Co zamiast Peweksu? Zabawki, którymi bawiliśmy się w PRL-u

Ersatze z demoludów też dawały radę!
6 minut czytania
1868
1
Wojciech Przylipiak
Wojciech Przylipiak
2 września 2017

Klocki Lego, matchboksy, gry elektroniczne, konsole, figurki bohaterów bajek – gdyby taki zestaw wymienić w odniesieniu do PRL-u, pewnie każdy pomyślałby „O! Takie rzeczy pamiętam z Peweksów”. Ale umówmy się, nie każdego było stać na duńskie czy brytyjskie zabawki za dolary albo bony PKO. A czymś się jednak bawiliśmy.

Ja miałem to szczęście, że dwa razy do roku (oczywiście na święta) moi rodzice szli do sklepu z „zachodnimi” obiektami pożądania  i przynosili mnie i mojemu bratu po jakimś zagranicznym skarbie. Kiedy jednak zużyliśmy nasze matchboksy na murkach i w podwórkowej piaskownicy i zgubiliśmy wystarczająco dużo klocków Lego, żeby nie być już wstanie złożyć naszego zestawu, bawiliśmy się swojskimi zamiennikami pięknych zabawek zza berlińskiego muru. W naszym, płynącym paprykarzem, wodą brzozową i Carmenami, kraju nie brakowało produktów, które łudząco (z premedytacją lub nie) przypominały bardziej kolorowe oryginały z Zachodu.

pewex
Dziś wspomnienie Peweksu blaknie… fot. CC BY-SA 3.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0)], Wikimedia Commons

PeBe jak Lego

Jednym z najlepszych prezentów, który pamiętam z dzieciństwa, był zestaw Lego z nieistniejącej już serii „Space”. Pierwsze modele pojawiły się pod koniec lat 70. Ludziki miały wtedy jeszcze tylko zarys ust i oczy, bez żadnych bród czy włosów. W ogóle mało było klocków z jakąkolwiek grafiką, nadrukiem. A czym bawiliśmy się jak nie było duńskich klocków pod ręką? Na przykład enerdowskimi klockami PeBe wytwarzanymi od lat 50. w zakładach Plastica Bad Kosen. Były bardziej toporne niż Lego, bez logo na wypustkach. Trudniej też było odłączyć je od siebie – czasem przydawały się zęby. Były dostępne modele samochodów, budynki, rakiety itp. Podobnie jak Lego miały nadruki, na przykład światła w modelach samochodów. Do tego klocki imitujące szyby, drabiny itp.

klocki
Prawie jak Lego!

Konkurentem PeBe były inne klocki naszych zachodnich sąsiadów – Formo oraz nasz odpowiednik, klocki Domet z logo podejrzenie przypominającym duńskiego protoplastę. Domet miał w swoim katalogu samoloty z logo LOT-u, pojazd milicji i… samochód rozwożący pieczywo.

Samochodziki z kiosku „Ruchu”

W Peweksie, raz na jakiś czas, rodzice kupowali mi też matchboksy. Najfajniejsze były te z otwieranymi drzwiami, przyczepką albo innym dodatkowym elementem. W przerwach między zabawą zachodnimi pojazdami można było pojeździć naszymi „kioskowcami”. Tak nazywane były plastikowe samochodziki, które można było kupić w kioskach „Ruchu”.

kioskowce
Kioskowce miały swój wdzięk

W ich przypadku nie było co liczyć na rozbudowane konstrukcje, Fordy Mustangi czy Datsuny. Producenci skupili się na modelach samochodów królujących na naszych ulicach: Fiatach, Nysach czy Polonezach. Nyski były fajne, dzięki różnym napisom: pogotowie ratunkowe, pomoc drogowa, pogotowie energetyczne, milicja itp. Ciężko było je nazywać „żeleźniakami”, jak mówiło się o matchboksach, bo nie licząc osi kół, całe były z plastiku. Zdarzało się, że nie miały przednich szyb, dzięki czemu było widać ich wnętrze. Okratowane szyby kiosków kryły też inne skarby, wśród których prym wiodły żołnierzyki i modele do sklejania.

Flipery i „Elektronika”

Jedną z najlepszych rozrywek lat 80. w naszym małym miasteczku było chodzenie do salonu gier. Nie trzeba było nawet grać żeby przeżywać emocje, wystarczyło patrzeć, jak kolega za swoje żetony może zasuwać samochodami, nawalać się w karate albo zbijać miliony na fliperach. Kiedy już wszystkim kończyły się żetony wracaliśmy na podwórko żeby pograć we własne „flippery”. Ja miałem „Polowanie na dzikie ptactwo”. Kawałek pomalowanej w ptaki dykty, kilka dziur, metalowe elementy, kołowrotki, rama z drewna i już, była zabawa. Trafienie kulką (używaliśmy tych z łożysk rowerowych) w różne dziurki skutkowało odpowiednią punktacją.

Tyle emocji!

Były też inne rodzaje flipperów. Pamiętam bardziej rozbudowaną plastikową „Inwazję” z kosmicznymi motywami, ale były też zwykłe kawałki blachy z drewnianym blacikiem z dziurkami i gwoździami. Kiedy nie graliśmy we flippery, braliśmy do ręki piłkarzyki z zawodnikami na sprężynach i spędzaliśmy długie godziny wbijając sobie gole

Na przełomie lat 80. i 90. wielu kumpli na podwórku miało już komputery Commodore albo Atari, ale wcześniej jedyną elektroniką z jaką mieliśmy do czynienia była… „Elektronika” – czyli radziecka odpowiedź na Game Boya. Producent z ZSRR, zajmujący się produkcją m.in. kalkulatorów i zegarków, stworzył cykl gier takich jak: „Polowanie„, „Wyścigi”, „Ośmiornica” czy najbardziej popularne „Jajka”, które do koszyka zbierali Wilk z Zającem albo Myszka Miki. Wystarczyły dwie małe bateryjki i już można było poszaleć w rytm charakterystycznych dźwięków. Tutaj możecie sobie pograć w takie cuda online.

Grałeś kiedyś w Ameproda?

Kiedy na Zachodzie dzieciaki szalały przy Pongu i innych konsolowych klasykach, my też mieliśmy swoje magiczne pudełko z grami podłączane do telewizora. Była to gra wideo o mało przyjaznej nazwie Ameprod. Produkowała ją wrocławska Elwra na przełomie lat 70. i 80. Można było na niej pograć m.in. w tenisa, hokeja albo pobawić się w strzelanie. Tutaj zamiast topornego joysticka z pokrętłem trzeba było użyć specjalnego pistoletu o miłej nazwie „videotraf”.

Na deser krótka zabawa Ameprodem w filmie „Bohater roku” Feliksa Falka z 1986 roku. Konsolą zachwyca się sam Jerzy Stuhr.

Kolekcjonowałem jeszcze gadżety z ulubionego programu, „Muppet Show” Jima Hensona. Zachwycałem się przygodami Gonzo, Kermita i, przede wszystkim, perkusisty Zwierzaka. Kiedy bajka się kończyła brałem do ręki swoje figurki i odgrywałem różne scenki. Były pomalowane jakby zrobił to ktoś niewidomy i źle odlane, ale były. No i moi ulubieni i najlepsi: Waldorf i Statler, czyli dwaj zgryźliwi tetrycy. Oto klasyczna próbka możliwości mistrzów ciętej riposty.

Statler: Myślę, że to przedstawienie nasuwa bardzo ważne pytanie.
Waldorf: Jakie?
Statler: Po co oni to robią?!

muppety
I tak nic nie przebije amatorszczyzną tych figurek…
Wojciech Przylipiak
Wojciech Przylipiak
Dziennikarz, przede wszystkim muzyczny. Zbieracz zabawek, komiksów i innych przedmiotów z epoki Commodore i Składnic harcerskich. Wszystko trzyma w domu - nie jest łatwo. Prowadzi bloga Bufet PRL.
AUTOR

Komentarze