Reforma edukacji funduje nam powrót do PRL-u?

Czy chcesz wracać do takiej szkoły?
7 minut czytania
695
0
Wojciech Przylipiak
Wojciech Przylipiak
27 września 2017
Brzostowska/Shutterstock.com

Wracamy do PRL-u – zdaje się, że takie stwierdzenie dość często pada po ostatnich zmianach w naszym szkolnictwie. Pisząc o tamtej epoce i zbierając artefakty z czasów „dobrowolnych” czynów społecznych, mogę apelować tylko o jedno: nie idźmy tą drogą. I nawet nie mówię o podstawie programowej, tylko o aspektach pozaedukacyjnych.

Im lepiej przypominam sobie czasy, kiedy sam chodziłem w fartuszku do szkoły, tym gorsze rzeczy przychodzą mi do głowy. Choć fartuszek akurat miałem prima sort. Mama wyszyła mi kołnierzyk białym materiałem tylko na krawędziach. Nikt takiego nie miał!

Wypadki lubiły się zdarzać

Wspominając szkołę sprzed lat, o to jak pamięta tamten czas zapytałem też mamę właśnie. Przez wiele lat była bowiem nauczycielką, pracowała w bibliotece w mojej podstawówce w Słupsku. I pierwsze co powiedziała to: straszny hałas!

Osiem roczników (nie licząc spadochroniarzy, czyli powtarzających klasy starszych uczniów) to były setki dzieci w różnym wieku, które biegały po szkole. I to nie w ciszy bynajmniej. W przeładowanej szkole urządzaliśmy zawody: biegało się od klasy do klasy, oczywiście drąc się przy tym, ile wlezie.

Przeładowane klasy, przeładowane szkoły i pijani nauczyciele… (fot. Elżbieta Sękowska/Shutterstock.com)

Czasami kończyło się tragicznie. Jednemu koledze klamka wbiła się w głowę – podczas biegu nadział się na drzwi, które właśnie ktoś otworzył. Na szczęście wystarczyło kilka szwów, ale wyglądało to drastycznie. Inny kumpel potknął się o plecak i wylądował na metalowym śmietniku. I to zębami! Cała szczęka przesunęła mu się do tyłu. Oj, musiało boleć. Te metalowe śmietniki to w ogóle były przedmioty zabójcze. Cud, że wszyscy przeżyliśmy. Choć, nie wszyscy ze wszystkimi zębami.

Tłok i dwie zmiany

Skutkiem przeładowania liczebnego szkoły były długie godziny nauki. Zdarzało się, że kończyliśmy zajęcia po godzinie 17, więc w zimie wychodziliśmy ze szkoły już po zmroku. Zdaje się, że dzisiaj rodzice bardzo marudzą, jeżeli ich dzieci tak późno kończą lekcje, ale stłoczenie w szkole ośmiu roczników musi tym się skończyć.

Tłoczyliśmy się też na sali gimnastycznej – małej, wielkości zaledwie boiska do kosza. Dopiero w połowie lat 80. zbudowali nam większą salę. W tej starej, kiedy ktoś kończył dwutakt przy koszu to lądował na zielonej lamperii. Wyposażenie sali nie było najgorsze, piłek nam nie brakowało, to fakt. Ale już wuefista przychodził niemal dzień w dzień narąbany.

Czasami bywało z naszej perspektywy śmiesznie, gdy napotkaną panią sprzątaczkę z miotłą w ręku zapytał: przepraszam, a pani przyleciała czy pani odlatuje? Jednak fakt pijaństwa wśród nauczycieli trudno uznać za śmieszny. Oczywiście nie wszyscy pili, ale alkohol był, delikatnie mówiąc, powszechną używką. 

Kontrowersyjne metody wychowawcze

Z kolei nawet ci trzeźwi mieli kontrowersyjne metody wychowawcze. Pan od „zetpetów” miał bardzo duży, ciężki pęk kluczy. Kiedy ktoś rozmawiał na jego lekcji, rzucał nimi w delikwenta. Trzeba było być czujnym i szybkim. Zdarzało się również, że nauczyciele lali linijką po rękach. I to drewnianą! Ale nauczycielom nie było łatwo, bo przecież wtedy w klasach uczyło się ponad trzydzieścioro dzieci! No weź, utrzymaj taką zgraję w ryzach.

Mimo całej mojej empatii i zrozumienia dla trudów nauczycielskiego życia w tamtych realiach, nie chciałbym jednak, by takie metody wróciły. Mam nadzieję, że to nam nie grozi, bo jednak świadomość skutków nadużywania przemocy jest inna – nie mówiąc o prawie, które takich zachowań zakazuje.

Typowa „tysiąclatka” (tu – w Węgierskiej Górce)

Jak czytam w rozmaitych doniesieniach, wraca jednak inny temat: wyposażenia gabinetów specjalistycznych, których w wielu szkołach po prostu nie ma. W „moich czasach” w klasach nie brakowało pomocy dydaktycznych, ale wiele z nich było przestarzałych i poniszczonych. Pamiętam pożółkłe mapy geograficzne, jakieś szczątki zwierząt w słojach z preparatami itp. Nie wydaje mi się, aby te pomoce były szczególnie pomocne w nauce, zwłaszcza, że ta opierała się głównie na koszmarnym kuciu na pamięć: podział komórki, dziesiątki dat, wszystkie rzeki Polski… Szkolny PRL-u, nie wracaj!

Czy dziś jest lepiej?

Pytanie, czy pomimo hałasu, za małej sali gimnastycznej, pożółkłych map, przesmażonych kotletów i pijanych nauczycieli warto było chodzić do szkoły. No jasne! Ale czy będąc dzisiaj ojcem dziecka (a nie mam dzieci) puściłbym je do szkoły z tamtych lat? W sumie… Jedząc te podejrzane w świetle przepisów Sanepidu makarony z truskawkami i opatrując kolegę po zderzeniu z klamką wyrosłem na ludzi. Więc może nie było tak źle – w końcu „nikt nie narzekał”, prawda. OK, mama mówi co innego. Chyba jej posłucham zatem, choć nie jestem przekonany, że w dzisiejszej szkole jest dużo lepiej.

Ostatnio otworzyłem nowy podręcznik czwartoklasistki. Liczba błędów ortograficznych i stylistycznych przekracza w aktualnych podręcznikach przekracza nawet tę, którą zrobiłem w moim tekście, a które redakcja cierpliwie poprawia. Nie nauczyłem się w PRL-owskiej szkole ortografii, oj nie, ale nasze podręczniki jednak stały na ciut wyższym poziomie.

Wojciech Przylipiak
Wojciech Przylipiak
Dziennikarz, przede wszystkim muzyczny. Zbieracz zabawek, komiksów i innych przedmiotów z epoki Commodore i Składnic harcerskich. Wszystko trzyma w domu - nie jest łatwo. Prowadzi bloga Bufet PRL.
AUTOR

Polecamy

Komentarze