Zdrowie w kropelkach. Czy Polacy polubią bary kroplówkowe?

Relaks z wenflonem
8 minut czytania
1989
3
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
2 sierpnia 2017

Gdy czuję, że zbliża się kryzys, zamiast brać sterydy, idę do kliniki witaminowej na  przygotowaną specjalnie dla mnie kroplówkę, która stawia mnie na nogi – mówi Agnieszka Robakiewicz, u której 12 lat temu zdiagnozowano stwardnienie rozsiane.

Plac zabaw, park, kino, galeria handlowa – to miejsca, w których lubimy bywać w towarzystwie rodziny. Okazuje się, że dołączył do nich jeszcze jeden obiekt – klinika witaminowa, nazywana powszechnie barem kroplówkowym. Tak przynajmniej wynika z obserwacji Ewy Ingielewicz, która od trzech lat prowadzi taki bar w Warszawie. – W tym czasie liczba klientów przychodzących na terapię witaminową bardzo wzrosła, bo informacje o naszej działalności rozprzestrzeniają się pocztą pantoflową. Przychodzą mamy, ojcowie oraz dzieci i dla każdego „szyjemy” kroplówkę na miarę, dostosowując ją do potrzeb organizmu – mówi.

Agnieszka Robakiewicz (fot. Mariusz Gątarczyk)

Włosy maratończyka i paznokcie weganina

Co otrzymuje organizm wraz z taką spersonalizowaną kroplówką? Wsparcie w postaci mikroelementów, takich jak sód, potas, magnez czy wapń, oraz witamin: A, C D, E  i tych z grupy B. Wszystko w konfiguracjach, proporcjach i z częstotliwością dostosowaną do konkretnego pacjenta.

Wlew dożylny zawsze poprzedza spotkanie z lekarzem, który przeprowadza wywiad z klientem i zleca badania. To, co zaleci, zależy od trybu życia, nawyków żywieniowych i niedomagań pacjenta. Czego innego będzie potrzebował maratończyk, który niedawno pokonał kilkadziesiąt kilometrów, czego innego stroniący od zwierzęcych białek weganin, a czego innego zabiegany i zmartwiony kondycją swojego konta bankowego biznesmen. O tym, jakie potrzeby kroplówkowe ma pacjent, specjalista jest w stanie zorientować się już po stanie jego cery, włosów i paznokci, a także „wklęsłości” lub „wypukłości” brzucha.

Kop dla ciała

Do kliniki witaminowej przychodzą m.in.: sportowcy, by się nawodnić i odzyskać zgubioną na treningach energię; panie, by pozytywnie wpłynąć na swoją urodę, osoby potrzebujące detoksykacji, nie tylko po nadmiernie zakropionej biesiadzie; ludzie starsi, chcący pobudzić do działania spowolniony metabolizm; a także pacjenci borykający się z rozmaitymi schorzeniami, przy których kroplówki działają wspomagająco. – Około 30 proc. naszych pacjentów to osoby chore na nowotwory i schorzenia neurologiczne, np. stwardnienie rozsiane – mówi Ewa Ingielewicz. – Przedstawiciele tej pierwszej grupy odwiedzają nas między kolejnymi wyniszczającymi organizm chemioterapiami, żeby go zregenerować.  Natomiast reprezentanci tej drugiej grupy muszą suplementować niektóre witaminy – dodaje.

Na czym polega wyższość suplementacji dożylnej nad doustną? Na efektywności i szybkości działania

Życie okradzione z witamin

Ewa Ingielewicz, z zawodu doradca żywieniowy, dość długo mieszkała w Stanach Zjednoczonych i to właśnie tam, w miejscu, w którym kliniki witaminowe są powszechne, zrodził się pomysł, by taką placówkę otworzyć również w Polsce. Za oceanem już ponad 50 lat temu znany był tzw. koktajl Myersa, skomponowany z magnezu, wapnia oraz witamin B oraz C. John Myers, lekarz z Baltimore, stworzył go, by łagodził objawy zmęczenia i napięcia mięśniowego u swoich pacjentów. Dziś po dożylne kompozycje sięgają masowo zarówno celebryci, jak i „zwykli” Amerykanie. Zresztą również Europejczycy nie stronią od takiej formy profilaktyki i wspierania organizmu.

Na czym polega wyższość suplementacji dożylnej nad doustną? Na efektywności i szybkości działania. – Zawartość kroplówki natychmiast trafia do krwiobiegu i wchłania się w całości, powodując, w zależności od podanego preparatu, nawodnienie, regenerację lub oczyszczanie organizmu – tłumaczy Ingielewicz. – Tymczasem środki doustne muszą być przez organizm przetworzone, co zabiera sporo czasu. Poza tym wchłaniają się one na poziomie 30–40 procent. A jeśli pacjent ma jeszcze problemy z układem pokarmowym, to doustne uzupełnianie niedoborów jest po prostu nieskuteczne.

A czy w ogóle suplementacja jest potrzebna ludziom, którzy nie odczuwają żadnych dolegliwości? – W dzisiejszych czasach tak, ponieważ nasze jedzenie jest często nieekologiczne i ubogie w witaminy – mówi właścicielka witaminowej kliniki. –  Do tego dochodzą używki, takie jak kawa, herbata i alkohol, oraz stres. A to złodzieje okradający nasze życie z substancji odżywczych.

Dla niektórych czas spędzony z kroplówką to po prostu relaks

Niekiedy trzeba pomóc organizmowi, pobudzić go do działania. I taką funkcję na spełniać bar kroplówkowy. Ale te igły, wkłucia, ograniczenia ruchowe w trakcie podawania kroplówki, która przepływa do organizmu od 40 minut do półtorej godziny? Czy to nie wygląda trochę przerażająco?

Żyły otwarte na świat

Pacjenci przekonują, że nie. – Dla mnie to relaks – mówi Agnieszka Robakiewicz, która z kroplówek w warszawskim barze korzysta od początku jego istnienia. – Po tym jak wprawna ręka pielęgniarki założy wenflon, można się wygodnie rozsiąść w fotelu i spędzić miło czas w towarzystwie laptopa, gazety albo innych wielbicieli kroplówek, którzy akurat też dożylnie wchłaniają witaminy, a doustnie – wodę lub herbatę. Do takich przybytków przychodzą ludzie świadomi, wyedukowani, więc rozmowy z nimi są interesujące – regularnie spotykam na przykład dziewczynę, która mieszka w Anglii i przyjeżdża do nas specjalnie na kroplówki, ponieważ za granicą są one kosztowne. Ale można też milczeć, zapominając o codziennym zabieganiu i chaosie – śmieje się pacjentka.

Agnieszka Robakiewicz, specjalistka w dziedzinie ekonomii i marketingu pracująca w branży medycyny estetycznej, początkowo była nastawiona sceptycznie do usług klinik witaminowych. Aby się do nich przekonać lub na dobre zniechęcić, postanowiła przeprowadzić na sobie eksperyment. Nadużyła alkoholu, by sprawdzić, czy kroplówka rzeczywiście, tak jak informowały wszystkie publikacje, jakie wpadły jej w ręce, doskonale niweluje skutki kaca. – Byłam bardzo zmęczona i dokuczał mi potworny ból głowy – wspomina pani Agnieszka. – I nie mogłam uwierzyć, że podczas kroplówkowego seansu już po półgodzinie wszystkie te przypadłości zaczęły ustępować, a ja poczułam się jak nowo narodzona.

Pomimo choroby Agnieszka Robakiewicz żyje bardzo intensywnie – twierdzi, że kroplówki bardzo jej w tym pomagają (fot. Mariusz Gątarczyk)

Kroplówki zamiast sterydów

Jednak Agnieszka Robakiewicz nie przychodzi do  kliniki witaminowej z powodu kaca. Sprowadza ją tu stwardnienie rozsiane (SM), które zdiagnozowano u niej 12 lat temu. To nieuleczalna choroba neurodegradacyjna. – Gdyby nie moja determinacja i walka, dzisiaj  jeździłabym na wózku inwalidzkim – mówi nasza rozmówczyni, osoba niezwykle aktywna, podróżująca po świecie i ciekawa ludzi. Pierwsze zwycięstwo nad chorobą, jakie odniosła, polegało na jej zaakceptowaniu, co, jak podkreśla, nie było łatwe. A kolejne zwycięstwo, jakie odnosi codziennie, to utrzymywanie wiatru w żaglach, który pozwala jej osiągać pełnię życia. Chorobie przeciwstawia się nie tylko nietuzinkową osobowością, ale także wzmacniającymi mięśnie ćwiczeniami i odpowiedniej diecie. Jak twierdzi, jeszcze jednym bardzo istotnym elementem są właśnie kroplówki. – Zazwyczaj biorę cztery bomby witaminowe w miesiącu, zaopatrujące mój organizm w niezbędne przy SM witaminy D oraz te z grupy B, a także w elektrolity. Później mam przerwę, ale na kroplówki wracam regularnie.

Przy stwardnieniu rozsianym występują fazy zaostrzenia choroby, kiedy pacjent nie może podnieść się z łóżka z powodu całkowitego odpływu sił, poza tym ma takie objawy jak niedowłady czy niedowidzenie. Wtedy podaje się sterydy. – Nie brałam ich od 10 lat – mówi Agnieszka Robakiewicz. – Kiedy czuję, że zbliża się taki kryzys, po prostu idę na kroplówkę, która szybko stawia mnie na nogi. To bardzo skuteczne i wygodne rozwiązanie. Chciałabym, aby kiedyś tego typu terapię finansowało państwo, bo jest ona dość droga. Ale poza tym ma same zalety.

Pomoc dla wykolejonego zdrowia

Za jeden dożylny wlew zapłacimy od 80 do 400 złotych. Ale chętnych jest coraz więcej. Na tyle dużo, że Ingielewicz niedawno otwarła bar w Szczecinie, a niedługo uruchamia drugą placówkę w stolicy. W całej Polsce działa obecnie kilkanaście takich obiektów. Jednak zainteresowani muszą być świadomi, że są dolegliwości, przy których koktajle witaminowe należy podawać z dużą ostrożnością. To m.in. alergia na któryś ze składników kroplówki, nadciśnienie czy choroby nerek. Dlatego terapię przeprowadza się zawsze pod kontrolą lekarzy i pielęgniarek.

Terapia kroplówkowa nie jest cudownym środkiem – mówi Ewa Ingielewicz. – Ale rewelacyjnie wspomaga chory i osłabiony organizm. Jeśli nasze zdrowie się wykolei, pomaga wrócić mu na właściwe tory, wzmacniając, regenerując i przywracając wewnętrzną równowagę. Witaminy i elektrolity podawane dożylnie działają wspomagająco m.in. przy takich schorzeniach jak cukrzyca, miażdżyca, bóle kostno-stawowe, reumatoidalne zapalenie stawów czy depresja – wymienia.

„Terapia kroplówkowa nie jest cudownym środkiem, ale rewelacyjnie wspomaga chory i osłabiony organizm”

Drip love po polsku?

Niefrasobliwi i skłonni do szaleństw mieszkańcy Las Vegas kochają bary witaminowe do tego stopnia, że na ulicach tego miasta spotkać można drip busy, w których zainteresowani łagodzą skutki burzliwych alkoholowych nocy. Natomiast poważni, pracowici i powściągliwi Japończycy korzystają z klinik witaminowych z innych przyczyn – by poprawić koncentrację, zniwelować stres i odpędzić bezsenność.

A jaki stosunek do dożylnej terapii witaminowej będą mieli Polacy? Czy rozwinie się ona w ogólnopolski trend, rodzinny rytuał? Jeśli tak, na pewno nie będzie zawdzięczać tego naszym lekarzom, którzy w większości wolą radykalne rozwiązania. Dlatego pacjentowi z przeziębieniem raczej wręczą receptę na antybiotyk, a nie skierowanie na witaminową kroplówkę, która mogłaby zmobilizować organizm do walki z infekcją.

Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska

Obserwuje, słucha, czyta i podróżuje. A potem nie może się powstrzymać, żeby o tym nie napisać. Pytanie, które najczęściej zadaje, brzmi: co o tym myślisz? Interesuje ją wszystko, co niekonwencjonalne i wyprzedzające epokę. Jest żądna wiedzy, ciekawa świata i ludzi.


Od kilkunastu lat pracuje jako dziennikarka. Pisała dla takich tytułów, jak „Trendy Art of Living” czy „Dziennik. Gazeta Prawna”.


Uwielbia Włochy i mistykę. Z wielką determinacją próbuje nauczyć się włoskiego. Nie lubi zimna, tłumu i hałasu. Jest uzależniona od kina, więc wolny czas najchętniej spędza w ciemnej sali kinowej. Często jeździ na rowerze i ćwiczy jogę. Do siebie i życia podchodzi z dystansem. Czasami chciałaby być niewidzialna.


AUTOR

Komentarze