„To” nadchodzi i zwiastuje powrót Stephena Kinga do gry

Teraz pisarz rozdaje karty
12 minut czytania
954
3
Bartek Czartoryski
Bartek Czartoryski
7 września 2017

„To” wydaje się być skazane na sukces. Z kolei na Netfliksie pojawi się nie jedna, a dwie ekranizacje prozy Mistrza: „Gra Geralda” i „1922”. Jeszcze chwila i okaże się, czy to początek (kolejnej!) Złotej Ery Kinga na kinowych ekranach, czy to jedynie pobłyskiwania marketingowego tombaku.

Premiera filmu „To” to dobra okazja, by podliczyć Mistrza. Miałem ambicje, by wpleść pomiędzy linijki trochę twardych danych i policzyć, ile dokładnie adaptacji prozy Stephena Kinga nakręcono, lecz po rozwinięciu listy stwierdziłem, że jednak nie. Jasne, mógłbym to, po prostu, sprawdzić ich liczbę, ale straciłem niezbędny ku temu zapał. Dlatego poprzestanę na niezbyt odkrywczym i może nieprzystającym do, ekhm, poważnej publicystyki kulturalnej stwierdzeniu, że jest ich cholernie dużo.

King zaczął doceniać filmowców

Kto lubi zaglądać pisarzom do portfeli i monitoruje coroczne zestawienia tych najbogatszych, zwykł dochodzić do konkluzji, że King nieźle się na tych filmach musiał nachapać. A i owszem, choć to nie do końca tak. Bo książki przecież nadal dobrze schodzą, facet pisze jak szalony i może sobie pozwolić, aby prawa do ekranizacji od dłuższego czasu odstępować chętnym za symbolicznego dolara; oczywiście gwarantując sobie udział w zyskach, lecz, dla dobra tego wywodu, ten fakt przemilczę.

Strategia ta ustawia go jednocześnie na pozycji osoby dyktującej pewne reguły, bo skoro przekazuje praktycznie za friko gotowy pomysł, to chce jednak sprawować nad nim kreatywną kontrolę, przynajmniej częściową, na etapie wylewania fundamentu pod fabularny szkielet. King, jak sam mówi, po tym, jak spadł z reżyserskiego stołka na twarz i zarył szczęką o ziemię, zaczął doceniać ludzi, którzy filmy kręcą i nie pakuje im się z buciorami przed kamerę.

Dlatego jakby spotulniał i spokorniał, bo zdaje się, że niegdyś albo brał hajs za prawa i tyle go interesowało, albo potem wyzłośliwiał się prasie, jak to mu film spieprzyli. A teraz, choć nadal przecież nie rozgrzeszył Kubricka za „Lśnienie” i przewraca oczami, słysząc o sequelach „Dzieci kukurydzy”, chętnie chwali ekipę od „Cujo” i uchyla kapelusza, mijając na ulicy Roba Reinera i Franka Darabonta.

Dziś to oczywiste, ale dawniej Kingowi trudno przychodziło docenienie tego, co produkował taśmowo amerykański przemysł filmowy. Nie sposób mu się oczywiście dziwić, lecz z drugiej strony sprzedawał wtedy prawa komu popadnie i nawet nie zasiadał do jednego stołu ze scenarzystami, jakby nie miał jeszcze świadomości swojej marki. Ale wtedy bardziej interesowała go pewnie kokaina i łycha, to i nie dziwota.

Filmowcy doceniają Kinga

Co nie znaczy, że dzisiaj nie produkuje się już chłamu na podstawie literatury Kinga, co to, to nie, wydaje się po prostu, że amerykański diabeł pióra zawraca sobie głowę wyłącznie projektami bardziej prestiżowymi. Zresztą jakby miał ślęczeć nad wszystkim, co opatruje pieczątką ze swoim nazwiskiem, zabrakłoby mu czasu na pisanie.

Ostatnio jednak jakby się zaktywował, złapał oddech i pokusił się o działania promocyjne, jakich chyba nigdy nie podejmował. Wychwalał „Mroczną wieżę”, zapowiadał pokazy, a nawet wystosował maila do reżysera i wyśpiewał pean na jego cześć. Tyle że King nigdy nie słynął z dobrego gustu filmowego i jego polecanki bywały, no cóż, częstokroć cokolwiek kuriozalne.

Stephen-King
Król może sobie pozwolić na pewną nonszalancję, fot. Stephanie Lawton [CC BY 2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by/2.0)], via Wikimedia Commons

Pomijając przypadek „Lśnienia”, które tak poprawił potem z wyrobnikiem Mickiem Garrisem, że tylko załamać ręce i zapłakać, jego kiepskie scenariusze i jeszcze gorszą reżyserię, pamiętam, jak krzywiłem się podczas lektury „Danse Macabre” (a zawsze powtarzam, że to moja ulubiona książka Kinga), kiedy beształ niezłe filmy Cravena czy, generalnie, nurt gore. Bo tak naprawdę pojawia się pytanie, czy Mistrz Horroru jest autorytetem, kiedy chodzi o kino? Ano nie.

Zresztą nie sposób odróżnić, kiedy to zwyczajny koleżeński blurb, a kiedy szczera opinia, dlatego patrzę przez paluchy na wszystkie te jego zachwyty, łącznie z opinią na temat nowego „To”, bo powiedział dokładnie to samo, co o adaptacji telewizyjnej z 1990 roku: nie spodziewał się, że będzie aż tak dobrze. Całe szczęście, że moje koleżanki i koledzy po fachu jego zdanie podzielają, więc seansu wyglądam niecierpliwie.

to-king
Jest się czego bać? fot. materiały prasowe

Nie mam, rzecz jasna, nic na potwierdzenie tej tezy, ale wydaje mi się, że ta intensyfikacja działań Kinga zbiegła się z ponownym zainteresowaniem jego prozą znaczących graczy. Bo to nie tak, że kiedykolwiek przestano się jego książkami bawić. Od premiery „Carrie” Briana De Palmy (rok 1976) aż do teraz, jeśli niczego nie pomyliłem, najdłuższa przerwa pomiędzy kolejnymi adaptacjami powieści i opowiadań Kinga wyniosła trzy lata (do „Miasteczka Salem” z 1979 roku), potem szło już ciągiem.

Inna sprawa, że „Mroczna wieża” i „To” są pierwszymi od czasu „Mgły” i „1408” (2007) znaczącymi projektami kinowymi czerpiącymi z Króla i niebędącymi powtórnymi adaptacjami nastawionymi na szybki skok na box-office (jak „Carrie” z 2013 roku), czyli minęła dobra dekada od ostatniego prawdziwie godnego uwagi projektu. Nie liczę też produkcji telewizyjnych i seriali, bo tam jeszcze większa bieda, może nie licząc całkiem przyzwoitego „Worka kości” sprzed i tak długich sześciu lat. A teraz mamy i „Pana Mercedesa”, i nadchodzące „Castle Rock”, i projekty Netfliksa.

Powrót czy zmierzch Króla?

Być może jesteśmy świadkami ostatniego takiego zrywu, a King, obeznany z rynkiem jak mało kto, zdaje sobie z tego sprawę, stąd chętniej firmuje rzeczone projekty swoją facjatą.

„To” pewnie odniesie sukces. Ba, wszystko jest aż nazbyt cukierkowe. Po kwasie pomiędzy powiązanym poprzednio z projektem Carym Fukunagą, a studiem i wynikających z tego perypetiach reszta poszła jak po maśle. Kampanię marketingową poprowadzono bez żadnej asekuracji, balonik (sic!) napompowano silnymi dmuchnięciami, a Andy Mushietti skumał się z Kingiem na tyle, aby przebąkiwać coraz śmielej o kolejnej adaptacji „Smętarza dla zwierzaków”, czy, jak kto woli, „Cmętarza zwieżąt”.

Na deser, jak już zostało powiedziane, na Netfliksie pojawi się nie jedna, a dwie ekranizacje prozy
Mistrza: „Gra Geralda” (której chropawą wersję już sam zainteresowany oglądał, i, swoim nowym zwyczajem, chwalił) i „1922”; innymi słowy o Kinga upomniał się kolejny kanał dystrybucji.

Co dalej? Oczywiście prócz kolejnego „To” i serialowej „Mrocznej wieży”? Ano zobaczymy, ale to King rozdaje karty i to nowy King, który staje ramię w ramię z reżyserami adaptacji swoich książek i jest aktywnie zaangażowany w promocję, czego zwykle nie robił, bo i cieszył się statusem outsidera mieszkającego na drugim krańcu kraju, gdzie nie docierały podszeptywania Hollywood.

Jeszcze chwila i okaże się, czy to początek (kolejnej!) Złotej Ery Kinga na kinowych ekranach, czy to jedynie pobłyskiwania marketingowego tombaku.

Bartek Czartoryski
Bartek Czartoryski
Bartek Czartoryski. Samozwańczy specjalista od popkultury, krytyk filmowy, tłumacz literatury. Prowadzi fanpage Kill All Movies.
AUTOR

Komentarze

3 odpowiedzi na “„To” nadchodzi i zwiastuje powrót Stephena Kinga do gry”

Dodaj komentarz