Sami sobie winni – argument, który powinien zniknąć

Refleksje po tragedii w Rimini
5 minut czytania
1559
9
Kasia Nowakowska
Kasia Nowakowska
30 sierpnia 2017

Słyszę to po każdej tragedii, że ktoś był „sam sobie winien”. Gwałcona przez 10 dni kobieta z Łodzi, bo poszła z nieznajomym do jego mieszkania. Turyści w Rimini, bo pojechali do kraju, który przyjmuje uchodźców. Nawet poszkodowani przez nawałnice są „sami sobie winni”, bo… nie modlili się wystarczająco żarliwie. Skąd w ludziach taka potrzeba dokopywania ofiarom?

Czytam internet – zarówno ten oficjalno-publicystyczny, jak i drążący go podziemny nurt wszelkiej maści komentarzy na forach, portalach i w społecznościówkach – od dosyć dawna. Mogłabym więc przywyknąć do tego, że zawsze jacyś samozwańczy mędrcy będą sobie poprawiać własne samopoczucie kosztem cudzej straty, cierpienia czy śmierci. Ale jakoś nie mogę. I wyjątkowo obrzydliwie zabrzmiała mi ta dobrze znana śpiewka w kontekście pary zaatakowanej w Rimini. Że ci też są „sami sobie winni”. Bo kto normalny/mądry/przewidujący chodzi nocą na plażę? Kto jeździ do kraju, w którym roi się od uchodźców? Kto spaceruje o czwartej nad ranem?A w ogóle to oni nie byli żadnym małżeństwem, na kocią łapę żyli. I prawdopodobnie próbowali kupić narkotyki. No winni, winni jak nic!

Komentatorzy stają na wysokości zadania…

Lista domniemanych „win” jest długa, a ukryta w niej sugestia, że para Polaków w jakikolwiek sposób ponosi odpowiedzialność za to, co im się stało, to coś, co budzi mój wstręt. Podobnie jak mściwa satysfakcja, którą takie elukubracje są zazwyczaj podszyte. To pełne samozadowolenia przekonanie, że „mnie nic złego nie spotyka, bo jestem mądrzejszy, przezorniejszy i postępuję słusznie”. Nie mieszkam z kimś kto mnie bije, nie chodzę do miejsc, w których ktoś może podać mi pigułkę gwałtu,  nie wziąłem kredytu we frankach, nie „kuszę losu”.

Ofiara jest słaba, więc kopnięcie jej nie wiąże się z żadnym ryzykiem

Zjawisko winienia ofiary nie jest niczym nowym i zazwyczaj wynika z głęboko zakorzenionego tchórzostwa i – zapewne nieuświadomionego – przekonania, że należy trzymać z silniejszym. Ofiara jest słaba, więc kopnięcie jej nie wiąże się z żadnym ryzykiem. Przeciwstawienie się sprawcy, choćby tylko werbalne i z bezpiecznej odległości gwarantowanej internetową anonimowością, to postawa, która jakoś nas samych wystawia na strzał. Więc jak już bronić tych ofiar, to najlepiej samemu pokazując kły i pokrzykując gniewnie o karze śmierci i torturach. Tak groźnie, wrrr! Niech się nas boją!

Lista domniemanych „win” jest długa…

Pojawiające się niezawodnie i za każdym razem – czy będzie to katastrofa naturalna jak nawałnica i powódź czy akty przemocy jak zabójstwa i gwałty – domniemanie, że ofiara jest w jakiś sposób współodpowiedzialna za zło, które ją spotyka, to dla mnie symptom, że jako zbiorowość tkwimy w toksycznej relacji. Relacji, w której gardzi się słabością i mimowolnie zgina kark przed agresorem. Wiem, że to zupełnie sprzeczne z tym, co lubimy myśleć sami o sobie, że jesteśmy prawi, odważni, sprawiedliwi. Że bronimy słabszych i „gonimy kota” zbójom, a wspomagają nas w tym nasi dzielni szeryfowie.

W internecie zawsze są najmądrzejsi ludzie, których nie spotyka żadne zło

Wiem też, że wychodzenie z toksycznej relacji jest trudne i wymaga pracy nad sobą. Nie łudzę się, że można jakoś odgórnie zadekretować społeczeństwu terapię (było kilka takich prób w historii – nie skończyły się dobrze). Nie liczę na to, że już nigdy nie przeczytam głupiego komcia w internecie. A jednak wierzę, że warto to powtarzać: nie wińcie/nie wińmy ofiar. Nigdy, żadnych. Nawet jeśli zrobiły coś niemądrego albo nie były dość zapobiegliwe czy przewidujące. To nie znaczy, że są „same sobie winne”. To znaczy, że spotkało je coś złego. Nas też może.

„Rozsądni ludzie nie (wstaw co zechcesz)”

A kto jest bez winy, niech nie rzuca żadnym kamieniem – bo jeszcze kogoś uderzy.

Kasia Nowakowska
Kasia Nowakowska
Od ponad dziesięciu lat "robi w słowie" jako dziennikarka, blogerka, felietonistka. Była redaktor naczelną internetowego serwisu dla kobiet Foch.pl i współzałożycielką BACHORA, humorystycznego magazynu dla sfrustrowanych rodziców. Ma za sobą pracę w prasie papierowej (m.in. Dziennik, Przekrój, Machina), ale bez trudu przeniosła się do internetu i tu czuje się u siebie. Nałogowo ogląda seriale, tłumaczy gry i komiksy, uwielbia przeprowadzać wywiady (i nienawidzi ich potem spisywać). Zwierzę miejskie, matka dzieciom (sztuk dwie) i fanka Davida Bowiego.
Put on your red shoes and dance the blues.
AUTOR

Komentarze

9 odpowiedzi na “Sami sobie winni – argument, który powinien zniknąć”

  1. ” To pełne samozadowolenia przekonanie, że „mnie nic złego nie spotyka, bo jestem mądrzejszy, przezorniejszy i postępuję słusznie”.”
    I dalej:
    „to dla mnie symptom, że jako zbiorowość tkwimy w toksycznej relacji. Relacji, w której gardzi się słabością i mimowolnie zgina kark przed agresorem. ”

    Z mojego punktu widzenia to nie tyle relacja ustawiania się nad słabszym a pod silniejszym – a raczej sposób na radzenie sobie takiej osoby z własnym lękiem. Takie mówienie sobie: „Stało się coś przerażającego jakimś ludziom – ale mnie to się nie stanie, bo ja nie chodzę po nocy w odludne miejsca / nie noszę krótkich spódniczek / nie jeżdżę do krajów gdzie są ludzie o innym kolorze skóry”. Nieprzewidywalność w osobie lękowej nasila lęk, dlatego taka osoba potrzebuje schematów, pozwalających _przewidzieć_ – czyli zredukować lęk. Tłumaczenie takiej osobie, że nie da się wszystkiego przewidzieć i to nie jest takie proste, zwiększa lęk u tej osoby i powoduje reakcję obronną: dopiero co uchwycone poczucie bezpieczeństwa jest tracone na rzecz jakiegoś przemądrzałego człowieka, pewnie lewaka albo zaplutego karła reakcji. A wtedy wracamy do punktu wyjścia.

    Komentuję na poważnie, bo to pierwszy od dawna artykuł bez kretyńskich grafik, wciskanych na siłę bo tak jest „super! hiper! gorący temat!”. Trzeba docenić.

    • Me three! Ale rozszerzyłbym to jeszcze bardziej i potraktował jako pospólną racjonalizację oraz poczucie sprawstwa na opak. Przecież nic się samo z siebie nie dzieje. Jak to w ‚Czy leci z nami pilot?’ prowadzący program ‚Kontrapunkt’ Jack Kirkpatrick skwitował: ‚Przecież kupili bilety, więc dobrze wiedzieli w co się pchają.’

      • W zasadzie tak, ale racjonalizacja jest tu instrumentem, nie decydującym mechanizmem. Dla porównania, gdyby wytłumaczyć takie zdarzenia „złym voodoo” – to też redukujesz lęk, bo znalazłeś wytłumaczenie, ale racjonalizacją to by było trudno nazwać 🙂 . A zamiast „pospólnej racjonalizacji” wstaw „społeczny dowód słuszności” (te fora, na których ludzie powtarzają takie głupoty) i już jedziesz właściwymi torami.

        • Jak to się dobrze złożyło, że akurat o ‚złym voodoo’ napisałeś. Myślenie magiczne jest najstarszą formą racjonalizacji i jako takie predatuje myślenie naukowe. Tłumaczenie, że stało się A z powodu magicznego złożenia B i C w okolicznościach D i przy zachowaniu formuły F to jak najbardziej racjonalne wytłumaczenie. Nie spełniające rygoru naukowości z innych względów, ale w zasadzie z takiego samego założenia wychodzące, że nic nie dzieje się bez przyczyny, w przeciwieństwie do mistycyzmu, który zdarza się z magicznym myśleniem mylić.

          • Myślenie magiczne jako racjonalizacja… Fakt, wyszedłem od podejścia racjonalnego w naszym rozumieniu; a z punktu widzenia behawioryzmu może spełniać wszystkie warunki, niezależnie od rzeczywistej relacji przyczynowo-skutkowej.
            Mimo wszystko to nadal tylko jeden z instrumentów, a nie fundament wspomnianych w artykule zachowań.

          • Dokładnie tak. O ile w magicznym rozumowaniu ludzka wola sprawcza tryumfuje nad siłami przyrody i możliwe są dokonania przeczące wprost zarówno powszechnemu mniemaniu, jak i naukowo uznanym ‚prawom’ (fizyki, biologii, czy formalnej logiki itd.), to podstawowy akt magiczny (rytuał) jest jak najbardziej, niczym nauka empiryczna osadzony w świecie fizycznym składającym się ze wzajemnie oddziałujących na siebie w ściśle (tu oczywiście można się spierać o rzetelne podejście do owej ścisłości wśród magików) określony sposób elementów. Racjonalizm w rzeczy samej polega na odnajdywaniu stosunków pomiędzy tymi elementami. Nauka jest w tym względzie o wiele bardziej systematyczna i starająca się pominąć czynniki subiektywno-wolicjonalne, które w magii zajmują pozycję centralną. Obserwowany dzisiejszy renesans paranaukowego ‚szamanizmu’, znachorstwa, ruchów anty-bigpharma, dietetyki po kursach wieczorowych szerzonych w mediach społecznościowych, o czym Olga Olczak skrobnęła ostatnio spokojnie można uznać za klasyczne przejawy myślenia magicznego. Ba, nawet w ideologii alt-prawicowych fotelowych politologów oraz zapiekłych SJWów doszukać się można magii.

          • Ej, nie pisz „dokładnie tak”…
            Rzetelne podejście do ścisłości wśród magików – to mi przypomina świetny fragment z „Pana Lodowego Ogrodu” Grzędowicza, nie wiem czy czytałeś 🙂 .

  2. Taa. Ostatnio się prawie wywiązała bójka z kibolstwem polskim krakowskim (pozdrawiam Cracovię), bo chciałam wysiąść z autobusu na swoim przystanku po powrocie pociągiem do magicznego Krakowa (i nie jechać z magicznym kibolstwem do wspaniałej Wieliczki na pętlę). Panowie uznali, że należy staranować wysiadających (nie to, że musieli na cokolwiek czekać, taranowali od razu).
    Czekam na wyjaśnienia, jaka jest moja wina. Nawet podatków w Krakowie nie płacę, żeby nie dotować tych cholernych igrzysk na stadionach. Policja? Radiowozy stały tuż obok. No ale być tak nierozsądną, żeby wysiadać z autobusu w centrum rdzennie polskiego miasta chwilę po 22.00…

Dodaj komentarz