Sami sobie winni – argument, który powinien zniknąć

Refleksje po tragedii w Rimini
5 minut czytania
1551
9
Kasia Nowakowska
Kasia Nowakowska
30 sierpnia 2017

Słyszę to po każdej tragedii, że ktoś był „sam sobie winien”. Gwałcona przez 10 dni kobieta z Łodzi, bo poszła z nieznajomym do jego mieszkania. Turyści w Rimini, bo pojechali do kraju, który przyjmuje uchodźców. Nawet poszkodowani przez nawałnice są „sami sobie winni”, bo… nie modlili się wystarczająco żarliwie. Skąd w ludziach taka potrzeba dokopywania ofiarom?

Czytam internet – zarówno ten oficjalno-publicystyczny, jak i drążący go podziemny nurt wszelkiej maści komentarzy na forach, portalach i w społecznościówkach – od dosyć dawna. Mogłabym więc przywyknąć do tego, że zawsze jacyś samozwańczy mędrcy będą sobie poprawiać własne samopoczucie kosztem cudzej straty, cierpienia czy śmierci. Ale jakoś nie mogę. I wyjątkowo obrzydliwie zabrzmiała mi ta dobrze znana śpiewka w kontekście pary zaatakowanej w Rimini. Że ci też są „sami sobie winni”. Bo kto normalny/mądry/przewidujący chodzi nocą na plażę? Kto jeździ do kraju, w którym roi się od uchodźców? Kto spaceruje o czwartej nad ranem?A w ogóle to oni nie byli żadnym małżeństwem, na kocią łapę żyli. I prawdopodobnie próbowali kupić narkotyki. No winni, winni jak nic!

Komentatorzy stają na wysokości zadania…

Lista domniemanych „win” jest długa, a ukryta w niej sugestia, że para Polaków w jakikolwiek sposób ponosi odpowiedzialność za to, co im się stało, to coś, co budzi mój wstręt. Podobnie jak mściwa satysfakcja, którą takie elukubracje są zazwyczaj podszyte. To pełne samozadowolenia przekonanie, że „mnie nic złego nie spotyka, bo jestem mądrzejszy, przezorniejszy i postępuję słusznie”. Nie mieszkam z kimś kto mnie bije, nie chodzę do miejsc, w których ktoś może podać mi pigułkę gwałtu,  nie wziąłem kredytu we frankach, nie „kuszę losu”.

Ofiara jest słaba, więc kopnięcie jej nie wiąże się z żadnym ryzykiem

Zjawisko winienia ofiary nie jest niczym nowym i zazwyczaj wynika z głęboko zakorzenionego tchórzostwa i – zapewne nieuświadomionego – przekonania, że należy trzymać z silniejszym. Ofiara jest słaba, więc kopnięcie jej nie wiąże się z żadnym ryzykiem. Przeciwstawienie się sprawcy, choćby tylko werbalne i z bezpiecznej odległości gwarantowanej internetową anonimowością, to postawa, która jakoś nas samych wystawia na strzał. Więc jak już bronić tych ofiar, to najlepiej samemu pokazując kły i pokrzykując gniewnie o karze śmierci i torturach. Tak groźnie, wrrr! Niech się nas boją!

Lista domniemanych „win” jest długa…

Pojawiające się niezawodnie i za każdym razem – czy będzie to katastrofa naturalna jak nawałnica i powódź czy akty przemocy jak zabójstwa i gwałty – domniemanie, że ofiara jest w jakiś sposób współodpowiedzialna za zło, które ją spotyka, to dla mnie symptom, że jako zbiorowość tkwimy w toksycznej relacji. Relacji, w której gardzi się słabością i mimowolnie zgina kark przed agresorem. Wiem, że to zupełnie sprzeczne z tym, co lubimy myśleć sami o sobie, że jesteśmy prawi, odważni, sprawiedliwi. Że bronimy słabszych i „gonimy kota” zbójom, a wspomagają nas w tym nasi dzielni szeryfowie.

W internecie zawsze są najmądrzejsi ludzie, których nie spotyka żadne zło

Wiem też, że wychodzenie z toksycznej relacji jest trudne i wymaga pracy nad sobą. Nie łudzę się, że można jakoś odgórnie zadekretować społeczeństwu terapię (było kilka takich prób w historii – nie skończyły się dobrze). Nie liczę na to, że już nigdy nie przeczytam głupiego komcia w internecie. A jednak wierzę, że warto to powtarzać: nie wińcie/nie wińmy ofiar. Nigdy, żadnych. Nawet jeśli zrobiły coś niemądrego albo nie były dość zapobiegliwe czy przewidujące. To nie znaczy, że są „same sobie winne”. To znaczy, że spotkało je coś złego. Nas też może.

„Rozsądni ludzie nie (wstaw co zechcesz)”

A kto jest bez winy, niech nie rzuca żadnym kamieniem – bo jeszcze kogoś uderzy.

Kasia Nowakowska
Kasia Nowakowska
Od ponad dziesięciu lat "robi w słowie" jako dziennikarka, blogerka, felietonistka. Była redaktor naczelną internetowego serwisu dla kobiet Foch.pl i współzałożycielką BACHORA, humorystycznego magazynu dla sfrustrowanych rodziców. Ma za sobą pracę w prasie papierowej (m.in. Dziennik, Przekrój, Machina), ale bez trudu przeniosła się do internetu i tu czuje się u siebie. Nałogowo ogląda seriale, tłumaczy gry i komiksy, uwielbia przeprowadzać wywiady (i nienawidzi ich potem spisywać). Zwierzę miejskie, matka dzieciom (sztuk dwie) i fanka Davida Bowiego.
Put on your red shoes and dance the blues.
AUTOR

Komentarze