku raczy widzów uroczą opowieścią o tym, jak mali Jane i Michael, pociechy państwa Banksów, samodzielnie formułują ogłoszenie, które ma im pomóc znaleźć idealną nianię. Pan Banks wyśmiewa jednak pomysł dzieci, które proszą o miłą i skorą do zabaw opiekunkę – rwie karteczkę na strzępy i wrzuca ją do kominka. Nazajutrz pod domem nr 17 przy ulicy Wiśniowej ustawia się kolejka guwernantek, które zjawiają się w odpowiedzi na oficjalne ogłoszenie. Żadna z nich nie ma jednak szansy przedstawić panu domu swoich referencji, ponieważ na oczach zachwyconych dzieci wszystkie te panie zostają porwane przez silne podmuchy wiatru. Po chwili, również za sprawą wiatru, na progu domu pojawia się Mary Poppins – ze sklejonym dziecięcym ogłoszeniem, które wcześniej w kawałkach wyfrunęło przez komin.

Pamela L. Travers była także aktorką – tu w sztuce „Sen Nocy Letniej”

Dzieci z każdą kolejną chwilą przekonują się, że ich nowa niania nie mieści się w kategorii typowych guwernantek. Faktycznie, w pierwszej kolejności każe podopiecznym posprzątać ich pokój, ale praca w zagadkowy sposób jest lżejsza i szybsza, niż mogłoby się wydawać. Niania zmusza przemoczone dzieci do wypicia łyżki lekarstwa, ale smak mikstury w magiczny sposób się zmienia, nie przypominając wcale okropnych medykamentów. Z kolei wieczorem, po choćby najbardziej ekscytującym dniu, dzieci muszą posłusznie położyć się spać – choć dzięki nieco przewrotnej kołysance. To wszystko to jednak nic wobec faktu, że z pomocą Mary Poppins można na przykład odwiedzić bajkowy świat narysowany na obrazku czy uczestniczyć w podwieczorku wydawanym tuż pod sufitem. I zachwytu dzieci nie osłabia nawet fakt, że niania z oburzeniem słucha później o swoim domniemanym współudziale w magicznych zabawach.

Mary Poppins – doskonała w każdym calu

Adaptacja przygotowana przez studio Disneya w 1964 roku ogólnie dodała całej historii nieco więcej słodyczy – przede wszystkim czyniąc z samej niani postać bardziej uśmiechniętą i życzliwą. Scenariusz filmu zachowuje pewne charakterystyczne cechy charakteru Mary: postać wykreowana przez Julie Andrews niemal bezceremonialnie wpada do domu Banksów, jakby jej obecność i piastowanie posady guwernantki były do pewnego stopnia oczywistościami. Z pewną nutą próżności urządza też swój mały pokoik, umieszczając w jego wnętrzu liczne akcesoria wyciągnięte z niepozornie wyglądającej, dywanikowej torby – w tym spore, ozdobne lustro, w którym można się wygodnie przeglądać. Z godną pozazdroszczenia pewnością siebie Mary oznajmia też panu Banksowi, że nie zamierza się przed nim z niczego tłumaczyć. Mimo tych nieco impertynenckich zapędów, jak wskazuje magiczna miarka, Mary Poppins jest idealna w każdym calu: i nie wzbudza niczyjej niechęci.

Prawdopodobnie także wzbogacenie całej filmowej opowieści o animacje (w postaci chociażby pląsających, rysunkowych pingwinów) oraz przemienienie jej w musical pełen wpadających w ucho, radosnych melodii, skutecznie złagodziło kanoniczną surowość opowiadań. Być może również dlatego gotowa adaptacja nie zdobyła przychylnej oceny autorki książek. P.L. Travers, która już ilustratorce swoich utworów dyktowała szczegóły wyglądu głównej bohaterki, przez dwadzieścia lat nie dawała się przekonać, by udostępnić prawa do książki wytwórni Disneya. O tym, jak rzekomo wyglądała batalia o filmowe oblicze Mary Poppins, opowiada film (z 2013 roku) o dość nieoczywistym tytule: „Ratując Pana Banksa”. Twórcy tego obrazu traktują bowiem serię o niezwykłej niani jako pokłosie prywatnych przeżyć pisarki.

Mary Poppins na karuzeli – ilustracja Mery Sheperd

Rzecz jednak w tym, że filmowa pani Travers, obdarzona mimiką genialnej Emmy Thompson, z niechęcią zjawia się w Ameryce, by konsultować, a w praktyce raczej nadzorować, prace nad filmem o Mary Poppins. Zgryźliwa starsza pani na każdym kroku obraca wniwecz starania twórców filmu i samego Walta Disneya – a to teatralnie załamując ręce nad przygotowanymi szkicami, a to kwitując w dosadny sposób przedstawiane przez nich propozycje, a w końcu demonstracyjnie wyrzucając scenariusz przez okno. Z pełnym przekonaniem twierdzi, że Mary Poppins nie jest roztańczoną i rozśpiewaną trzpiotką, a magia obecna w opowiadaniach nie pojawia się po to, by zafałszować obraz prawdziwego, okrutnego świata. Pani Travers rozpaczliwie chce ocalić ducha literackiej serii przed tym, co wydaje jej się charakterystycznym rysem disneyowskich produkcji – brakiem głębi i bezmyślnym tańczeniem na ekranie.

Powrót po 54 latach

Filmu z 1964 roku generalnie nie można uznać za wierną ekranizację żadnego z tomów serii – podobnie będzie i z obrazem zapowiadanym na przyszły rok, ale z nieco innych powodów. Twórcy zaznaczyli już, że nowa Mary Poppins będzie bardziej przypominała postać wykreowaną na kartach książek – jej surowość, granicząca z oschłością, pewność siebie ocierająca się o zarozumiałość i poczucie wyższości, mają być mocniej zaznaczone i uwypuklone. Nie znaczy to oczywiście, że postać słynnej niani nagle stanie się antypatyczna. Czy zresztą można się tego obawiać, skoro osiem tomów opowiadających o właśnie takiej, niezbyt sympatycznej Mary, podbiło serca rzesz czytelników? Może w tym także tkwi sekret jej popularności – że zdradza usposobienie prawdziwej, nieco próżnej i czasem niemiłej osoby, że nie jest wykreowana jako wyłącznie odrealniona, czarodziejska postać?

Mary Poppins, którą ujrzymy na ekranach kin w grudniu 2018 roku, odwiedzi kolejne już pokolenie rodziny Banksów. Jak informują twórcy, akcja nowego obrazu sygnowanego przez wytwórnię Disneya ma rozgrywać się 25 lat po wydarzeniach przedstawionych w pierwszym filmie. Niania ponownie spotka swoich byłych podopiecznych – z tym, że będą już oni dorośli. Wsparcia będzie tym razem potrzebować przede wszystkim rodzina Michaela – przeżywającego ciężkie chwile wdowca z trójką dzieci. Obiecująco wyglądają już przykładowe kadry: udowadniające, że realizatorzy chcą kontynuować filmową opowieść zgodnie z duchem poprzedniego obrazu. Dodatkowym motywatorem dla nieprzekonanych, potencjalnych widzów, są zaś nazwiska pozostałych członków obsady: na ekranie poza Emily Blunt pojawią się między innymi Colin Firth, Meryl Streep, Julie Walters czy Angela Lansbury.

54 lata zwłoki w stworzeniu filmowego sequela czyni z zapowiadanego filmu specyficznego rekordzistę. To konsekwencja tego, że P.L. Travers, rzekomo i tak niezadowolona z ostatecznego kształtu pierwszego filmu, nie zgadzała się na ponowne przenoszenie perypetii stworzonych przez nią bohaterów na kinowy ekran. Teraz pani Travers siłą rzeczy nie będzie mogła już wyrazić swojego zdania na temat każdej linijki scenariusza i kolejnych pomysłów realizatorów filmu – ale zważywszy, że nowa fabuła ma być w jeszcze większej mierze wariacją na temat literackiego pierwowzoru, być może nie byłoby to konieczne. Tworząc nowe ramy dla opowieści o niezwykłej niani, twórcy w pewien sposób pomagają także widzom zdystansować się od pokusy, by na siłę porównywać nowy film z książką, a także poprzednią adaptacją. To będzie po prostu nowa jakość: ożywiająca intrygującą, literacką postać dla nowych pokoleń odbiorców.

Magdalena Krawczak
Magdalena Krawczak
Z wykształcenia polonistka i krytyk literacki: przez zamiłowanie do pracy ze słowami i odkrywania opowieści wszędzie tam, gdzie to możliwe. Na co dzień redaguje i poprawia cudze, ale przede wszystkim tworzy własne teksty, nie stroniąc od wyzwań i eksperymentów. Z drobnych zapisków złożyła także autorski tomik poetycki "Ze zzieleniałymi oczami". Miłośniczka wielu oblicz sztuki, także tej użytkowej - w wolnych chwilach zamiast słów poskramia różnego rodzaju nitki.
AUTOR

Polecamy

Komentarze