Trzeźwienie w luksusie – prywatne izby wytrzeźwień

Polak na luksusowym odwyku
12 minut czytania
1965
0
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
3 września 2017

Gdy półtora roku temu pojawiła się sensacyjna wiadomość o powstaniu pierwszej w Polsce prywatnej izby wytrzeźwień, działającej w ramach kliniki uzależnień „Medics”, bogobojni mieszkańcy Sosnowca narzekali, że jest usytuowana naprzeciwko kościoła. Tymczasem sam ksiądz proboszcz pochwalił ideę wyciągania duszyczek ze szponów nałogu i zapewnił gotowość duchowego wspierania pacjentów.

Niestety, z usług placówki korzysta ograniczona liczba osób nietrzeźwych, ponieważ okoliczne gminy nie chcą z nią współpracować. Być może włodarze tych gmin są bardziej święci od proboszcza i wolą, aby ich obywatele, w ramach pokuty, trzeźwieli w warunkach koszarowych zamiast w komforcie, mimo że pobyt w tym komforcie podopiecznych trafiających tu przymusowo, na podstawie umów zawartych z gminami, kosztowałby tyle samo (a niekiedy nawet mniej) co pobyt w publicznych izdebkach.

Odwyk to nie pokuta

Zbliżony do proboszczowego pogląd na temat potrzebujących pomocy osób uzależnionych, ma Mirosław Czapla, prezes zarządu spółki „Medics” w Sosnowcu. – Każdy, również upojony alkoholem, człowiek zasługuje na godne traktowanie – mówi, dodając, że dobre warunki sprzyjają podjęciu leczenia i wychodzeniu z nałogu. Dlatego wnętrze ośrodka spełnia wszelkie standardy nowoczesności i estetyki.

alkoholizm
Nie musi być ponuro

Przestronne lobby oraz recepcja, stonowane, dwukolorowe ściany, błyszczące płytki na podłodze, dizajnerskie meble, kwiaty na zewnętrznych parapetach okien, schludne toalety i łazienki z kabinami prysznicowymi przypominające raczej hotelowe pokoje niż sale w zakładzie medycznym. To wszystko daleko odbiega od wizji izb wytrzeźwień, jakie funkcjonują w głowach większości Polaków, kojarzących się z obskurnymi pomieszczeniami, odrapanymi lamperiami, brudnymi kafelkami i cuchnącymi sanitariatami.

Wielu Polaków spędziło w izbie wytrzeźwień noc. Prawie nikt nie wspomina tego mile. W Polsce o izbie mówi się, że jest najdroższym hotelem w kraju, reliktem PRL-u.

Do izby wytrzeźwień, wbrew wszelkim pozorom, trafić całkiem łatwo i to nawet nie przykładając kieliszka do ust. Były szef jednego z takich miejsc przyznaje, że to pozostałość po opresyjnym systemie komunistycznym. Do dziś nie służą one żadnej profilaktyce czy leczeniu. W większości krajów europejskich takie instytucje są nieznane. Np.w Holandii i Anglii nietrzeźwi, którzy stwarzają zagrożenie, są odwożeni przez policję do domu lub do odpowiedniego oddziału szpitala, płacąc słono za pobyt.

Zresztą cudzoziemcy naszych izb wytrzeźwień boją się jak ognia. Jeszcze kilka lat temu brytyjskie ministerstwo spraw zagranicznych w oficjalnym raporcie „2009 Travel Trends Report” ostrzegało swoich obywateli chcących podróżować na wschód Europy, że „specjalne polskie kliniki, w których się trzeźwieje” stwarzają zagrożenie na tym samym poziomie co amerykańskie huragany i hiszpańscy piraci drogowi.

Wolność na uwięzi

Pomysłodawcy pierwszej prywatnej placówki – izby wytrzeźwień w Polsce chcieli stworzyć miejsce, które będzie alternatywą dla państwowej izby wytrzeźwień, gdzie pacjent będzie trzeźwiał w komfortowych warunkach i w przyjaznej atmosferze.
Pacjenci mają tu zapewnioną specjalistyczną opiekę medyczną, na specjalne życzenie mogą zostać dłużej i poddać się leczeniu. Próba wyjścia z alkoholowego nałogu rzadko udaje się przy pierwszym podejściu. Sukcesem kończy się zaledwie 10 procent „pierwszych razów”.

izba-wytrzezwien
Tu się leczy, nie przechowuje alkoholików

– Jadę taksówką. Niedługo będę. Proszę mi przygotować łóżeczko – mówi trzydziestokilkuletni pan Mariusz, prezes firmy, który od czasu do czasu wpada do prywatnej kliniki leczenia uzależnień „Medics”, by przerwać ciąg alkoholowy. Jednak rekord nie należy do pana Mariusza, lecz do pani Ali – właścicielki sieci salonów kosmetycznych, która placówkę odwiedziła 10 razy. Ale nie należy się poddawać. Pani Ala, wspierana przez specjalistów z „Medicsu” podjęła leczenie i nie pije już osiem miesięcy.

Kiedy do „Medicsu” trafia borykająca się z chorobą alkoholową 30-letnia pani Donata, z zawodu nauczycielka, zawsze pyta: „Czy mogłabym dostać choć trochę cytrynóweczki?”. I zawsze spotyka się z odmową, bo nawet delikatna i bazująca na orzeźwiającym owocu cytrynóweczka nie jest zgodna z regulaminem tego ośrodka. Zresztą zasada „zero alkoholu” obowiązuje we wszystkich tego typu placówkach, niezależnie od tego, czy jest to izba wytrzeźwień w Warszawie – która w 2015 roku przyjęła ponad 24 tys. pacjentów i w której doba kosztuje 300 złotych; czy jest to miejska izba wytrzeźwień w Sosnowcu (czyli ta, która, w przeciwieństwie do tej prywatnej, ma podpisaną umowę z miastem i może przyjmować podopiecznych z interwencji, przywożonych przez policję lub straż miejską), przyjmująca rocznie około 12 tys. osób, które za dobę muszą zapłacić 240 złotych; czy też jest to, przeznaczona do rychłej likwidacji, izba w 50-tysięcznym i położonym na Śląsku Jaworznie, w której doba kosztuje 280 złotych.

Pobyt w izbie wytrzeźwień trwa maksymalnie dobę. W tej prywatnej pacjenci, którzy zgłoszą się indywidualnie i wyrażą zgodę na przerwanie ciągu alkoholowego, spędzają od kilku godzin do kilku dni, mając zapewnione komfortowe warunki pobytu, napoje i catering.

Uciec przed trzeźwością

Państwowa izba jest nastawiona na działania doraźne, a nie leczenie. Nikt nie spodziewa się przecież, że alkoholik w ciągu kilkunastu godzin rozstanie się z nałogiem, nawet jeśli zazna i wystraszy się takich klasycznych w „wytrzeźwiałkach” zaszczytów jak: krępowanie pasami, zimny prysznic, przykrótka, nie zawsze zakrywająca intymne szczegóły ciała, garderoba czy uwłaczająca godności toaleta przypominająca raczej wiejski wychodek niż ubikację w Marriotcie. Niemniej w izbach wytrzeźwień pracują też terapeuci, którzy mają być podporą dla psychiki trzeźwiejącego.

alkoholizm
Jak z tym skończyć?

Czy zatem izba może być przedsionkiem stanu trwałej abstynencji? – To jakiś żart – oburza się na taki pomysł 64-letni pan Franciszek, wielokrotny podopieczny takich przybytków, głównie na terenie aglomeracji śląskiej. – Oczywiście można liczyć na pouczającą rozmowę z terapeutą na temat szkodliwości picia, ale pacjent nie ma obowiązku jej odbyć i zazwyczaj tego nie robi. Bo gdy mija jego doba, chce jak najszybciej uciec i się napić. A sklep jest zazwyczaj daleko, bo większość „wytrzeźwiałek” leży na peryferiach.

Żegnaj alkoholu, witaj kryzysie

Klinika leczenia uzależnień „Medics” na odmianę usytuowana jest blisko centrum miasta, a jej pacjenci, mający status komercyjnych, są zazwyczaj bardziej zdeterminowani, bo przychodzą tu nie pod przymusem, lecz dobrowolnie, płacąc za każdą dobę 800 złotych. – Aby nasze działania były skuteczne, pacjenci powinni zostać u nas od jednego dnia do trzech dni. Maksymalnie tydzień – mówi Mirosław Czapla – Ale gdy przychodzi psychiczny kryzys, co zdarza się zazwyczaj w drugiej lub trzeciej dobie od odstawienia alkoholu, nawet nasi podopieczni mają tendencje ucieczkowe i zwracają się do pracowników z prośbami typu: „Ja chciałbym wyjść, ale tylko na chwileczkę, tu do Biedronki, bo czegoś potrzebuję”.
Wtedy personel tłumaczy im cierpliwie, że z ośrodka zamkniętego wyjść nie mogą. I gdy przestępują jego progi, wyrażają na to zgodę, podpisując stosowne dokumenty.

Wspomniany już pan Mariusz, prezes firmy, zawsze przychodzi tu z dwiema reklamówkami. – W jednej ma garderobę, w drugiej zestaw kosmetyków. Jest i trzeci nieodłączny element: „małpka”. „Ja sobie jeszcze dopiję i już się kładę”, zapewnia. Jednak i pacjenci, i pracownicy sosnowieckiej kliniki są świadomi, że za tymi komicznymi sytuacjami kryją się prawdziwe dramaty ludzi. Wystarczy powiedzieć, że w czasie tzw. zespołu abstynenckiego szwankuje i ciało, i psychika. Pojawia się podwyższone ciśnienie, drgawki, ataki padaczkowe, a niekiedy przywidzenia. Jednym pacjentom wydaje się, że na parapecie okna jest kot, z którym chcą stoczyć walkę. Inni przekonują, że nie mają pojęcia, skąd się tu wzięli, bo jeszcze przed półgodziną jedli jajecznicę we własnym domu, choć wszyscy wiedzą, że w klinice są od trzech dni. Są i tacy, którzy protestują, że zostali przykuci do kaloryferów w piwnicy, choć ośrodek nie dysponuje podziemnymi pomieszczeniami dla pacjentów.

Sukces mierzony w procentach

Do sosnowieckiej kliniki trafiają pacjenci w przedziale wiekowym 24 lata–75 lat. Trzydzieści procent spośród nich to kobiety. Można tu spotkać głównie absolwentów szkół wyższych i średnich. Prezesów firm, menedżerów, nauczycieli i byłych policjantów. Niektórzy chcą być w pokoju sami. Inni potrzebują towarzystwa drugiej osoby. Takie osoby trafiają do tzw. pokojów VIP-owskich. Są też dwa pokoje ośmioosobowe. We wszystkich są telewizory, żeby było jak w domu. Pacjenci mają też do dyspozycji wodę, herbatę oraz posiłki.

izba-wytrzezwien-2
Prawie jak w hotelu

Jaką drogę diagnostyczno-farmakologiczną przebywają ci, którzy się tu znajdą? Po analizie zawartości alkoholu we krwi przeprowadzane są badania diagnostyczne (morfologia, poziom elektrolitów, tzw. próby wątrobowe) oczyszcza się ich organizm z alkoholu, podając dożylnie m.in. sól fizjologiczną, glukozę i witaminy. – Ale oczyszczenie organizmu to dopiero 20 procent sukcesu – mówi kierownik zmiany – Gdy zaczyna się trudny zespół odstawienny, zapewniamy pacjentom leki uspokajające i psychotropowe. Dodatkowo każdy pacjent ma możliwość kontaktu z psychiatrą oraz terapeutą. W odróżnieniu od państwowych izb wytrzeźwień, spółka „Medics” jest zarejestrowanym podmiotem medycznym, posiada status szpitala oraz zespołu przychodni lekarskiej.

Wszywka z niczego

Medics” zatrudnia lekarzy: internistę, chirurga, psychiatrę, terapeutę uzależnień oraz wykwalifikowane pielęgniarki, zazwyczaj mające wieloletnie doświadczenie w pracy na oddziałach zamkniętych. Kierownikami zmian są zaś byli policjanci, którzy też nie budowali kariery na działaniach biurowej, lecz pracowali w wydziale narkotyków lub w oddziałach szybkiego reagowania.

Taki doświadczony personel jest w tej branży na wagę złota, bo zdarzają się naprawdę trudne sytuacje. Do kliniki trafiają na przykład osoby będące nie tylko pod wpływem alkoholu, ale i dopalaczy. Do kliniki trafiają też ofiary szarlatanów i fikcyjnych firm medycznych. – Niektórzy pacjenci byli przekonani, że są szczęśliwymi posiadaczami tzw. wszywek, czyli wszczepianych pod skórę implantów ze środkiem farmakologicznym wspomagającym leczenie choroby alkoholowej. Owszem, byli posiadaczami, ale wyłącznie… nacięcia na skórze, wykonanego przez jakiegoś fachowca z internetu, który wpadł do nich do domu, by wykonać taką medyczną usługę i za grube pieniądze wyrwać ich ze szponów nałogu. – załamują ręce szefowie „Medicsu”.

Promile „na dołku”

Zarząd spółki „Medics” jest zniesmaczony podejściem włodarzy miasta oraz okolicznych gmin, które nie chcą korzystać z ich usług, choć rzeczone usługi są niejednokrotnie tańsze i na dużo wyższym poziomie medycznym niż te w publicznych izbach wytrzeźwień. W pismach z okolicznych magistratów znaleźć można zawsze mniej więcej to samo uzasadnienie: „Nie jesteśmy zainteresowani współpracą, ponieważ jesteśmy wydolni. Prowadzimy własne przychodnie dla osób z chorobą alkoholową i organizujemy spotkania dla zainteresowanych, a wszelka profilaktyka działań jest poprawna i efektywna”.

alkoholizm
Smutek ogarnia

Co do wydolności finansowej, nie ma wątpliwości – na przykład kwota, jaka pozostaje do dyspozycji sosnowieckiej publicznej izby wytrzeźwień, to około 3 mln złotych rocznie. Ale jeśli chodzi o wydolność organizacyjną, można by mieć wątpliwości, skoro coraz więcej izb wytrzeźwień jest zamykanych. W 1994 roku było ich 64, w 2013 – 34. Od zeszłego roku nie funkcjonuje placówka trzeźwościowa w Tychach. W grudniu bieżącego roku karierę zaś kończy ta w Jaworznie, zostawiając na lodzie mniejsze gminy z Małopolski – m.in. Trzebinię, Libiąż, Krzeszowice i Olkusz – które po sąsiedzku przywoziły do niej swoich nietrzeźwych.

Policjanci z Sosnowca i okolic, którzy w godzinach alkoholowego szczytu wożą radiowozem upojonych obywateli bez szans na pozostawienie ich w zakorkowanej publicznej izbie wytrzeźwień, chętnie zostawiliby ich pod opieką „Medicsu”, ale nie mogą, bo ta placówka nie ma „umocowania i rekomendacji” tamtejszego magistratu. W związku z tym trafiają do szpitala bądź „na dołek”, czyli do aresztu – ku wielkiej „uciesze” pracowników tych instytucji, którzy czują się dowartościowani, że gmina ich kompetencje w leczeniu alkoholizmu ceni wyżej niż kompetencje pracowników kliniki leczenia uzależnień. Ale cóż, Polacy mieli już niejedną okazję, by przyzwyczaić się do tego, że decydenci też są uzależnieni: od pokrętnego rozumowania i paradoksów, jakie z niego wynikają.

***

Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl

Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
Obserwuje, słucha, czyta i podróżuje. A potem nie może się powstrzymać, żeby o tym nie napisać. Pytanie, które najczęściej zadaje, brzmi: co o tym myślisz? Interesuje ją wszystko, co niekonwencjonalne i wyprzedzające epokę. Jest żądna wiedzy, ciekawa świata i ludzi.

Od kilkunastu lat pracuje jako dziennikarka. Pisała dla takich tytułów, jak „Trendy Art of Living” czy „Dziennik. Gazeta Prawna”.

Uwielbia Włochy i mistykę. Z wielką determinacją próbuje nauczyć się włoskiego. Nie lubi zimna, tłumu i hałasu. Jest uzależniona od kina, więc wolny czas najchętniej spędza w ciemnej sali kinowej. Często jeździ na rowerze i ćwiczy jogę. Do siebie i życia podchodzi z dystansem. Czasami chciałaby być niewidzialna.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Nauka

„Wiesz ile osób umrze, jeśli nie stanę do walki?” O grach, dzieciach, uzależnieniach i podobieństwie klawiatury do flaszki z wódką

Alkoholik, gdy nie ma dostępu do alkoholu, myśli głównie o tym, jak go sobie zorganizować. Gracz ma tak samo. Gdy musi zająć się czymś innym, i tak nieustannie myśli o powrocie do klawiatury czy konsoli. O nałogowym graniu, krwawych "strzelankach" i kontrowersjach wokół wpisania gier wideo na listę uzależnień, opowiada psycholog z Uniwersytetu Gdańskiego, dr Marcin Szulc.
Michał Piasecki
Michał Piasecki
3 lutego 2018
CZYTAJ WIĘCEJ