Czy Uber kończy w Polsce swój kurs?

Rząd zakłada blokadę na aplikację i tym samym na naszą wolność wyboru
11 minut czytania
1396
8
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
30 września 2017
AlesiaKan/Shutterstock.com

Uber, firma, która dzięki aplikacji mobilnej świadczy usługi transportowe, kojarząc pasażerów z kierowcami za pośrednictwem smartfonów, ma w naszym kraju już milion klientów. Ale na, przedstawionych właśnie przez rząd, nowych przepisach regulujących kwestię przewozu osób raczej daleko nie zajedzie. Czy to początek końca Ubera w Polsce?

Uber, który został powołany do życia w San Francisco w 2009 roku, określany jest mianem market disruptor, czyli firmy robiącej coś zupełnie nowego, co prowadzi do przemodelowania rynku. Model działania jest taki: podać pasażerowi imię i nazwisko kierowcy oraz numer rejestracyjny samochodu, którym ma odbyć podróż, a także umożliwić obserwowanie położenia pojazdu na mapie. Rozliczenia odbywają się przez internet, ponieważ przewoźnik nie dysponuje ani taksometrem, ani kasą fiskalną.

Dostępny, szybki i bezgotówkowy

Usługi firmy spotkały się z tak dużym zainteresowaniem, że dziś działa ona w 400 miastach rozsianych w ponad 60 krajach. W Polsce z przewozów mogą korzystać mieszkańcy Warszawy (w której przedsiębiorstwo zadebiutowało w 2014 roku), Krakowa, Wrocławia, Poznania, Łodzi, Śląska oraz Trójmiasta.

Klienci cenią Ubera za niższe ceny przejazdów, powszechną dostępność, krótki czas oczekiwania na usługę, wysoki poziom bezpieczeństwa i możliwość bezgotówkowej transakcji. Kierowcy użyczający swoich samochodów są z kolei zadowoleni z możliwości dorobienia lub zarobienia, bo 20 proc. spośród nich przed zawarciem umowy z amerykańskim start-upem nie miało zatrudnienia.

W Bangkoku Uber bez problemu może wjechać nawet na lotnisko (fot. Yaoinlove/Shutterstock.com)

Prawo kontra technologie

Skoro jest tak idyllicznie, to skąd zamieszanie wokół przewoźnika? Państwo ma z nim problem, bo wymyka się wszelkim regulacjom. Jego działalność właściwie ogranicza się do dostarczania aplikacji i zarządzania nią. Trudno nie zauważyć, że w biznesowy plan jego działania wprzęgnięta jest skłonność do pomijania prawa, dotyczącego usług przewozowych.

Ale do tej pory Uber sofistycznie przekonywał, że nie świadczy takich usług, lecz jest jedynie pośrednikiem, który dostrzegł – zresztą słusznie – że przestarzałe prawo nie nadąża za nowoczesnymi technologiami. Amerykański pośrednik usług transportowych psuje rynek, przygotowuje dogodny grunt do unikania podatków i stanowi nieuczciwą konkurencję dla licencjonowanych kierowców taksówek, wyliczają taksówkarze, którzy „uberowców” nazywają przygodnymi kierowcami. „My kończymy kursy, zdajemy egzaminy, musimy montować taksometry i kasy fiskalne. Kierowców internetowych to nie dotyczy. To nieuczciwe. Czujemy się poszkodowani i uważamy, że rząd tę sprawę powinien wreszcie uregulować”, piszą na forach internetowych.

W czerwcu w Warszawie pracownicy taksówkowych korporacji zorganizowali protest, korkując stołeczne ulice. Dołączyły do nich również inne miasta. Na stronie internetowej Związku Zawodowego „Warszawski Taksówkarz” napisano zaś m.in.: „Państwo chroni przestępców, a nie uczciwych przedsiębiorców. Państwo popiera wyprowadzanie pieniędzy z Polski. Bez opodatkowania. Tak dłużej być nie może”.

Czarne chmury nad Uberem

Co na to państwo? Na jego „werdykt” w tej sprawie wszyscy zainteresowani czekali z niecierpliwością. Pesymiści przepowiadali, że nad Uberem zbierają się czarne chmury. Jednak optymizmem powiało, gdy w czerwcu do sprawy odniosła się wiceminister rozwoju Jadwiga Emilewicz w rozmowie z Radiem dla Ciebie. Powiedziała wtedy: „… bez względu na to, jakie stanowisko przyjmiemy, to internet istnieje ponad granicami, aresztowanie internetu jest właściwie niemożliwe”. Wielu słuchaczy nabrało przekonania, że rząd planuje zlikwidowanie wymogów licencyjnych dla kierowców.

A jednak nie. Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa właśnie przedstawiło projekt ustawy o transporcie drogowym. Wynika z niego, że Uber będzie się musiał zarejestrować jako pośrednik – projekt wprowadza definicję pośrednictwa przy przewozie osób. To pociąga za sobą konieczność posiadania przez kierowców licencji. Raczej trudno sobie wyobrazić, by kierowcy internetowego przewoźnika ruszyli radośnie na kursy i egzaminy uprawniające do otrzymania licencji, biorąc pod uwagę fakt, że dla 70 proc. spośród nich jest to zajęcie dorywcze i dodatkowe. Prawdopodobnie nie przekona ich również to, że opłaty za taki dokument mają być niższe. Za zlecanie kursów kierowcom bez licencji ustawodawca przewiduje karę finansową w wysokości 10 tys. złotych, a także możliwość blokowania aplikacji mobilnej niezbędnej do świadczenia usług przewozowych.

Innymi słowy, zaproponowana przez rząd ustawa jest bardzo dotkliwa dla Ubera. Adrian Furgalski, ekspert rynku transportowego z Zespołu Doradców Gospodarczych TOR, w rozmowie z Pulsem Dnia mówi wręcz, że to koniec Ubera w Polsce. Dodaje, że podobny los czeka inne serwisy pośredniczące w przewozach, takie jak Bla Bla Car.

W tej chwili przygotowany przez rząd projekt jest na etapie konsultacji społecznych. Potem trafi do Sejmu.

Uber dla millenialsów

Komu rząd zrobił dobrze, proponując nowe przepisy dotyczące przewozu osób? Na pewno taksówkarzom, którzy Ubera boją się jak ognia. Czy słusznie? Niekoniecznie. Nie odnotowano bowiem, by w Polsce zmniejszyła się liczba taksówkarskich licencji. Ta profesja ma się dobrze. Zresztą w 2016 roku Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów odrzucił wniosek krakowskich taksówkarzy, którzy zwrócili się do niego z prośbą o interwencję w związku z, ich zdaniem nieuczciwymi, praktykami Ubera. UOKiK nie dopatrzył się uchybień formalnych w działalności amerykańskiego przewoźnika, zwracając uwagę na konieczność dostosowania polskiego prawa do nowoczesnych technologii. Uznał ponadto, że jego obecność na naszym rynku jest dobrym zjawiskiem z punktu widzenia klientów, którzy mają bogatszą ofertę przewozową.

Regulacje w rozmaitych krajach świata coraz częściej nie sprzyjają gigantowi… (Jeramey Lende /Shutterstock.com)

 

Obawy taksówkarzy są tym bardziej nieuzasadnione, że Uber nie ma szans przejąć wszystkich klientów taksówkowych korporacji. Jak pokazują statystyki, ten przewoźnik jest najbardziej atrakcyjny dla tzw. millenialsów, czyli ludzi urodzonych w latach 80. i 90. ubiegłego wieku, biegłych w wykorzystywaniu technologii cyfrowych. W naszym kraju żyje ok. 11 mln takich ludzi, a 48 proc. spośród nich korzysta z aplikacji mobilnych codziennie lub prawie codziennie.

Europa boi się Ubera

Dodajmy, że przeciwko Uberowi występują nie tylko polscy taksówkarze. W 2014 roku przedstawiciele tej profesji z całej Europy zorganizowali wspólny protest przeciwko rzekomo nieuczciwej konkurencji start-upu zza oceanu. Jednak efekt był taki, że dzięki tej akcji wiele osób dowiedziało się o tańszej alternatywie przewozowej – w samym Londynie liczba rejestracji na aplikację Ubera wzrosła wtedy o 850 procent. Niestety, wszystko wskazuje na to, że londyński wątek tego przewoźnika właśnie dobiegł końca.

Kilka dni temu Transport of London odmówił mu przedłużenia licencji na przejazdy w stolicy Wielkiej Brytanii, w której z usług internetowej korporacji korzystało ok. 3,5 mln klientów. Powód? Brak odpowiedzialności korporacyjnej, która może rzutować na bezpieczeństwo klientów. Wcześniej działalność Ubera zakończyła się w takich krajach jak: Węgry, Dania, Włochy, Hiszpania, Holandia, Tajlandia czy Indonezja. Batalię o możliwość świadczenia usług musiał też toczyć w Paryżu i Berlinie.

Psy szczekają, karawana idzie dalej

Uber to najbardziej wartościowa spółka spośród tych, które nie weszły na giełdę: jest wyceniana na 70 mld dolarów, mimo że nigdy nie odnotowała zysku, a w 2016 roku straciła 2,8 mld dolarów. Jej dotychczasową działalność chyba nieźle oddaje powiedzenie „psy szczekają, karawana idzie dalej”. Psy szczekają coraz bardziej zajadle, i to nie tylko te, które przepędzają ją ze swojego terytorium.

Utrata kolejnych rynków to bowiem niejedyny problem Ubera. Firma była oskarżona o niewłaściwe użytkowanie danych klientów, ale w tej sprawie zawarła ugodę z Federalną Komisją Handlu w USA. Poza tym używała tajnej aplikacji Greyball, pozwalającej unikać świadczenia usług klientom „wysokiego ryzyka”, czyli oficerom policji oraz innych służb, którzy zamawiali kursy, by sprawdzić, czy Uber nie wykonuje nielegalnych przejazdów. To nie wszystko. Amerykański departament sprawiedliwości prowadzi sprawę dotyczącą łapówek, które Uber miał płacić zagranicznym rządom, by omijać regulacje obowiązujące w tych krajach. Ponadto głośno o tym, że zarząd start-upu akceptuje agresywną konkurencję wśród pracowników.

Uber boryka się też ze skandalem, który wybuchł, gdy jedna z kobiet zatrudnionych w firmie opowiedziała publicznie o intymnych propozycjach składanych jej przez szefa. Jak się później okazało, molestowanie seksualne jest tam na porządku dziennym. Wreszcie kontrowersje wzbudza sam założyciel Ubera i do niedawna jego szef – Travis Kalanick, słynący ze swojego temperamentu. Jakiś czas temu w sieci ukazało się nagranie pokazujące, jak zbeształ swojego podwładnego: kierowcę, z którym odbywał kurs, za to, że ten odważył się krytykować działalność firmy. Po tych wszystkich aferach, które niczym tornado przetoczyły się nad Uberem, Kalanick, naciskany przez udziałowców, musiał zrezygnować ze stanowiska.

Lekarstwem na całe zło ma być nowy dyrektor korporacji, urodzony w Iranie menedżer Dara Khosrowshahi. To, jak duże są tarapaty, w jakie wpadł Uber, pokazuje stawka, którą zaproponowano nowemu szefowi –  ma zarabiać rocznie ponad 200 mln dolarów. Czy uda mu się wyprowadzić firmę na prostą? Nie wiadomo.

Może okazać się, że już wkrótce z aplikacji skorzystamy tylko poza granicami Polski, a może również Europy (fot. Creative Caliph/Shutterstock.com)

Dorwać aplikacje

Nie wiadomo też, jak poradzi sobie z kłopotem, jaki Uber ma nad Wisłą. Już teraz można jednak powiedzieć, że kłopot ma nie tylko Uber, ale także milion jego polskich klientów, którzy po wejściu w życie nowych przepisów być może będą musieli poszukać dla siebie innych środków transportu. Kłopot będą też mieć kierowcy zatrudnieni przez firmę. Bo mimo utyskiwań krytyków, że amerykański przewoźnik zasypuje rynek śmieciowymi umowami, sami zainteresowani wydawali się zadowoleni z możliwości zarobkowania i elastycznej formy zatrudnienia. Kłopot być może będzie miał też rynek usług przewozowych, bo brak prężnej konkurencji może go trochę popsuć.

Kto zatem, poza taksówkarzami, może być zadowolony ze zmiany przepisów dotyczących  transportu drogowego? Oczywiście sami sprawujący władzę, którzy udowodnili i sobie, i nam, obywatelom, że jednak internet da się aresztować. A ponieważ czyha na nas jeszcze trochę niebezpiecznych mobilnych aplikacji, nie możemy wykluczyć, że i one zostaną spacyfikowane dzięki jakimś nowym ustawom, które pewnie już kiełkują w genialnych głowach decydentów. Zresztą trudno oprzeć się wrażeniu, że na czym jak na czym, ale na przewozie osób znają się oni doskonale. Bo spektakularne kolizje, które co rusz zdarzają się rządowym limuzynom, niechybnie pozwoliły rządzącym zdobyć niemałe doświadczenie w tym zakresie. Możemy więc spać spokojnie.

Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska

Obserwuje, słucha, czyta i podróżuje. A potem nie może się powstrzymać, żeby o tym nie napisać. Pytanie, które najczęściej zadaje, brzmi: co o tym myślisz? Interesuje ją wszystko, co niekonwencjonalne i wyprzedzające epokę. Jest żądna wiedzy, ciekawa świata i ludzi.


Od kilkunastu lat pracuje jako dziennikarka. Pisała dla takich tytułów, jak „Trendy Art of Living” czy „Dziennik. Gazeta Prawna”.


Uwielbia Włochy i mistykę. Z wielką determinacją próbuje nauczyć się włoskiego. Nie lubi zimna, tłumu i hałasu. Jest uzależniona od kina, więc wolny czas najchętniej spędza w ciemnej sali kinowej. Często jeździ na rowerze i ćwiczy jogę. Do siebie i życia podchodzi z dystansem. Czasami chciałaby być niewidzialna.


AUTOR

Komentarze