Bezstresowe wychowanie: gdzie jest granica między dyscypliną a pobłażaniem?

O pojęciu, które nie powinno istnieć
14 minut czytania
1057
6
Luca
Luca
26 września 2017

„Wychowanie bezstresowe” to pojemne określenie, szczególnie ulubione przez dorosłych, którzy mieli okazję zetknąć się z nieprzyjemnym zachowaniem cudzego dziecka. W każdej internetowej dyskusji o maluchu krzyczącym w sklepie nieuchronnie pojawi się komentarz o rozwydrzonych, bezstresowo wychowanych bachorach. Czy rzeczywiście da się wychować dziecko bezstresowo?

Samo pojęcie powstało w połowie XX w. w oparciu o publikację amerykańskiego pediatry, dr Benjamina Spocka. Jest to określenie potoczne, nie będące tak naprawdę nazwą żadnej spójnej metody czy filozofii i można je rozumieć na wiele sposobów. Wydaje się, że dla większości dorosłych oznacza usuwanie dziecku z drogi wszelkich przeszkód i stresów, a także niestosowanie nakazów, zakazów i kar. Pochylmy się nad tym po kolei.

Po pierwsze – czy da się wychować dziecko bez stresów? Pierwsze stresy towarzyszą człowiekowi już w życiu płodowym: może to być hałas, ból albo po prostu negatywne emocje matki, które płód także czuje. Później następuje poród, który jest prawdopodobnie największą traumą w naszym życiu. Następnie noworodek po raz pierwszy w życiu doświadcza zimna, głodu, nieprzyjemności związanych z badaniami lekarskimi, często także samotności. Mając zaledwie dwie doby dziecko odczuło już wiele rodzajów stresu i nawet najbardziej troskliwy rodzic nie jest w stanie ich zlikwidować. Są one częścią życia, tak jak później stresy związane z niemożnością porozumienia u dziecka, które nie mówi, z koniecznością oczekiwania na pomoc, gdy jest głodne lub marznie. W wieku przedszkolnym będzie musiało poczekać na zabawkę, której używa ktoś inny i doświadczyć trudności związanych z życiem w grupie. W międzyczasie pozna czym jest nagły hałas, nadmierne światło, ból brzucha, upał, uderzenie się w głowę przy upadku… Już widzicie? Nie istnieje życie bez stresu, nie może więc istnieć wychowanie bez stresu.

Liże szybę? Bezstresowe wychowanie!

Do kałuży w białych śpioszkach

Po drugie – usuwanie przeszkód, rozumiane także jako dawanie dziecku wszystkiego, czego zapragnie. Rozwój małego dziecka jest dużym wyzwaniem dla niego samego. Próba sięgnięcia ręką do własnych ust, nauka chwytania widelca i przykrywania się kołdrą, pierwsze próby chodzenia, nauka mówienia i rozmowy – no nie jest lekko. Przeszkadza własne małe ciało, a czasem także czynniki zewnętrzne. Nie ma nic złego w posprzątaniu podłogi, żeby maluch miał gdzie trenować pierwsze kroki, tak samo jak w pozwoleniu na chodzenie na bosaka po dworze, żeby poznał różne faktury. Być może jednak rodzic chcący oszczędzić dziecku frustracji kupi mu chodzik lub będzie je przedwcześnie prowadził za rączki – to są przykłady szkodliwego postępowania, wynikającego jednak raczej z nieznajomości zasad rozwoju małego człowieka, niż z takiej czy innej filozofii rodzicielskiej.

Tu dygresja: gdy nasza córka była na etapie uporczywego trenowania kroków, pozwoliliśmy jej iść pieszo do domu w deszczowy dzień. Traf chciał, że miała na sobie białe półśpiochy (to takie spodnie połączone ze skarpetkami) i żadnych butów, ale miała też palącą potrzebę samodzielności. Spojrzenia przechodniów były raczej rozbawione, za to gdy opisałam nasze popołudnie na Facebooku, okazało się, że jesteśmy kompletnie nieodpowiedzialnymi, „bezstresowo wychowującymi” rodzicami, którzy pozwalają dziecku zniszczyć spodnie, bo miało taki kaprys. To dobry przykład różnicy między podmiotowym podejściem do dziecka i patrzeniem na jego potrzeby, a dyscypliną wynikającą z innego ustawienia priorytetów. Dla nas priorytetem był pęd córki do nauki chodzenia – również wtedy, gdy mokro i brudno. Być może dla kogoś innego ważniejsze byłyby czyste spodnie lub szybkie dotarcie do domu – i to też jest okej, bo wszystko zależy przecież od sytuacji. Owszem, spodnie były tanie.

Zachcianki i potrzeby

To jest też dobry przykład związany z dawaniem dziecku tego, czego zapragnie. W rodzicielstwie bliskości – często mylonym z „bezstresowym wychowaniem” – jest mowa o potrzebach dziecka. Potrzeby to nie to samo, co zachcianki, a zadaniem rodzica jest je odkryć. Jeżeli dziecko w sklepie krzyczy o czekoladę, to jego rzeczywistą potrzebą może być głód lub niedobór energii (np. związany z hałasem w markecie). Jeśli zaś ucieka z wózka w kałużę, to może potrzebuje ruchu, chłodu, niezależności lub doświadczeń sensorycznych. W owym mitycznym bezstresowym wychowaniu mityczny rodzic da dziecku czekoladę, ale czy w ten sposób uchroni je przed stresem? Niekoniecznie, bo małowartościowe jedzenie także jest dla organizmu stresem, a na hałas nie pomaga.

Bez kaloszy? Bezstresowe wychowanie!

Po trzecie: nakazy i zakazy. Czy w ogóle istnieje na świecie rodzic, który niczego dziecku nie zakazuje? Wątpię; granice są nieodłączną częścią troski o życie dziecka. Nie wybiegamy na ulicę, nie wkładamy palca do gniazdka elektrycznego, nie bawimy się domestosem, nie liżemy lady w aptece (no dobra, w miarę możliwości) i tak dalej. Pytanie tylko, w jaki sposób będziemy dbać o przestrzeganie ich. O ile zrozumiałe jest, że biegnące na ulicę dziecko złapiemy i odciągniemy, o tyle już krzyczenie na nie za to, że pobiegło, nie ma sensu. Dziecko nie biegnie na ulicę dlatego, że chce nam zrobić na złość wpadając po samochód. Biegnie, bo w danej chwili nie jest w stanie opanować tego impulsu (część mózgu odpowiedzialna za powstrzymywanie się rozwija się około 24 lat, i to w sprzyjających okolicznościach). Do tego maluch może sobie zapamiętać, że gdy biegnie za wolno i da się złapać, rodzic je skrzyczy. Mało fajnie.

Współczesna pedagogika odchodzi od kar

Ponieważ jednak dziecko musi doświadczać świata, niektórzy rodzice starają się nie stawiać zbyt wielu zakazów, a raczej umożliwiać maluchom swobodny rozwój. To chyba właśnie takie wychowanie najczęściej podpada pod etykietkę „bezstresowego”: gdy pozwalamy na zabawę jedzeniem, włażenie w błoto i płacz w miejscu publicznym. Tymczasem te zabawy są potrzebne do prawidłowego rozwoju, co do płaczu zaś, to naprawdę dzieci nie płaczą specjalnie po to, żeby wkurzyć tę panią i tego pana. Płaczą lub krzyczą, bo się źle czują i rodzic ma do wyboru zaspokoić potrzebę dziecka lub znosić krzyk. Otoczenie – no przykro mi – podobnie. Nawiązując do niedawnej sytuacji w warszawskim autobusie: jeżeli mały człowiek krzyczy i źle się zachowuje w takim miejscu, to najpewniej ze zmęczenia, możemy więc jak najszybciej dowieźć go do domu albo opuścić autobus. Tylko wtedy zmęczony, może głodny, może zmarznięty maluch będzie musiał dłużej pocierpieć, podobnie jak pasażerowie następnego autobusu.

Po czwarte: kary. Rodzic niestosujący kar często otrzymuje etykietkę „bezstresowego”. Ja nazwałabym go raczej wykształconym – dziś bowiem wiemy już dokładnie, jak kary działają na rozwój i dlaczego wcale nie pomagają wychować światłego dorosłego. Przy czym to samo dotyczy kar ukrytych pod słowem „konsekwencje”, czyli zapowiedzianych lub niby to logicznie powiązanych z zachowaniem dziecka. Dla rodzica wiedzącego trochę o rozwoju dziecka i traktującego to dziecko podmiotowo – stosowanie kar nie ma sensu. Na szczęście obecnie uczy się o tym już na pierwszym roku pedagogiki, jest więc szansa, że niedługo rezygnacja z kar nie będzie już tylko fanaberią niewielkiego procenta rodziców.

Nie bij siostry, bo się spocisz – wszystko przez bezstresowe wychowanie.

Podsumowując, często to, co określamy „wychowaniem bezstresowym”, to tak naprawdę zespół naszych wyobrażeń o tym, jak postępują rodzice i dlaczego tak postępują. Często oceniamy na podstawie jednego zachowania (ich lub dziecka), nie znając całego obrazu, ale jeszcze częściej po prostu mamy nierealne oczekiwania do co dzieci. Nie mamy też zwykle świadomości, że małe dziecko – jak każdy człowiek zresztą – styka się ze stresem codziennie w sposób zupełnie naturalny i nie ma potrzeby dokładać mu wymyślonych wyzwań „dla zasady”. W ogóle, odkąd jestem matką, mam wrażenie, że wiele kontrowersji wokół rodzicielstwa zniknęłoby, gdybyśmy jako społeczeństwo wiedzieli trochę więcej o rozwoju człowieka od narodzin do dorosłości. Może wprowadzić to jako obowiązkowy przedmiot w szkołach?

Luca
Luca

Piszę do internetu od ponad dziesięciu lat, obecnie dla IgiMag, Kwartalnika Laktacyjnego i na swojej stronie Milk Power. Trzy lata temu ukończyłam kurs dla Promotorek Karmienia Piersią i od tej pory robię w cyckach. Lubię NVC, Rodzicielstwo Bliskości i w ogóle relacje zamiast reakcji. Kocham jeść, nie cierpię gotować. Imię i nazwisko posiadam, ale nawet mama mówi do mnie: „Luca”.


AUTOR

Komentarze