Knajpy z czasów PRL-u: co z nich jeszcze zostało?

Gdzie bawili się bumelanci i kociaki?
8 minut czytania
519
0
Wojciech Przylipiak
Wojciech Przylipiak
12 września 2017

W PRL-u w knajpach można było dostać zgniłe jajo, ciepłe piwo, a przede wszystkim w mordę. Oczywiście bywały wyjątki, ale gastronomia zeszłej epoki bywała, mówiąc delikatnie, kontrowersyjna. Teraz wiele knajp udaje, że „jest jak z PRL-u”. Do oryginałów im jednak sporo brakuje. Na szczęście, jeszcze się ostały prawdziwe perełki sprzed kilku dekad.

Mewa, Rybitwa, Huragan, Schron u Marynarza, Rzym, Pod Trupkiem (to wiadomo, przy cmentarzu) – knajpy w PRL-u charakteryzowały się prostymi i celnymi nazwami. Nie było żadnych Bułkę przez bibułkę, Pipetke przez pupetke itd. Wystarczyła nazwa Bar Kawowy i wszyscy byli zadowoleni, wiadomo też było czego można oczekiwać po wejściu do przybytku. Jasne było, że Pod Trupkiem można dać (lub dostać) w palnik.

Moda na knajpy jak z PRL-u

Dziś istnieje cała masa barów, które na fali nostalgii udają klimat jak z PRL-u, jak choćby Wódka i zakąska, Seta galareta i inne mało wyszukane nazwy, próbujące oddać ducha zeszłej epoki. Nie muszę chyba przekonywać, że wyłożenie knajpy starymi egzemplarzami Życia Warszawy, postawienie kilku syfonów, przebranie barmana w kamizelkę i kaszkiet oraz dołożenie do menu pyz z mięsem i Balsamu Pomorskiego nie powoduje, że knajpa „jest jak w PRL-u”. Wystarczy zajść sobie do jakiejś Sety i galarety, a później do jakiegoś prawdziwego ostańca z minionej epoki – na przykład  Baru Kawowego przy placu Bankowym w Warszawie albo Lotosu na Mokotowie – żeby zobaczyć na czym polega różnica. Robią ją przede wszystkim ludzie. Ale o tym, za moment.

prl
Wciąż stylowy fot. Wojciech Przylipiak

„Słynne ongiś z dobroci kuchni warszawskie restauracje należą do przeszłości. Romantyzm masowości, receptur i uniwersalnej trąbizupki zamordował kunszt gastronomiczny. Pozbawiony napiwkowego bodźca ekonomicznego personel stał się arogancki i zachował z przeszłości tylko fantazję w fałszowaniu jedzenia i rachunków. Zakwitło za to powszechne wódochlajstwo. Intelektualiści schodzą się podobno w dużej pretensjonalnej kawiarni Nowy Świat, satyrycy w Lajkoniku, a bumelanci i kociaki wszędzie…” – pisało Życie Warszawy w 1957 roku.

Problemy gastronomiczne PRL-u to żadna tajemnica. Śmierdzące jaja przechodnie (trzeba je było zamówić do wódki, ale nikt ich nie jadł, bo miały kilka tygodni), ciepłe piwo, duchota, obsługa jak z baru mlecznego w „Misiu” – w wielu knajpach w PRL-u było mało romantycznie. Oczywiście można było, jak pisze Życie Warszawy, odwiedzić Lajkonika, ale takie knajpy były wyjątkiem, a w wielu miastach królowały po prostu kufloteki, w których przede wszystkim można było dostać w zęby.

Bar Sezam, lata 60. fot. Zbiory Narodowego Archiwum Cyfrowego

Świetne opisy knajpianej rzeczywistości dał Leopold Tyrmand w „Złym”. Oto fragment o Kawiarni Kopciuszek, w której Meteor spotkał się z Lową Zylbersztajnem. Knajpa mieściła się przy Alejach Jerozolimskich 31:
„Kawiarnia Kopciuszek przeżywała ongiś wielkie dni. Była ulubionym miejscem spotkań bohemy poprzetykanej macherami z „czarnej giełdy” oraz przyjaciółmi i przyjaciółkami artystów. Były to jednak czasy, gdy sam fakt istnienia oświetlonej i ogrzanej zimą kawiarni stanowił w Warszawie dostateczny powód do radości; czasy, gdy niektóre nocne lokale w Alejach Jerozolimskich, prowadzące latem otwarte ogródki, zdobyły sobie światową sławę księżycem wiszącym nad tańczącymi jak lampion w koronce z wypalonych murów, zawieszonych nad głowami zgliszcz, zwęglonych, pustych otworów okiennych, w których rozpięty był srebrzysty granat letniego nieba”.

Wuzetka i kawa w szklance

Ja z rodzinnego Słupska pamiętam karczmę Pod Kluką, której historia sięga jeszcze lat 60. Bujane krzesła na linach, drewniany wystrój, no i pyszny kurczak. Chodziliśmy tam z rodzicami na niedzielne obiady. Zawsze zamawiałem kuraka, podwijałem rękawy i zabierałem się do jedzenia. To był dla mnie szczyt kulinarnej przyjemności.

prl
Ciastka dają radę! fot. Wojciech Przylipiak

Teraz ulubionym miejscem „w klimacie PRL” jest dla mnie wspomniany Bar Kawowy na placu Bankowym, którego historia też zaczęła się kilka dekad temu. Przeszklony budynek ujawnia swoje piękne wnętrze przez lekko rozchylone firanki. W środku sporo drewna. Jest nim obłożona m.in. lodówka garmażeryjna. W niej ciastka wuzetki, ponczowe, torciki i inne. Ceny sięgają ledwie kilku złotych (co na tle warszawskich cen jest nietypowe) i, uwierzcie mi, te ciastka dają radę.

Do tego kawka albo herbatka, serwowana oczywiście w szklance. Zawsze się zastanawiam, jak ją złapać, żeby nie poparzyć się wrzątkiem. Na taki zestaw popołudniami często przychodzą panie na plotki albo panowie pogadać o starych Polakach. Każdy, kto wchodzi, ładnie wita się ze wszystkimi (nawet jak ich nie zna), czego chyba trudno doświadczyć w barach udających klimat z PRL-u. Nikt tu nie siedzi z nosem w telefonie, a jednocześnie nikogo nie dziwi widok samotnego pana, który po prostu spokojnie pije sobie piwko i rozwiązuje krzyżówki.

Bez smartfona i zdjęć na Facebooku

Szybko też zawiązują się przyjaźnie, nikt nie ma problemu z pogadaniem sobie z osobą siedzącą przy drugim stoliku. Zdarzyło mi się, że poznałem starszego pana (po siedemdziesiątce), który przyniósł do Kawowego kuszę i opowiadał, jak to jest mistrzem naciągów i posługiwania się tą bronią. Raz pomagałem sympatycznemu smutnemu panu pisać list do ukochanej.

prl
Uwaga, parzy! fot. Wojciech Przylipiak

Wieczorami do Kawowego trafiają również młodzi ludzie, żeby nadziwić się, że można w knajpie siedzieć bez telefonu, nie robiąc zdjęć i nie wrzucając ich na Facebooka, ale też spokojnie pogadać. Do piwka, wódeczki i innych trunków można zamówić najprostsze jedzenie, niestety odgrzewane w mikrofali. Ale za to, kiedyś pani specjalnie dla mnie zrobiła jajecznicę. Nie miała w karcie, ale powiedziała, że ma jajka i może mi zrobić. Co wy na to?!

Najfajniejsze w Kawowym jest przejście do toalety. Ta znajduje się za barem, trzeba przejść koło lodówki garmażeryjnej, przez bar i już jest się na miejscu. Co charakterystyczne w tego typu miejscach, to obsługa, która może sprawiać wrażenie niespecjalnie miłej. Ale to po prostu stara szkoła. Nikt tu nie jest miły na siłę, nie udaje, że od razu jest twoim przyjacielem. Nikt też jednak nie robi ci łaski – pani wie, na czym polega jej praca i nie wciska ci kitu.

Lotos, Amatorska inne autentyczne knajpy z PRL-u

Podobnie jest w Lotosie na Mokotowie. Warto zaznaczyć, że obok wykwintnej restauracji z przedziwnymi dekoracjami na suficie, jest kufloteka, z tym samym menu tylko podawanym, że tak powiem, w mniej wykwintnych warunkach. W samym Lotosie polecam tatara, śledziki i inne przekąski, które dobrze sprawdziły się podczas urodzin, które tam organizowałem. A przychodząc na weekendowe dancingi można usłyszeć ciekawą historię od przemiłej pani szatniarki.

tatar
Tatarek z Lotosu jest doskonały! fot. Shutterstock

Klasykami pamiętającymi zeszłą epokę są też Amatorska i umiejscowiony na przeciwko niej Bar Piotruś na Nowym Świecie. Piotruś jest mniej wytworny, ale, jak się kiedyś mówiło „zakazane mordy” przy stolikach na zewnątrz, tylko pozornie są groźne. W środku jest bezpiecznie, choć trochę duszno. Amatorska jest nieco bardziej szlachetna. Zresztą w swoich kryminałach pisze o niej Marcin Świetlicki, który widocznie dobrze zna miejsce z autopsji. Tutaj przestrzegam jednak przed niektórymi potrawami. Flaczki pozostawiały wiele do życzenia. Ale napić się przy lustrze zawsze można.

Stare czasy potańcówek pamięta kawiarnia Mozaika. Dziś odnowiona, ale w niezłym stylu. Jak jakieś osiem lat temu robiłem urodziny w „starej” Mozaice to zachwyciła mnie przede wszystkim parą DJ-ów – razem mieli jakieś 200 lat. Dziś jest odrestaurowana i nie czaruje już retro klimatem, jak kiedyś. Podobnie jest z odnowionym barem w Hotelu Victoria czy restauracją Kameralna na Foksal. Można też odwiedzić Marcinka na Starówce albo Paranę na Marszałkowskiej, ale to już wyzwanie dla odważnych. Marcinek to głównie kufloteka, a Parana straszy śmierdzącymi paprociami.

Wycieczka w przeszłość

10 lat temu zrobiłem ze znajomymi mały rajd po warszawskich knajpach pamiętających PRL. O legendarnej Cafe Grażynka zrobiłem wtedy takie notatki:

„Wycieczkę zaczęliśmy od Cafe Grażynka przy ul. Moniuszki 10, tuż za sklepem Sezam. Ta, czynna od 10 do 22 (nie licząc świąt i niedziel) skarbnica wspomnień, to mój absolutny faworyt. Już z zewnątrz biła wyjątkowość tego miejsca. Pociągający napis: „Parówki, kiełbasa, flaki” rzuca się w oczy z daleka. I faktycznie warto tam wpaść na flaczki (3.5zł), czy kiełbasę z rożna (3zł). Po wejściu uderzy w nas dym, muzyka chodnikowa i ponurość. Co zauważymy od razu i jest dawnym najważniejszym miejscem w każdej knajpie – stolik kelnerski. Oj tak, to miejsce było w PRL-u ważniejsze od baru.

prl
Chrońmy te zabytki, fot. Wojciech Przylipiak

Siadamy przy jednym z siedmiu stolików. Przy innych sami mężczyźni. To właśnie charakterystyczne dla takich miejsc, bywają w nich niemal sami faceci. Dwie miłe panie z obsługi, ubrane w jednakowe żakiety, czekają na zamówienie. Pewnie kiedyś jadało się tu ciastka, ale teraz pani poleca wódeczkę (luksusowa 5zł); co ważne – 50ml, a nie jak jest teraz w zwyczaju 40ml, lub piwo Śląski, niepasteryzowany (4.5zł), do tego bigos domowy (4.5zł), a na koniec herbata w szklance lub filiżance (2zł). Bez problemu można tu zarezerwować stolik i nawet zamówić szampana (25zł butelka). Wystrój oczywiście wyjątkowy: na ścianie pożółkła fototapeta z palmą i równie pożółkłe od dymu firanki. Malutkie stoliki ze sztucznymi kwiatkami, darmowa toaleta i – co najważniejsze – widać kawałek Pałacu Kultury i Nauki”.

Stare knajpy znikają

Niestety nie ma już Cafe Bajki zamkniętej kilka lat temu, Alhambry, Kongresowej w PKiN (striptiz oglądał tam Wojciech Pokora w „Alternatywy 4”), Pod Gwiazdami (kiedyś była knajpą służb mundurowych, mieściła się na szczycie kamienicy przy Marszałkowskiej, a wjeżdżało się do niej bezpośrednio windą z parteru), Gwiazdeczki na Piwnej, Corso przy Placu Zbawiciela, ani wspomnianej genialnej kawiarni Grażynka na tyłach Sezamu. Zupełnie zmieniony został Spatif tuż przy placu Trzech Krzyży. Bezpowrotnie znikają knajpy z rodowodem z PRL-u, co w niektórych przypadkach zrobiło dobrze zdrowiu paru osób.

Myślę jednak, że warto wspomagać takie knajpiane zabytki jak Amatorska czy Bar Kawowy. Przede wszystkim, są to miejsca, w których dobrze czują się starsi panowie i panie. Nie atakuje ich głośna muzyka, młodzież z telefonami wczepionymi w ręce, ani potrawy i napitki, z których nic nie rozumieją. Nie płacą też za piwo albo kawę 14 zł.

prl
Miła atmosfera, ceny niewygórowane fot. Wojciech Przylipiak

Oczywiście można mieć do tych lokali zastrzeżenia: toalety nie są wyłożone złotem, jedzenie bywa dalekie od ideału. Ale gdzie indziej napiszesz z panem list miłosny, zatańczysz przy „Daj mi tę noc” pod tatarka albo po prostu w spokoju poczytasz gazetę (papierowe wydanie), bez przejmowania się, że nie masz nowych sneakersów albo iPhone’a w złotej oprawie. W takich miejscach ludzie są sobą i to właśnie oni są tych miejsc największą wartością. Dlatego, jak będziecie następnym razem jechali na rowerze przez Plac Bankowy zajrzyjcie do Baru Kawowego. Może i będą tam niegdysiejsi bumelanci i kociaki, ale na pewno nie wyjdziecie stamtąd bez wyjątkowej historii.

A jeżeli nie mieszkacie w Warszawie, a chcecie poczuć klimat Kawowego obejrzyjcie ten teledysk Pono:

Wojciech Przylipiak
Wojciech Przylipiak

Dziennikarz, przede wszystkim muzyczny. Zbieracz zabawek, komiksów i innych przedmiotów z epoki Commodore i Składnic harcerskich. Wszystko trzyma w domu – nie jest łatwo. Prowadzi bloga Bufet PRL.


AUTOR

Polecamy

Komentarze