Self-reg: metoda wychowawcza dla rodziców “kłopotliwych” dzieci

Ale powinien ją poznać każdy człowiek w każdym wieku
8 minut czytania
3231
1

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

„Self-reg” to tytuł książki Stuarta Shankera, która zdobywa coraz większą popularność wśród rodziców, szczególnie, jeśli mają oni kłopotliwe dzieci. No wiecie: krzyczące, biegające, niesłuchające, płaczliwe albo bijące, ogólnie takie, co to nie za bardzo dają się spacyfikować. Shanker, podobnie jak ja, nie jest wielbicielem pacyfikowania dzieci. Woli pytać: „dlaczego?”.

Dlaczego mojemu dziecku zrywa połączenie z mózgiem sto razy dziennie? Dlaczego tamte dzieciaki się ciągle biją, a inne nie? I dlaczego tak mnie dziś strasznie wkurza, gdy wrzeszczą, podczas gdy wczoraj byłam wyluzowana jak kaczka w pomarańczach? Zdaniem Shankera wspólną odpowiedzią na te pytania jest stres. Dobra, nic nowego, ale czytajcie dalej, gdyż metoda self-reg wykracza poza „Luco, ale nie denerwuj się”. Serio, ludzie powinni dostawać milion dolców za każdym razem, gdy ktoś im kazał się nie denerwować i nie skończył z przegryzioną tętnicą − byliście bardzo dzielni i opanowani!

Samoregulacja to nie samokontrola

Dwa słowa o opanowaniu: self-reg to nie jest samokontrola, tylko samoregulacja. W skrócie chodzi o to, że samokontrola to takie trzymanie w sobie, spinanie pośladów: okej, nie przegryzę mu tętnicy, ale potem będę warczeć pół dnia albo nabluzgam w internecie. Samoregulacja natomiast to wiedza o tym, co nas stresuje, a co nam pomaga. Że na przykład łatwiej mi będzie oszczędzić tętniczkę bliźniego, gdy jestem najedzona, niezmarznięta i wyspana (wersja lux). A gdy mi zimno, chce mi się jeść, a spałam trzy godziny, wyprowadza mnie z równowagi byle drobiazg. Niby nic odkrywczego, ale świadome zarządzanie stresorami potrafi zdziałać cuda – tyle tylko, że trzeba je najpierw zidentyfikować. Shanker powiada, że stresory się nie sumują, tylko mnożą, co ładnie tłumaczy zjawisko kropli przepełniającej czarę.

„No dobra, ale o co mu właściwie chodzi?”

Dajmy na to, że masz zły dzień, od rana kłody pod nogi, kawa się skończyła, mleko skisło i w ogóle poniedziałek, przychodzisz do biura i kolega ci mówi, że te spodnie to chyba drugi tydzień nosisz. Jeśli masz dobry dzień, rzucasz jakiś żarcik i macie milutki small talk. Jeśli masz zły dzień, warkniesz cokolwiek, a kolegę uznajesz za buca bez ogłady. Jeśli jesteś weteranem samoregulacji, powolutku idziesz do automatu z kawą (czajnika, palarni, okna z widokiem), aplikujesz sobie co tam ci pomaga i zapominasz o incydencie. Upraszczam, ale łapiecie zasadę. Przy czym weteran samoregulacji będzie też wiedział, że na przykład:

– jest wrażliwy na dotyk, a w tramwaju był tłok

– jadł ostatnio niezdrowo, więc wydajność organizmu spadła

– coś pyli i przeszkadza mu alergia.

I te wszystkie rzeczy skracają mu loncik, zatem wskazana jest łagodność dla samego siebie oraz ewentualnie uprzedzenie bliźnich.

Naukowo potwierdzone

Gdy zaczęłam czytać „Self-reg”, wciągnęły mnie twarde fakty o rozwoju mózgu, korze nowej (to ten kawałek w mózgu, który pozwala racjonalnie myśleć i wyłącza się w stresie) i mózgu gadzim (tak, wszyscy go mamy), o wzajemnym oddziaływaniu naszych mózgów na siebie, układzie limbicznym itd. Lubię naukowe wyjaśnienia różnych zjawisk, szczególnie tych dotyczących człowieka. Podobno dla wielu osób początek książki jest trudny – ja łykałam jak zimne wino, mniam. A potem doszłam do stresorów, które autor dzieli na pięć obszarów: biologiczny, emocji, poznawczy, społeczny i prospołeczny, i zaczęłam je tropić. Bo w self-reg musisz być detektywem stresu i powiem wam, że jest to trudne nawet u samego siebie. A co dopiero u bajtla, który nawet, jeśli już mówi, to sam nie bardzo wie, gdzie go gniecie.

Sztuka polega na tym, żeby go tego nauczyć i teraz niespodzianka, szok i niedowierzanie: trzeba najpierw umieć samemu. I to jest ten moment, w którym mam ochotę wrzucać ludziom tę książkę do skrzynek pocztowych, puszczać w autobusach, nagrywać fragmenty zamiast radiowych jingli i wpisać na listę obowiązkowych lektur.

Jakie to jest dobro, nie macie pojęcia! Bo teoria Shankera naprawdę zmienia wszystko. Na przykład patrzysz na człowieka, powiedzmy trzyletniego, który robi karczemną awanturę w sklepie. I możesz sobie pomyśleć: „Co za niewychowany chłopak, zachciało mu się batona i nie może przyjąć odmowy, bezstresowo wychowany, ta dzisiejsza młodzież!”. Albo możesz pomyśleć tak: „W tym sklepie jest bardzo jasno, głośno i dużo ludzi, to męczy nawet dorosłego. Pewnie dziecko jest zmęczone i zdenerwowane. Tata się nim nie zajmuje, bo musi patrzeć w listę zakupów. Może młodemu spadł poziom energii, wtedy cukier bardzo kusi i odmowa przeważyła szalę stresu”.

„Można i tak, na pewno ogranicza bodźce”

Jeśli dodatkowo jesteś rodzicem tego dziecka, możesz sobie powiedzieć, że ciebie też dotyczy powyższa lista stresorów plus klasyczne „co ludzie powiedzą”. I możesz zacząć od redukcji stresu u dziecka, czyli na przykład przytulić je, ograniczając od razu: hałas, światło i ludzi. Dziecko przestaje krzyczeć, ludzie przestają się gapić, uff, działa. Możesz być w ogóle przygotowany z góry i już na wstępie zapodać bułkę (odpada głód) albo wózek z budką (odpada część bodźców). A jak masz jakiś gorszy dzień, to możesz wybrać pizzę z dowozem, bo przecież wiesz, że jedno z was nie wytrzyma.

A jeśli nie kręcą cię podręczniki…

Oczywiście samo przeczytanie książki nie oznacza, że od następnego dnia życie stanie się usłane różami (to zwłaszcza ten kawałek o trudnym znajdywaniu stresorów). Na szczęście, jak zawsze, internet oferuje wsparcie. W Polsce funkcjonują dwa blogi o self-reg (Self-reg.pl i Dylematki) oraz grupa na fejsie, założona przez tłumaczkę podręcznika, Natalię Fedan. Natalia prowadzi też kursy, w których wcale nie skupia się na odstresowaniu dzieci, tylko rodziców. Kocham tę ideę.

„Self-Reg”, Stuart Shanker (fot. wyd. mamania)

Tym, co najbardziej mnie pociąga w self-reg jest to, że jest dla każdego, niezależnie od wieku – napisała mi Natalia. – Żeby pomóc dziecku nauczyć się samoregulacji, dobrze by było, żeby rodzic potrafił z niej skorzystać – czyli żeby umiał odzyskać spokój w trudnych momentach. Kiedy już nam się to uda, o wiele łatwiej jest znaleźć rozwiązanie problemu i „zarazić” dziecko spokojem. Self-reg sprawdza się też u osób starszych (babcia, dziadek?). No i można z tej perspektywy postrzegać praktycznie wszystkich: panią w banku, kierowcę taksówki czy nauczycieli w szkole dziecka.

U mnie rzeczywiście działa. Mniej się wkurzam na ludzi. To jak – jakie są wasze stresory?

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Luca Olga Machuta-Rakowska
Luca Olga Machuta-Rakowska
Piszę do internetu od ponad dziesięciu lat, najpierw dla agencji interaktywnych i klientów indywidualnych, a obecnie dla IgiMag, Tatento, Kwartalnika Laktacyjnego i na swojej stronie Milk Power. Umiem w social media, blogi i parę innych rzeczy. Lubię NVC, Rodzicielstwo Bliskości i szalenie interesują mnie relacje. Ponad trzy lata temu ukończyłam kurs dla Promotorek Karmienia Piersią i od tej pory działam na poletku laktacyjnym. Pasjami kocham jeść, ale nie cierpię gotować.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Self-reg: metoda wychowawcza dla rodziców “kłopotliwych” dzieci”

  1. Moimi stresorami są ludzie, którzy nie potrafią sami znaleźć swoich stresorów i poradzić sobie z nimi. W konsekwencji ich zdenerwowanie udziela się także mnie, a często kierują nieuzasadniony wybuch złości w moją stronę.
    Powinnam zerwać z chłopakiem 😀

Dodaj komentarz

Zobacz też

KOSMOS DLA DZIEWCZYNEK: „Bęcwagon w zoo”

Jego wysokość król Bęcwagonii, Bęcwagon Czternasty, następca Bęcwagona Dwunastego, obudził się wczesnym rankiem w nastroju bardzo. To pierwsze zdanie nie brzmi najlepiej. Czegoś w nim brakuje. Nastrój nie może być po prostu „bardzo”. Musi być bardzo jakiś. Na przykład bardzo wesoły albo bardzo smutny.
Marcin Wicha
Marcin Wicha
10 kwietnia 2018
CZYTAJ WIĘCEJ