Najlepszy włoski wynalazek obok spaghetti. Rozmowa z Claudią Cardinale

Prawdziwa gwiazda nie zdradza wszystkich tajemnic
8 minut czytania
671
0
Piotr Pluciński
Piotr Pluciński
15 sierpnia 2017

Była muzą mistrzów – Felliniego, Viscontiego, Herzoga – wychowaną w Tunezji włoską pięknością o oliwkowej skórze i orzechowych oczach, kobietą pożądaną i adorowaną. Dzisiaj pozostaje ikoną światowego kina, rok po roku odbierającą nagrody za całokształt twórczości.

Na spotkaniu pojawia się z kilkuosobową świtą, w wielkich przyciemnianych okularach i chmurze ostrych perfum, jak typowa diwa. W bezpośrednim kontakcie okazuje się bezpretensjonalna i serdeczna – gdy raz daje się ponieść wspomnieniom, nie sposób przestać słuchać.

Claudia Cardinale w Krakowie, 2015 rok (fot. praszkiewicz/Shutterstock.com)

Sześć dekad na ekranie, 120 ról, uwielbienie tłumów. A wszystko przez… przypadek: w wieku 18 lat wygrała pani konkurs piękności, w którym nawet nie brała udziału.

Claudia Cardinale: To było w 1957 roku podczas przeglądu kina włoskiego w Tunisie. Ogłaszano wyniki konkursu na najpiękniejszą Włoszkę w Tunezji, a ja stałam pośród publiczności. Nagle ludzie zaczęli wskazywać na mnie palcami. Zostałam siłą wciągnięta na scenę, udekorowana szarfą i ogłoszona zwyciężczynią. To był szok, ale nie oponowałam – nagrodą był wyjazd na festiwal filmowy w Wenecji, a ja bardzo chciałam wyrwać się na świat.

Wenecja była pierwszym pani kontaktem z branżą?

Nie, wtedy miałam już za sobą debiut na ekranie. Ale to w Wenecji dostałam mnóstwo propozycji castingów i niewielkich rólek. Odrzuciłam wszystkie. Przykład brałam z Brigitte Bardot, która powiedziała kiedyś, że aktorka, jeśli chce na dłużej zaistnieć, musi być przede wszystkim tajemnicza. Więc taka byłam. Mówiłam sobie: „Nie zadowolę się byle czym, niech o mnie zabiegają!„.

Cardinale na planie filmowym w 1963 roku

Pisano potem: „Cardinale – włoska odpowiedź na Bardot”.

To był olbrzymi komplement. Uważałam, że Brigitte jest prześliczną dziewczyną. Ale też silną, mądrą, niezależną. Chciałam być jak ona. Przez lata zabiegałam, by z nią zagrać.

I udało się. W 1971 roku zagrałyście w „Królowych Dzikiego Zachodu”.

Tak, to było niesamowite. BB kontra CC, blondynka kontra brunetka. Grałam wcześniej z niezliczonymi amantami – Lancasterem, Nivenem, Curtisem – ale to z nią czułam się najbardziej swobodnie i bezpiecznie.

Film reklamowano jako najgorętszy w swoim gatunku.

I tak było! (śmiech) Ale wtedy wszystko reklamowano seksem.

Nie przeszkadzało to pani?

Byłam z tym pogodzona. To był standard, przynajmniej w Europie: aktorka, która chciała odnieść wielki sukces, musiała liczyć się z eksploatacją własnej seksualności. Jeśli po drodze udało jej się udowodnić, że ma dobry warsztat, uwalniała się od tej łatki i zaczynała dostawać angaż ze względu na swój talent, nie wygląd. Dla mnie początek nie był łatwy. Proponowano mi role kociaków. I to było ok, bo kobieta chce wiedzieć, że jest kobietą. Ale w kontraktach domagano się różnych dziwnych rzeczy – bym nie przybrała na wadze, nie zaszła w ciążę, nie wyszła za mąż – byle zakonserwować moją młodość na dłużej. W pewnym momencie powiedziałam sobie: „Dość!„. Pozwoliłam, by uroda odeszła – nie stosowałam kremów, nie robiłam sobie operacji plastycznych.

Ikoną została pani jednak w młodym wieku. 1963 rok to trzy wielkie filmy z pani udziałem: „Osiem i pół” Felliniego, „Lampart” Viscontiego i „Różowa Pantera” Edwardsa. We wszystkich gra pani wyidealizowany obiekt pożądania – kobietę niemal niemożliwą do zdobycia.

Na swój sposób było to problematyczne. Nagle wszyscy widzieli we mnie wyniosłą piękność i tylko takie role mi proponowano. Ale nie mówmy o tym! Dzisiaj wszyscy chcą rozprawiać o roli kobiety w przemyśle rozrywkowym, o pięknie i seksizmie. Ja starałam się być przede wszystkim zaradna: przyjąć komplement i wykorzystać go na swoją korzyść. Niech widzą we mnie gorącą laskę, niech to uśpi ich czujność. Może się zaskoczą. Zresztą, spójrz na mnie – dawno nie jestem podlotkiem, a ciągle gram.

Młoda Cardinale w 1960 roku

Czy propozycje płynące z Europy różniły się…

Przerwę ci. Wspomniałeś o „Różowej Panterze”, a ja coś sobie przypomniałam. Wiesz, co powiedział mi David Niven podczas kręcenia jednej ze scen?

Co powiedział?

„Claudio, obok spaghetti, jesteś najlepszym włoskim wynalazkiem!”. (śmiech)

Dobrze wspomina pani realizację tego filmu?

Tak, fantastycznie. Nie licząc jednej przygody. Kręciliśmy scenę, w której miałam być trochę pijana. Nie wiedziałam, jak to zagrać. I wtedy pewien Hindus, członek ekipy, z którym się dogadywałam, powiedział mi: „Chodź, zapalimy. Rozluźnisz się”. Siedzimy więc i palimy, ale czuję, że coś jest nie tak. Pytam: „Co to za dziwny smak?”, a on na to: „Haszysz!”. Zbladłam. Chwilę później reżyser zawołał mnie do kręcenia sceny, a ja starałam się zachować profesjonalnie, więc nikomu nie powiedziałam, że jestem upalona. Leżę więc, to chyba była skóra tygrysa, kręci mi się w głowie i plotę coś o słoniach i innych takich. Rozlewam drinka, tracę wątek, i myślę sobie: „Co za katastrofa!”, a wtedy reżyser wrzeszczy: „Cięcie!”, podchodzi do mnie i mówi: „To było doskonałe!„. Był przekonany, że odegrałam całą scenę, podczas gdy ja czułam tylko, że odpływam.

Nigdy nie zabawiła pani w Hollywood na dłużej.

Chcieli mnie tam! Ale chcieli też bym podpisała kontrakt. A ja miałam już jeden w Europie. Nie chciałam kolejnego zobowiązania na długie lata. Ale często bywałam w Stanach. Paul Newman użyczył mi swój dom – poznałam tam wielu wspaniałych aktorów, nakręciłam kilka popularnych filmów.

Który lubi pani najbardziej?

„Świat cyrku”!

Świat cyrku„?! Ma pani w filmografii „Zawodowców”!

Zaskakujący wybór, wiem. Wiedziałam, że to nie będzie dobry film – scenariusz był do bani. Ale pomyśl tylko: miałam zagrać córkę Johna Wayne’a i Rity Hayworth, dwóch ikon amerykańskiego kina. On – dumny kowboj, ona – kipiąca seksem heroina. Wtedy myślałam, że jeśli przejdę do historii, to dzięki temu filmowi. (śmiech)

Czytałem gdzieś, że wykonała pani większość sztuczek kaskaderskich w tym filmie. Któraś była szczególnie niebezpieczna?

Wszystkie! W końcu to były akrobacje na wysokości, z wykorzystaniem profesjonalnego sprzętu. Ale najbardziej niebezpieczna sytuacja spotkała mnie na planie innego filmu. Kręciłam zdjęcia w Miami z Rockiem Hudsonem [na planie „Blindfold” – dop. P.P.] i mieliśmy tam krokodyla. Nie pamiętam już, czy był z nami w jednej ze scen, czy był tylko tłem dla niej, w każdym razie miał swój mały wybieg i opiekuna. Był ogromny. Z Rocka był wtedy niezły łobuz. Ciągle ze mną flirtował i popisywał się. I pewnego razu mówi: „Chodź, zejdziemy do niego i damy mu buziaka”. Zaśmiałam się, ale on już schodził na dół, a ja byłam dla niego tą dziką i szaloną laską z Europy – nie chciałam go rozczarować. Schodząc poślizgnęłam się i upadłam tuż przy paszczy stwora, a on kłapnął wielkimi szczękami. Tylko refleksowi opiekuna, który w odpowiednim momencie szarpnął za łańcuch, zawdzięczam, że nie straciłam wtedy nogi.

Cardinale jako Jill McBain w „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie”

Lubi pani ryzyko.

Błagam! Grałam w „Fitzcarraldo”! (śmiech)

Przygoda życia?

Tak. Chyba tak. Wyobraź sobie: Amazonia, ci wszyscy nadzy Indianie, Herzog, Kinski.

Kinski dawał się pani we znaki?

Jasne, to psychol! (śmiech) Ale starał się hamować. Chyba mu się podobałam. A może się mnie bał? Chodził obok na paluszkach.

Herzog, Kinski, Fellini, Visconti, Wayne. Czuje się pani muzą?

Miałam po prostu dużo, dużo szczęścia. Coś ci powiem, może wyda się to zaskakujące: nie zostałam aktorką, by być popularna, podziwiana i szanowana. To wszystko oczywiście stało się częścią mojego życia, ale nie to mną kierowało. Zostałam aktorką, bo chciałam wieść wspaniałe życie – poznawać wielkich aktorów, bywać w niezwykłych miejscach, robić rzeczy, o których nie śniłam. Gdy teraz rozmawiamy, wydaje mi się, że to się udało.

Cardinale na Festiwalu w Wenecji, 2012 rok (fot. Matteo Chinellato/Shutterstock.com)

A jednak nigdy nie przeszła pani na emeryturę.

Mogłabym ci powiedzieć, co jest moim sekretem. Ale pamiętasz, co mówiłam na początku?

Że aktorka musi być przede wszystkim tajemnicza?

No właśnie. (uśmiecha się)

Piotr Pluciński
Piotr Pluciński

Krytyk filmowy i publicysta popkulturowy. Prowadzi stronę Pop Glitch


AUTOR

Polecamy

Komentarze