Agnieszka Bielecka: Kobiety w górach niczego już nie muszą udowadniać

Jak współcześnie wygląda sytuacja kobiet w górach?
13 minut czytania
981
0
Małgorzata Bożek
Małgorzata Bożek
22 października 2017

Polska himalaistka chce wierzyć, że od czasów Wandy Rutkiewicz wiele się zmieniło. Według niej podczas wypraw liczy się cel i zwykła ludzka przyzwoitość w dążeniu do jego realizacji, a nie to, czy jest się mężczyzną, czy kobietą.

Sama wspina się raczej w zespołach mieszanych, włączając w to początki, kiedy pierwsze szlaki przecierała razem z młodszym bratem. „Nie miał gentlemańskich zapędów” – podkreśla. Ona zawsze wymaga przede wszystkim od siebie i zaznacza, że na wyprawach z kolegami z jej pokolenia czuje się równorzędnym partnerem. Dla Agnieszki Bieleckiej, himalaistki, podróżniczki, fotografki i żeglarki, zdobywanie szczytów to rodzaj medytacji w wyjątkowej scenerii, zwykłe fizyczne zmęczenie i ogromna satysfakcja z wykonania kawałka dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty.

Małgorzata Bożek: Podobno zawsze chciała Pani podróżować i mieć życie pełne przygód. W liceum i na początku studiów dużo Pani żeglowała, przepłynęła nawet Atlantyk ośmiometrowym jachtem. Podobno to narodziło się przypadkiem. Czy góry to też był przypadek?

Agnieszka Bielecka: Z górami było trochę inaczej – zawsze były w tle, zawsze się pojawiały. Odkąd pamiętam chodziłam z rodzicami na górskie wędrówki. Wspinaczki miałam okazję spróbować pierwszy raz jeszcze w szkole podstawowej, na wycieczce, i wtedy bardzo mi się to spodobało. Faktycznie później przez długi czas moim zajęciem było żeglarstwo, natomiast góry zawsze były obecne w moim życiu, nigdy nie zniknęły. Są dla mnie pasją i sposobem na samorealizację.

Agnieszka Bielecka (fot. archiwum prywatne)

Wspinała się Pani zarówno z kobietami, jak i mężczyznami. Czy nasze organizmy reagują inaczej w tego rodzaju warunkach?

To jest strasznie trudne pytanie, bo nigdy nie byłam mężczyzną (śmiech), więc nie mam porównania. Natomiast z moich obserwacji wynika, że chyba nie, bo jeśli mówimy o wysokich górach, to mówimy w dużym stopniu o procesie aklimatyzacji. Tu pewnie trzeba by porozmawiać z lekarzami, którzy mają większe doświadczenie i wiedzę w tej kwestii, ale wydaje mi się, że nie ma różnic, jeśli chodzi o płeć w warunkach do aklimatyzacji w wysokich górach. A to jest jedna z podstawowych zdolności. Siłą rzeczy są sporty, w których mężczyźni i ich najlepsze wyniki będą dużo lepsze niż wyniki najlepszych nawet kobiet. Wydaje mi się jednak, że sporty wytrzymałościowe niekoniecznie do nich należą. Natomiast umiejętności aklimatyzacyjne są na tyle indywidualną sprawą, że według mnie dużo większe będą różnice między dwoma przedstawicielami tej samej płci niż odmiennej. Nie wydaje mi się więc, żeby to miało jakieś znaczenie, ale podkreślam, że nie mam fachowej wiedzy medycznej na ten temat.

Teraz organizuje Pani kobiecą wyprawę na Grenlandię. Dlaczego w jej składzie będą same kobiety?

To właściwie przypadek. Nie było takiego założenia, że wyprawa będzie wyłącznie kobieca. Tak się złożyło, że dziewczyna, która jest szefową od strony naukowej – liderem projektu – dogadała się z Justyną Dudek, inicjatorką pomysłu od strony sportowej. Ja zostałam do niego zaproszona w następnej kolejności. Potem chęć udziału zgłosiła Lindsey Nicholson, która jest Szkotką, pracuje w Innsbrucku i jest glacjologiem.Wszystkie dziewczyny mają wykształcenie geograficzne, tytuł doktora lub są w trakcie prac nad doktoratem, dlatego wyprawa ma charakter bardziej naukowy niż eksploracyjny. Zresztą ten trawers został pokonany pierwszy raz ze Wchodu na Zachód Grenlandii, mniej więcej w tym samym terenie, przez Fridtjofa Nansena już w 1888 roku.

Co więc będziecie badać?

Będziemy zbierać próbki śniegu, które zostaną później zbadane pod kątem zawartości POPs (Persistent Organic Pollutants – trwałe zanieczyszczenia organiczne), czyli po naszemu pestycydów. Chodzi też o sprawdzenie zróżnicowania ich rozmieszczenia. Od strony naukowej będzie się tym zajmowała Krystyna Kozioł, naszym zadaniem jest dostarczenie jej materiału do badań.

Górski kamuflaż! (fot. archiwum prywatne Agnieszki Bieleckiej)

Są więc same kobiety.

Tak wyszło, ale nie ukrywam, że kiedy zebrało się już cztery czy pięć dziewczyn, to stwierdziłyśmy, niech już tak zostanie.

Kiedyś wyprawy kobiece były organizowane celowo przez polskie himalaistki. W książce Mariusza Sepioło „Himalaistki” mówiła Pani, że wówczas miały faktycznie duże znaczenie, natomiast dzisiaj nie są już tak potrzebne, raczej mają cel marketingowy. Czy faktycznie tak wiele się zmieniło?

Wydaje mi się, że był taki moment w historii, kiedy istniała taka potrzeba. Oparłam swoją wypowiedź w książce na prelekcji, której byłam świadkiem parę lat temu w Zakopanem. Wystąpiła Arlene Blum. Opowiadała, że chcąc pojechać na Denali, nie została dopuszczona do wyprawy. Kierownik powiedział jej, że dla kobiety jest tam za zimno i za wysoko, po prostu, że nie da rady. I ona nie miała wyjścia. Jedyne, co mogła zrobić, żeby udowodnić, że panowie się mylą, to zorganizować kobiecą wyprawę i wejść na ten szczyt w kobiecym zespole.

A jak wygląda sytuacja kobiet w górach dzisiaj?

Chciałabym żyć w przekonaniu, że te czasy już minęły, że nie musimy nic nikomu udowadniać, że równie dobrze możemy współpracować i tworzyć zespoły mieszane. To nie powinno mieć żadnego znaczenia. Sama nie brałam nigdy wcześniej udziału w wyprawach czysto kobiecych – ani na morzu, ani w górach. Tak się złożyło, że kobiet, które uprawiają takie, a nie inne sporty czy aktywności, jest wciąż mniej niż mężczyzn, co nastręczałoby problemów ze skompletowaniem czysto kobiecego zespołu. Poza tym nie odczuwałam nigdy takiej potrzeby i nie było to dla mnie ważne, aby mieć w zespole same kobiety.

Jednak kiedyś dla himalaistek było to bardzo ważne.

Jestem w stanie zrozumieć, że taka potrzeba występowała, bo panie wspinające się z panami były deprecjonowane. Tutaj opieram się na komentarzach starszych himalaistek. Niejednokrotnie zaznaczały, że przeszkadzało im, że kiedy wspinały się gdzieś z mężczyznami, mówiono o nich tylko jak o towarzyszkach. Nie były traktowane w sposób samodzielny. Chciały to zmienić, co wymagało pokazania, że same też mogą zdobywać szczyty. Ale to było w latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych czy nawet osiemdziesiątych – czterdzieści lat temu! Chyba nie ma potrzeby, żeby do tego wracać. Ile razy mamy udowadniać, że potrafimy, możemy? Na wyprawach, na których byłam z kolegami z mojego pokolenia, świetnie mi się z nimi współpracowało i nigdy nie miałam potrzeby, żeby funkcjonować oddzielnie. Działaliśmy po partnersku, z pełnym zakresem obowiązków, dzieląc między siebie kompetencje w zależności od zadania i umiejętności.

Można powiedzieć, że od początku zdobywała Pani góry w zespole mieszanym, bo Pani partnerem podczas pierwszych wypraw był brat, Adam Bielecki. Rywalizowaliście ze sobą?

Nie, góry zbliżyły nas do siebie bardziej niż cokolwiek innego. Mamy raczej taki styl działania, żeby się nawzajem wspierać, cokolwiek robimy. Poza tym rywalizacja to dla mnie obce pojęcie, zarówno w górach, jak i w życiu. Robię rzeczy, które wymagają ode mnie wystarczająco dużo wysiłku, po co mam dorzucać sztuczną komplikację w postaci rywalizacji w czymkolwiek.

A czy nie jest trochę tak, że od kobiet także w górach oczekuje się większego współdziałania niż od mężczyzn i jakiegoś rodzaju podporządkowania? Kiedy kobieta jest bardziej zdeterminowana, spotyka się z zarzutem, że zachowuje się jak facet.

Nie wiem, skąd takie założenie. Czegoś takiego nigdy nie doświadczyłam. Brałam udział w dużych wyprawach, nie miałam żadnego wpływu na ich skład, a z większością kolegów dogadywałam się bardzo dobrze. Nie miałam też poczucia, że jestem traktowana inaczej i zawsze było to oczywiste, że wyprawa jest pracą zespołową. Każdy współpracował najlepiej jak umiał, żeby atak na szczyt był możliwy.

W trasie (fot. archiwum prywatne Agnieszki Bieleckiej)

 

W górach możliwości muszą odpowiadać rzeczywistości. Aby je zdobywać, konieczne są długie przygotowania. Czy kobiety zaczynają tak samo, jak mężczyźni? Mają takie same warunki początkowe?

Tu przychodzi mi do głowy wypowiedź Aśki Piotrowicz, którą usłyszałam ostatnio na promocji książki „Himalaistki”. Ona jest instruktorem wspinaczki, szkoli zarówno kobiety, jak i mężczyzn. Mówiła, że zauważyła, że niektórzy męscy instruktorzy mają tendencję do gentelmeńskości, czyli tu pomogą dziewczynie, tu wezmą plecak, a są też kobiety, które potrafią to wykorzystywać. Osoby w ten sposób traktowane, które wymuszają też pewne przywileje, nigdy nie będą samodzielne. Ja, kiedy zaczynałam się wspinać czy chodzić poważnie po górach, miałam taką sytuację, że towarzyszył mi akurat brat i to w dodatku młodszy, więc on nigdy nie miał żadnych zapędów gentelmeńskich wobec mnie. Oboje mieliśmy poczucie sprawiedliwości, równego działania i wysiłku. To chyba jest też kwestia wymagania od siebie tego samego, czego się wymaga od innych i nie wchodzenia w sztuczne, stereotypowe role. Pamiętam, kiedy przyjechałam na lotnisko przed wejściem na Broad Peak, jakiś dziennikarz spytał mnie, czy koledzy będą gentelmanami i czy pomogą, jak trzeba będzie. No i co ja mam odpowiedzieć na takie pytanie, w którym od razu postawiona jest teza? Tak samo ja im pomogę, jak oni mnie pomogą, ale to nie ma nic wspólnego z męskością czy kobiecością, tylko z ludzką przyzwoitością.

Czyli płeć musi zniknąć w górach?

Tak, traktujmy się jak ludzie, bo mamy wszyscy jeden konkretny cel. Większość z nas zostawia w domu swoją drugą połowę, bliskich. Płeć jest drugorzędna.

Jednak to kobiety częściej niż mężczyźni spotykają się z zarzutami, że np. zostawiają w domu dzieci i narażają swoje życie.

Tak, ale zwykle te zarzuty stawia ktoś, kto w ogóle nie zna sytuacji ani osób, które chodzą po górach czy ich dzieci. Cóż, każdy może mieć swoją opinię. Ja nie mam dzieci i ciężko mi się w tym temacie wypowiadać. Jednak myślę, że cały czas mamy społeczeństwo, w którym inne są oczekiwania wobec mężczyzn i wobec kobiet, jesteśmy inaczej traktowani. Nic na to nie poradzimy, możemy się tym po prostu nie przejmować i robić swoje.

Wanda Rutkiewicz nie miała dzieci, a i tak musiała walczyć o swoją pozycję. Wciąż jest wzorcem dla kobiet uprawiających alpinizm czy himalaizm?

Myślę, że jest wzorem dla wszystkich. Przecież była pierwszym obywatelem Polski, który wszedł na Mount Everest i K2, więc jest postacią legendarną. Miała również fantastyczne osiągnięcia wspinaczkowe, w Alpach czy w Norwegii, jeszcze przed wyjazdami w Himalaje. Przeczytałam kilka książek samej Wandy czy o Wandzie, i mam też przekonanie, że była w pewnym wymiarze postacią bardzo tragiczną w swoim dążeniu do spełnienia siebie w górach. Myślę, że dla wszystkich wspinających się kobiet jest jakimś punktem odniesienia przez to właśnie, że była, jaka była – była Wandą Rutkiewicz. Nigdy jej nie poznałam, nie miałam takiej możliwości, ale z ciekawością odkrywam tę postać, czytam różne głosy i opinie na jej temat, łącznie z tymi krytycznymi. Wydaje mi się, że jest arcyważną postacią w polskim himalaizmie.

Mówi Pani o jej tragizmie. Czy Rutkiewicz jest też na swój sposób przestrogą przed obsesję zdobywania gór?

Być może tak, ale to kwestia bardzo indywidualna. Są ludzie, którzy poświęcają się jednej rzeczy bez reszty, a są tacy, którzy dywersyfikują swoje pasje, życie. Wiadomo, że najlepiej uczyć się na błędach innych ludzi, no ale to też nie jest takie łatwe.

Nawiązując do pewnego „opętania górami”, tej ogromnej pasji, jaką mają w sobie tacy ludzie jak np. Wanda Rutkiewicz, Reinhold Messner pisał, że alpinizm był i będzie rozumiany jako czyn bezużyteczny. Czy faktycznie tak jest?

Równie dobrze można by zadać pytanie piłkarzowi, np. Lewandowskiemu, jaki społeczeństwo ma pożytek z tego, że gania za kawałkiem skóry.

W górach liczy się praca zespołowa (fot. archiwum prywatne Agnieszki Bieleckiej)

A co jest dla Pani ważniejsze – wejście na szczyt czy sam proces jego zdobywania? Choć w lipcu 2014 roku weszła Pani na Broad Peak, za przełomowe wydarzenie w swojej przygodzie z himalaizmem uważa Pani jednak jesienną wyprawę na Lhotse w 2012 roku, podczas której udało się Pani wejść na wysokość 8100 metrów.

Nie ma wejścia na szczyt bez procesu, to proces zajmuje więcej czasu. Oczywiście zdobycie wierzchołka daje satysfakcję, poczucie spełnienia, jest wisienką na torcie. I jest to ważne, nie byłoby prawdą mówienie, że nie, ale nie jest najważniejsze. Inaczej nie jeździlibyśmy na te wyprawy, a już na pewno ja bym nie jeździła, bo prawdopodobieństwo wejścia na szczyt jest różne, nie wszystko zależy tylko od nas. Decyduje jeszcze pogoda, warunki i cała reszta, niezależna od tego, co się zaplanuje. Ja po prostu lubię być w górach, lubię je zdobywać. Jak już kiedyś mówiłam, to dla mnie rodzaj medytacji w fantastycznej scenerii i wydaje mi się, że sam proces też jest ważny, trzeba umieć się nim cieszyć, bo inaczej nie ma to żadnego sensu. Tymbardziej, że zawsze mamy świadomość, że choć idziemy zdobyć szczyt, może się to nie udać, z różnych względów.

Mówiła Pani o medytacji. Czyli góry przynoszą również jakiś rodzaj spokoju?

Trudno nazwać to spokojem, to bardziej doświadczenie z pogranicza mistycyzmu i wysiłek, coś fizycznego – zwykłe, najzwyklejsze zmęczenie. I ogromna satysfakcja z wykonania kawałka dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty.

Laikowi trudno pojąć, że tak niebezpieczne zajęcie może przynosić podobne do jogi czy medytacji doznania.

I tak samo trudno to wytłumaczyć.

Małgorzata Bożek
Małgorzata Bożek

Wolny strzelec krążący wokół dziedzin takich jak media, sztuka i reklama. Pracuje ze słowami i odpoczywa ze słowami. Kiedy nie pisze, czyta, ogląda, słucha – jest uzależniona od opowieści. Lubi zmiany, podróże i sny.


AUTOR

Polecamy

Komentarze