Kilka powodów, by czekać na kinową premierę „Hellboya”

Hell yeah!
5 minut czytania
257
0
Kasia Nowakowska
Kasia Nowakowska
6 września 2017

W 2018 roku do kin trafi nowa filmowa wersja komiksu Mike’a Mignoli. Tym razem chłopiec z piekła rodem ma być przeznaczony dla dorosłych widzów. Żegnaj, familijna rozrywko, witaj piekło!

Od razu zaznaczę, że ogromnie lubię oba filmy („Hellboy” i „Hellboy: Złota armia”)  Guillermo del Toro, z genialnym Ronem Perlmanem w roli tytułowego bohatera. Cenię w nich zwłaszcza umiejętne wydobycie humorystycznych rysów tej postaci – nie ukrywajmy – uwielbianej przeze mnie wręcz bałwochwalczo. Ale z każdym kolejnym detalem dotyczącym nowej produkcji pt. „Hellboy and Rise of the Blood Queen”, czuję, że oto wreszcie nadchodzi ekranizacja, która ma szanse sprostać geniuszowi oryginału. I wydobyć potężne pokłady mroku, które w nim drzemią.

Tego mi w filmach del Toro bardzo brakowało – a przecież po meksykańskim reżyserze, mającym na koncie kilka naprawdę mrocznych obrazów (by wspomnieć tylko „Kręgosłup diabła”) można się było spodziewać wiele dobrego w tej akurat kwestii. Niestety, problemem była właśnie niska kategoria wiekowa – od 13 lat – na którą zdecydowało się studio, licząc na szerszą widownię. Filmy trudno więc uznać za horror, nawet jeśli jest w nich wiele bardzo pięknie przedstawionych potworów. Natomiast, owszem, zdarzało mi się nie móc zasnąć po przeczytaniu któregoś z serii komiksów Mignoli. Bo były nie tylko pełne kulturowych smaczków, zabójczo dowcipne i plastycznie piękne, ale też cholernie straszne.

Nie należę więc do tych, którzy płakali na wieść, że trzecia część serii z Perlmanem nie powstanie. Byłam też umiarkowaną entuzjastką pomysłu rebootowania serii, ale wszystko, czego się o tym powstającym filmie dowiaduję, każe mi zmienić nastawienia na dużo bardziej „och, nie mogę się doczekać!”. Postaram się podsumować powody, które wprawiają mnie w ten stan fanowskiej ekscytacji.

Dziki gon

Po pierwsze scenariusz oparto na jednej z moich ulubionych przygód Hellboya, zatytułowanej „Dziki gon”. W tej części szatański pomiot i Antychryst na usługach amerykańskiego rządu (koncepcja postaci Hellboya jest jedną z najwyśmienitszych rzeczy we współczesnej popkulturze i kocham ją całym moim czarnym serduszkiem) wybiera się do Albionu. Komiks jest więc, jak to u Mignoli, swoistym kompendium legend i mitów, tym razem brytyjskich: od łowczego Herne’a przez królową Mab i jej wróżki, po króla Artura.

Główną przeciwniczką Hellboya jest zaś złowroga Nimue, magicznie odrodzona potężna czarownica sprzed wieków, prywatnie żona niejakiego Merlina. Na tyle szalona i okrutna, że gdy wraca do żywych, angielskie czarownice w większości wolą popełnić samobójstwo, niż uznać jej zwierzchność, jako Królowej Krwi. Spotkanie z nią wiele Hellboya kosztuje i nie są to rzeczy, które dałoby się opowiedzieć w kinie familijnym. Przy scenariuszu filmu pracował sam Mignola, więc jest nadzieja na coś naprawdę poruszającego i głębokiego.

David Harbour

Po drugie w rolę tytułowego bohatera wcieli się szeryf ze „Stranger Things”, David Harbour. To świetny aktor o znakomitych warunkach do roli, a w dodatku fajnie mówił o Hellboyu podczas tegorocznego Comic-Conu w San Diego:

“To w gruncie rzeczy antybohater. Sprowadzony na ten świat, by go zniszczyć. To nie jest Batman, który postanawia walczyć z przestępczością – on się urodził już niezwykły: pół-demon, przywołany przez nazistowskich okultystów i uratowany przez gości, którzy potem próbują go wychować na porządnego człowieka. Dla niego to coś zupełnie nowego. Jego przeznaczeniem jest bowiem sprowadzić koniec świata, jest przecież ową bestią apokaliptyczną. Jego superbohaterskość polega więc głównie na tym, że odmawia wypełnienia swojego przeznaczenia”.

Uważam, że to bardzo trafne odczytanie sensu tej postaci, której wielkość nie bierze się z tego co robi, ale z tego czego zrobić zdecydowanie nie chce. Aktor, który rozumie, kogo gra, to też niezły punkt wyjścia.

Ian McShane

Wieści o obsadzie są na razie skąpe, ale tych kilka nazwisk, które znamy, sprawiają, że mam wypieki. Harbour – bardzo dobrze, Milla Jovovich jako Nimue – nie gorzej, ale Ian McShane to naprawdę rewelacja! Szkocki aktor ma we mnie wierną fankę od czasów swojej roli psychopatycznego właściciela saloonu w genialnym serialu „Deadwood”. Ten człowiek potrafi zagrać czyste zło i wywołać autentyczne ciarki u widza. Liczę, że reżyser Neil Marshall (reżyserował kilka odcinków „Gry o Tron” ale też bardzo klimatyczny horror „Zejście”) będzie umiał odpowiednio posłużyć się takim talentem.

Co prawda w nowym „Hellboyu” ma zagrać „tego dobrego” –  profesora Trevora „Brooma” Bruttenholma, czyli ziemskiego tatkę piekielnego chłopca. Ale geniusz tego komiksu i tragedia jego bohaterów polega na tym, że cholernie trudno jest być dobrym.

Kasia Nowakowska
Kasia Nowakowska
Od ponad dziesięciu lat "robi w słowie" jako dziennikarka, blogerka, felietonistka. Była redaktor naczelną internetowego serwisu dla kobiet Foch.pl i współzałożycielką BACHORA, humorystycznego magazynu dla sfrustrowanych rodziców. Ma za sobą pracę w prasie papierowej (m.in. Dziennik, Przekrój, Machina), ale bez trudu przeniosła się do internetu i tu czuje się u siebie. Nałogowo ogląda seriale, tłumaczy gry i komiksy, uwielbia przeprowadzać wywiady (i nienawidzi ich potem spisywać). Zwierzę miejskie, matka dzieciom (sztuk dwie) i fanka Davida Bowiego.
Put on your red shoes and dance the blues.
AUTOR

Komentarze