Konsumencka hipokryzja. Źli myśliwi w empatycznym świecie

Empaci kontra szatańskie pomioty?
8 minut czytania
8272
14
Monika Mężyńska
Monika Mężyńska
26 września 2017

W kręgach łowieckich przełom września i października to pełnia sezonu polowań. Początek jesieni oraz moment, gdy w lasach i wśród pól słychać coraz głośniejsze i częstsze strzały, to także czas, gdy nagle wszyscy przypominają sobie, że są empatami, kochają zwierzątka, a myśliwi to zło najgorsze i pomiot szatana.

O tym, czy w dzisiejszych czasach nadal powinno się masowo polować na zwierzęta, trudno jest rozmawiać spokojnie. To temat pełen emocji, krwi, cierpiących zwierząt, skrajnych ideologii oraz typowo polskiego ekstremizmu. Z jednej strony barykady znajdują się myśliwi, powołujący się na tradycję i konieczność regulowania populacji zwierząt łownych, z drugiej ekolodzy, starający się walczyć z rozpowszechnianymi przez zwolenników łowiectwa mitami. A pomiędzy — przysłowiowi Janusze i Grażyny, z zaangażowaniem lajkujący na fejsbuniu postulaty ze stron takich jak „Nie podaję ręki myśliwym”, w tym samym czasie bezkrytycznie, tudzież bezmyślnie wcinający schabowego z Biedronki.

Myśliwskie mity i beton zwany PZŁ

Podobno myślistwo w naszym kraju, to piękna, rdzennie polska tradycja. No więc nie, to nie jest polska tradycja ani trochę. Łowiectwo w formie jaką znamy współcześnie przeszczepił na polskie ziemie August II Mocny. Saski model polowań polegający na zbiorowej, uroczystej i mocno zakrapianej imprezie mającej na celu nie tyle zdobycie mięsa, co odstrzał najpiękniejszych osobników w możliwie dużej liczbie, był w Polsce całkowicie obcy. Pomysł trafił jednak na podatny sarmacki grunt i wraz z dorobioną ideologią i wyolbrzymionym kultem św. Huberta przetrwał do dzisiaj.

Z niewiadomych powodów fani myślistwa nie potrafią lub nie chcą zauważyć, że czas na zmiany. Z uporem maniaka trwają przy skostniałych przepisach ustanowionych lata temu przez Polski Związek Łowiecki. Nie pojmuję, dlaczego tak duża grupa ludzi, wśród których na pewno są również osoby inteligentne (tak, wszędzie są zarówno ci mądrzy, jak i ci głupi, ci dobrzy i ci źli), robi z siebie bandę idiotów trwając przy ideach i opiniach, które już dawno zanegowano na wielu poziomach.

Dokarmianie zwierzyny jest coraz rzadziej konieczne

Idą w zaparte, broniąc rozpowszechnianych przez siebie mitów. Dokarmiają zwierzęta, nie zważając na postulaty naukowców, by tego nie robić — przy aktualnych średnich zimowych temperaturach nie jest to konieczne, w dodatku dokarmianie na siłę prowadzi do nadmiernego wzrostu populacji jeleniowatych, powoduje również nadmierną aktywność dzików w pobliżu ludzkich osiedli. Nierzadko dochodzi do odstrzału zwierzyny przy paśniku lub tak zwanym nęcisku w pobliżu ambony (jak dla mnie to zwykłe kłusownictwo). Myśliwi opowiadają też o konieczności selekcji chorych zwierząt, kultywując jednocześnie polowania na najpiękniejsze i najzdrowsze okazy, by móc pochwalić się imponującym trofeum. Broniąc masowych polowań na ptaki powołują się na szkody rolnicze (chociaż naprawdę nie mam pomysłu jakie szkody w polu może wyrządzić kaczka krzyżówka lub gołąb). No nie wiem, jak bronić swego, to może robić porządnie, nie podając się tak elegancko na tacy swoim przeciwnikom?

Ekstremizm przeciwników łowiectwa

Chciałabym napisać, że druga strona sporu o sens łowiectwa wypada lepiej. Niestety. Nie wypada. Tak jakoś się dzieje, że często na ambasadorów idei powołuje się nie tych ludzi co trzeba, takich co niewiele robią, za to dużo, głośno i agresywnie gadają oraz robią z siebie durniów, psując opinię całemu środowisku.

Tak jak myśliwi zaskakują swoją hipokryzją, tak ich oponenci zniechęcają agresją. Wrogowie łowiectwa udzielający się intensywnie w mediach to najczęściej fanatycy, których nie interesuje dialog, tylko głoszenie własnej idei. W dyskusjach jakie prowadzą rzadko chodzi o prawdę, tylko o zwycięstwo. Jeżeli są wegetarianami, otwarcie gardzą każdym, kto je mięso. Każdy kto nie jest z nimi, jest przeciwko nim.

Świat przeciwników łowiectwa jest czarno-biały. Jest z nimi trochę tak, jak z przedstawicielami ruchu antyszczepionkowego, jedni i drudzy działają według podobnego mechanizmu — udać zainteresowanie polemiką, zaatakować powołując się na wybiórczo dobrane badania naukowe (ignorując wszystkie, przeczące ich tezom, nawet jeżeli jest ich więcej), a jeżeli przeciwnik nadal stoi i unosi gardę, starać się ośmieszyć i zmieszać z błotem. Wszystko w oparach rzekomej tolerancji i miłości do każdej oddychającej istoty.

Konsumencka hipokryzja, czyli oburzenie nad kotletem

Niektórzy z nas jedzą mięso. Serio. Całe szczęście jeszcze można się do tego przyznać, chociaż jestem świadoma, że to niepopularne. Ba, niektórzy z nas mięso bardzo lubią, na przykład ja. Tym co mi przeszkadza w jedzeniu mięsa jest świadomość, że by je pozyskać, trzeba zabić zwierzę. Niezręczna sprawa, delikatnie mówiąc, czyż nie?

Za przesiąknięte hipokryzją i bardzo słabe uważam wyzywanie myśliwych od najgorszych, przy jednoczesnym braku refleksji, skąd pochodzi szynka w kanapce. Przemysłowy chów zwierząt to jedna z największych zbrodni ludzkości. Swego czasu moim pomysłem na bycie w zgodzie z własnym sumieniem (na tyle, na ile to możliwe) było zostanie myśliwym. Uznałam, że jeżeli nie chcę zrezygnować z mięsa, a jednocześnie nie zamierzam przykładać ręki do cierpień zwierząt hodowlanych, to muszę sama je upolować. Wziąć morderstwo na klatę, nie zrzucać tego na kogoś innego.

Wyobrażenia o polowaniu to jedno, rzeczywistość to drugie

Z zapałem neofitki weszłam w środowisko myśliwych. Do tej pory znałam zaledwie kilku, byli to naprawdę fajni ludzie, polujący rzadko, tylko na własne potrzeby. Sądziłam, że wszyscy tacy są. Do czasu mojego pierwszego, dużego polowania zbiorowego na bażanty.

Piękna polska tradycja… Ta piękna polska tradycja na polowaniu, na które trafiłam polegała w skrócie na tym, że poza mną i moją koleżanką na placu, przy suto zastawionych stołach zebrała się blisko setka mężczyzn o dość zaawansowanej średniej wieku, która poklepując się po plecach i zwracając się do siebie per „Panie mecenasie”, „Panie doktorze”, pochłonęła ogromne ilości wódki. Po czym udała się strzelać. Bażanty były wypuszczane bezpośrednio z klatek, tuż przed długim szeregiem strzelców, którzy w ogromnej części byli tak nawaleni, że z trudem odróżniali kolbę od lufy. Przedziwne, że w następujących po sobie kanonadach nikt nie zginął.

Panowie z rzadka skutecznie trafiali w ptaki. Niektóre z nich zostały rozniesione na kawałki, tak, że nie było czego zbierać, inne były jedynie postrzelone. Nigdy nie zapomnę zdumienia i oburzenia na pijanych twarzach, gdy podchodziłam do myśliwych prosząc ich o dobicie cierpiących zwierząt. To było moje ostatnie polowanie. I nie zostałam myśliwym.

Hipokrytami jesteśmy wszyscy

Można dyskutować, co jest bardziej humanitarne — zabicie strzałem w serce czy wykrwawienie na rzeźniczym haku. Oraz co jest gorsze (lub lepsze) — kilkumiesięczne życie w klatce zakończone dużą dawką prądu, czy swobodne ganianie po lesie, przerwane spotkaniem z myśliwym. Temat rzeka.

Piękna tradycja…

Niezależnie o tego, czy jemy mięso czy nie, w jakimś stopniu wszyscy jesteśmy hipokrytami. Jeżeli zjemy kotlet, powinniśmy pamiętać, że zabito świnię. Jeżeli kupujemy skórzane buty, pamiętajmy, że również z ich powodu jakieś zwierzę padło. Nawet najbardziej zaangażowanemu weganinowi zdarza się użyć kosmetyku czy lekarstwa, przy produkcji którego mogło zostać skrzywdzone zwierzę. Ważne, by nie popadać w paranoję, a empatą być nie tylko od święta.

Monika Mężyńska
Monika Mężyńska
Projektant, ilustrator, bloger. Pisała między innymi dla kultowego
foch.pl. Matka dziecku, kochająca psy myśliwskie, konie czystej krwi,
szybkie samochody, książki sci-fi oraz World of Warcraft."
AUTOR

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.