Jim Lee: „Niewielu ludzi czyta komiksy o Supermanie od 80 lat”

Czy żyjemy w nowej Złotej Erze Komiksu?
8 minut czytania
159
0
Jakub Demiańczuk
Jakub Demiańczuk
28 września 2017
©Luigi Novi (CC BY 3.0, via Wikimedia Commons)

Komiksowe blockbustery pozwalają dotrzeć do czytelników, którzy nie sięgnęliby po komiksy, gdyby nie zobaczyli najpierw tych bohaterów w kinie – mówi słynny amerykański rysownik, którego polscy czytelnicy znają z zeszytów o superbohaterach, wydawanych w latach 90.

Ci, którzy przygodę z opowieściami o superbohaterach zaczynali od zeszytów publikowanych przez wydawnictwo TM Semic musieli zetknąć się z jego twórczością. Czytając kolejne numery „X-Men” czy „Punishera” podziwialiśmy rysunki Jima Lee, który miał stać się jedną z czołowych postaci amerykańskiego komiksu: nie tylko jako artysta, lecz również jako redaktor i scenarzysta, współzałożyciel oficyny Image Comics, a obecnie wydawca w DC Comics. Na Międzynarodowy Festiwal Komiksu i Gier w Łodzi przyjechał promować polskie wydanie „Odrodzenia” – wielkiego rebootu, który nadał nowy kształt komiksowemu uniwersum DC.

„Odrodzenie” to próba odświeżenia świata superbohaterów DC – kolejna w ostatnich latach po „New 52” (w Polsce wydawanych pod szyldem „Nowe DC Comics”). Tymczasem w przyszłym roku będziemy obchodzić 80. urodziny Supermana. Co sprawia, że po tylu latach, wciąż ekscytujemy się komiksami o superbohaterach? Że opowiadamy od nowa te same mity?

Jim Lee: No cóż, zakładam, że jest niewielu ludzi, którzy zaczęli czytać komiksy o Supermanie 80 lat temu i czytają je do dziś. Każde pokolenie czytelników chce poznawać te opowieści, ale nie możemy dawać im wciąż tego samego materiału. Oczywiście sednem są wciąż znane opowieści superbohaterskie, opowieści o prawdzie, sprawiedliwości, walce ze złem. Bohaterowie wciąż mają te same imiona i – z grubsza – tę samą historię pochodzenia, ale cała reszta wymaga ciągłych zmian. Nie tylko po to, żeby lepiej pokazać czasy, w jakich powstawał komiks.

Samo medium też się zmienia, sposób opowiadania, poziom narracyjnego skomplikowania. To wbrew pozorom bardzo trudne zadanie – opowiedzieć o bohaterze znanym od 80 lat, w taki sposób, żeby to było świeże i zajmujące nie tylko dla nowych czytelników, lecz także dla tych, którzy komiksy znają od dawna. Wielu artystów chce dziś wracać do tego, co już było. Mamy cały nurt twórców bazujących na nostalgii za latami 80. Ludzie, którzy wtedy zaczytywali się komiksami, sami je teraz tworzą, więc nic dziwnego, że wracają do czasów dzieciństwa. My jednak, jako wydawcy, wymagamy większej kreatywności. Bo wielu artystów proponuje: zróbmy kolejną wersję opowieści o Batmanie i Jokerze. A ja odpowiadam, że chcę czegoś nowego.

Jim Lee podczas Comikaze Expo 2015 (fot. Betto Rodrigues/Shutterstock.com)

Ale wielu czytelników powie coś w rodzaju: ten nowy czarny charakter jest super, ale to jednak nie Joker.

Jasne. Ale zdarza się przecież, że pojawi się ktoś taki jak Bane – ktoś, kto wstrząsnął światem Batmana i stał się jego nieodłącznym elementem. Oczywiście, łatwiej narysować lub opisać coś, co ktoś już wcześniej wymyślił, jeśli masz jakiś punkt odniesienia, dużo trudniej stworzyć coś od podstaw. Dlatego tak bardzo cenię twórców takich jak Scott Snyder czy Greg Capullo, którzy do świata DC wnieśli tak wiele świeżości. Bazując na doskonale znanym materiale udało im się stworzyć nową jakość, postaci, które wprowadzili do historii o Batmanie okazały się istotne i zmieniły całe uniwersum.

Są jednak pewne elementy tych opowieści, które chyba nie podlegają zmianom. Np. śmierć rodziców Bruce’a Wayne’a – czyli wydarzenie, które sprawiło, że jako Batman wybrał drogę walki ze złem – jest podstawą jego mitu.

W świecie komiksowym wszystko może się zmienić. Bohaterowie umierają i zmartwychwstają, można ich historie pokazywać na różne sposoby. Ale ja mam taką teorię, że komiksowi superbohaterowie przez lata zdobyli swego rodzaju samoświadomość. Oczywiście nie tak dosłownie, ale oni żyją w zbiorowej świadomości czytelników. Więc nawet jeśli drastycznie zmieni się któregoś z bohaterów, w pewnym momencie ta zbiorowa świadomość – poczucie tego, co sobą reprezentuje dany bohater, jaki powinien być – wymusi na twórcach powrót do jego klasycznego wcielenia, do pierwotnej idei tej postaci.

Dzieje się tak dlatego, że bohaterowie są w pewnym sensie wspólną projekcją: scenarzystów, rysowników, redaktorów, wydawców, z których każdy ma swoją wizję danej postaci, a ostateczny efekt jest jakąś wypadkową wspólnych działań. A jednocześnie należą do czytelników, którzy dziś mają istotny wpływ na rozwój bohaterów, choćby dzięki temu, że możemy obserwować reakcje fanów na mediach społecznościowych. „To nie jest mój Hawkman”, „To nie jest mój Flash”, „Co zrobiliście z tym bohaterem”. I gdy ten głos staje się coraz bardziej mocny, coraz donośniejszy, wtedy musimy zareagować.

Czytelnicy zawsze mieli spory wpływ na komiksy i nie chodzi mi tylko o wyniki sprzedaży, które wymuszały albo zmiany, albo zamknięcie tytułu. Czy dziś możliwy byłby taki pomysł, jaki DC miało w latach 80., gdy pozwoliło czytelnikom decydować o śmierci lub życiu Jasona Todda, ówczesnego Robina? Uruchomiono wówczas dwie linie telefoniczne, zbierające głosy czytelników, czy w ostatnim rozdziale sagi „Batman: Śmierć w rodzinie” Jason przeżyje czy nie.

Jako wydawca nie zgodziłbym się dziś na podobny plebiscyt. Także dlatego, że mam wrażenie, że dzisiejsi czytelnicy są znacznie bardziej wrażliwi na punkcie tego, jak traktuje się fikcyjnych bohaterów. Sądzę, że podobna inicjatywa zostałaby odebrana jako bezmyślna i pozbawiona wrażliwości.

Google Doodle autorstwa Jima Lee

Nie była taka trzydzieści lat temu?

Zapewne była, ale wtedy ten pomysł nie wydawał się wcale szokujący. Może moje pokolenie miało przy tym więcej dystansu do komiksów, wszyscy traktowaliśmy historie superbohaterskie jako rozrywkę. I mieliśmy tę świadomość, że w komiksowym uniwersum wszystko może się zdarzyć, a owe wydarzenia nie są nieodwracalne. Teraz często mnie dziwi, jak emocjonalnie ludzie reagują na śmierć jakiegoś bohatera.

Chyba najłatwiej wstrząsnąć fanami zabijając jakąś popularną postać, przekonał się o tym już dawno temu Arthur Conan Doyle, zabijając Sherlocka Holmesa. Musiał przywrócić go do życia po listach oburzonych czytelników.

Dla wydawcy to codzienność. Co miesiąc ukazuje się trzydzieści, czterdzieści, czasem nawet pięćdziesiąt nowych komiksów, więc ciągle mamy do czynienia z podobnymi pomysłami na etapie planowania kolejnych wydań. Co chwila ktoś przychodzi z pomysłem, że chce zabić tę czy inną postać. Ale to nie może być takie proste. Przedstawiona historia musi być warta śmierci bohatera – czy kogoś z jego bliskich. Jasne, odzew czytelników będzie bardzo duży, sprzedaż podskoczy, ale jeśli nie będzie się to wiązało z jaką mocną, przekonującą opowieścią, to wzrost popularności będzie chwilowy. A w ostatecznym efekcie taka szokująca historia osłabi więź między czytelnikami a tytułem.

Swoją drogą, pan głosował za czy przeciw śmierci Jasona Todda?

To był rok 1985, a wtedy nie czytałem zbyt wielu komiksów. Oczywiście uwielbiałem je, gdy byłem dzieckiem, ale kiedy poszedłem do college’u, przestałem je czytać. Dopiero w 1986 roku, gdy ukazał się „Powrót Mrocznego Rycerza” Franka Millera, pasja wróciła. To był album inny niż wszystkie wcześniejsze, mierzący się z poważnymi tematami.

Co dla pana jako artysty i jako wydawcy komiksów jest najważniejsze?

Właściwie w obu przypadkach chodzi o coś podobnego: o świeżość spojrzenia. Jako artysta, zwłaszcza gdy rysuję komiksy wymyślone przez kogoś innego, cały czas staram się spojrzeć na nie od nowa. Nie chcę powtarzać ani swoich wizualnych pomysłów, ani cudzych punktów widzenia, zawsze staram się zrobić coś zaskakującego. Nie zawsze jest to możliwe, szczególnie gdy ma się do czynienia z postaciami o wieloletniej tradycji. Natomiast jako wydawca staram się jak najbardziej inspirować współpracujących ze mną artystów do wymyślania nowych rzeczy. Do kreowania, a nie powielania, do stworzenia opowieści, która będzie wybijać się ponad przeciętność. To wyzwanie, ale stanowi silną motywację do działania.

Comikaze Expo 2015 (fot. Betto Rodrigues/Shutterstock.com)

Czy olbrzymia popularność filmów opartych na komiksach zmieniła jakoś rynek komiksowy?

Z pewnością mamy teraz większe możliwości zdobycia czytelników niż kiedykolwiek w historii. Czasy, w których pojedynczy zeszyt „X-Men” potrafił sprzedać 7 mln egzemplarzy, już nie wrócą, ale komiksowe blockbustery pozwalają dotrzeć do czytelników, którzy nie sięgnęliby po komiksy, gdyby nie zobaczyli najpierw tych bohaterów w kinie. Dzięki kinu prasa pisze więcej o komiksach, filmowcy powołują się na nie w wywiadach – mamy szansę, którą trzeba wykorzystać, zwłaszcza w czasach, gdy spada sprzedaż innych publikacji drukowanych, przede wszystkim magazynów i książek.

Dzięki wydaniom cyfrowym możecie dotrzeć też do każdego fana na całym świecie. Czy żyjemy w nowej Złotej Erze Komiksu?

Jeśli tak, to dzięki temu, że komiksy wreszcie mają poważne wsparcie medialne. Że nie są traktowane wyłącznie jako rozrywka, lecz są opisywane, recenzowane w poważnych tytułach. Wersje cyfrowe pozwalają dotrzeć do każdego czytelnika, to prawda, lecz wciąż stanowią tylko 10-15 proc. całej sprzedaży. Ja sam nie lubię tej formy, a w szczególności w wersji „guided view”, gdzie jest się prowadzonym od kadru do kadru – to zostało wymyślone, żeby łatwiej było czytać komiksy na smartfonach. Dla mnie to najgorszy możliwy rodzaj lektury. Komiks to całość: gdy go czytam, chcę widzieć całe plansze, chcę wiedzieć, jak są zaplanowane kadry, jaki mają kształt, jak są ułożone dymki – to wszystko ma przecież znaczenie. Chcę czuć fakturę papieru i zapach farby drukarskiej.

Jakub Demiańczuk
Jakub Demiańczuk
Dziennikarz i redaktor „Dziennika Gazety Prawnej”, współpracownik „Urody Życia”, „Noise Magazine”, a od czasu do czasu także serwisu naEKRANIE.pl. Widz, czytelnik, słuchacz – w tej właśnie kolejności. Lubi to i tamto, a zwłaszcza Muminki i Hellboya. Nie zjada zwierząt (nachalna promocja wegetarianizmu).
AUTOR

Polecamy

Komentarze