Bodo Kox o symulacji przyszłości po tym, jak świat skręcił w prawo

Premiera filmu “Człowiek z magicznym pudełkiem”
8 minut czytania
296
0
Robert Skowroński
Robert Skowroński
20 października 2017
fot. Fryta73, CC BY-SA 2.0 via Wikimedia Commons

Warszawa, rok 2030, hasło wymalowane sprayem na murze głosi, że “Lepsze jutro było wczoraj”. Bodo Kox oddał na ekranie, jak sam twierdzi, realistyczną wizję przyszłości, a ta nie maluje się w najjaśniejszych barwach – dobrze, że wciąż jest tam miejsce na miłość.

Z reżyserem “Człowieka z magicznym pudełkiem” porozmawialiśmy o jego filmowym romansie rozgrywającym się poza czasem i przestrzenią.

Robert Skowroński: To twój drugi pełnometrażowy film poza tzw. offem, z którego się wywodzisz. Świat profesjonalnego kina przypadł ci do gustu?

Bodo Kox: Już od paru dobrych lat jestem poza offem, choć czasami mam wrażenie, że wciąż w nim tkwię. W kinie offowym można spotkać wielu profesjonalistów, podobnie zresztą jak amatorów w kinie profesjonalnym. Zadziwiające, że proporcje są tak zachwiane, ale przecież cały świat jest pełen niekompetentnych ludzi. Oczywiście pewne różnice między tymi dwoma światami są zauważalne – większa stawka, to większy stres i emocje. Jak zrobi się zły film za własne pieniądze, to tylko samemu się na tym traci i idzie się dalej ze swoją frustracją. Inaczej jest, gdy robi się film za cudze środki. Wówczas, w przypadku poniesienia klęski, szanse na zrealizowanie kolejnego filmu drastycznie maleją.

“Człowiek z magicznym pudełkiem” to romans, ale osadzony w ramach science-fiction, gatunku niemal martwego w Polsce.

No, rodzime sci-fi leży ugorem. Początkowo miał to być czarno-biały film noir, ale stwierdziłem, że będę się jednak trzymał koloru, bo wówczas światową furorę robiła “Ida” i nie chciałem być posądzony o kopiowanie. Zainteresowałem się kulisami świata, przyjrzałem się jego funkcjonowaniu. Doszedłem do wniosku, że lokalne sytuacje wynikają z szerszego, geopolitycznego kontekstu i zmian. Na podstawie materiałów filmowych, literackich czy publicystycznych zacząłem zastanawiać się jak może wyglądać przyszłość. Dostrzegłem pewne podobieństwo między tym co dzieje się współcześnie a latami 50., które były dosyć ponure. Zresztą co jakiś czas koło się zatacza i myślę, że pewnego dnia ponownie może nastać rzeczywistość rodem z lat 50. Zimna wojna, czas zbrojeń, zamknięcie, alienacja. Już mamy tego pewne zwiastuny.

To dosyć pesymistyczna wizja przyszłości, podobnie jak ta kreowana w twoim filmie.

Pesymistyczna? To tak, jakbym narzucał czarnowidztwo. To jest bardziej realistyczna wizja oparta na pewnych przesłankach, których przecież nie wyssałem sobie z palca. Czy Orwell, opisując przyszłość, był pesymistą czy też realistą? To nie jest tak, że jestem zdołowany i uważam, że wszystko jest do dupy. Moje spojrzenie na świat wynika z życiowego doświadczenia i obserwacji tego, że ludzie to mimo wszystko podła rasa. Przedstawiam karykaturę przyszłości wyostrzającą punkty, które obserwujemy teraz. Wszystko co widać w moim filmie już się dzieje. Instrumenty państwowej inwigilacji są dostępne, a podpisana kilka lat temu ustawa antyterrorystyczna jeszcze bardziej ułatwia dostęp do prywatnych danych. Te narzędzia służą do walki z przestępczością, ale w rękach zbyt nadgorliwych ludzi mogą stać się szkodliwe dla zwykłych obywateli, którzy dla odpowiednich struktur występują w charakterze podejrzanych.

Czy zatem powinniśmy odciąć się od nowych technologii i mediów społecznościowych? Jak ty sam postępujesz w dobie cyfryzacji?

Gdybym był całkowitym wrogiem techniki, to nie miałbym iPhone’a, MacBooka i nie korzystałbym z internetu. Nie robię rzeczy, które musiałbym ukrywać, ale nie chciałbym, żeby ludzie wiedzieli o mnie za dużo.

Zdarzało ci się napisać cały scenariusz nawet w kilka dni. Tym razem też tak było?

Szybko wszedłem w pomysł, ale ostateczna wersja scenariusza powstała przez cztery lata. Może gdybym się zamknął w czterech ścianach, to poszłoby to dużo szybciej, tak jak było w przypadku “Dziewczyny z szafy”. Tym razem powstało kilka wersji scenariusza, w tym totalnie dystopijna. Tekst ulegał zmianie pod wpływem sytuacji politycznej. Gdy zaczynałem pisać Unia Europejska miała się dużo lepiej i wszystko szło w stronę stworzenia Stanów Zjednoczonych Europy, jednolitego państwa federacyjnego. Jednak kryzys, zwłaszcza imigracyjny, sprawił, że Europa zaczęła się dzielić, uwydatniły się różnice światopoglądowe, a świat zaczął skręcać w prawą stronę. Musiałem więc przepisać scenariusz. Nie chciałbym jednak, żeby mój film był postrzegany jako wizja przyszłości, choć kręci mnie tworzenie jej symulacji. To jest po prostu tło dla moich bohaterów. Tu chodzi o miłość.

W wywiadach dotyczących “Dziewczyny z szafy” mówiłeś, że ciężko jest ci pisać role kobiece. Czy tak też było w przypadku postaci granej przez Olgę Bołądź?

Teraz było dużo łatwiej, bo Goria jest zlepkiem moich byłych dziewczyn i kochanek. Jej kwestie to często cytaty zaczerpnięte z moich doświadczeń z kobietami. Dialogi same się pisały, aczkolwiek w pierwszych wersjach scenariusza postać Gorii ginęła, a w zasadzie znikała na bardzo długo, pod koniec pierwszego aktu. Później tekst ewoluował w taki sposób, że obie postacie, kobieca i męska, stały się tak samo ważne. Można nawet powiedzieć, że pierwiastek żeński zaczął dominować.

Grający u ciebie Piotr Polak miał już okazję wystąpić na wielkim ekranie, ale to pierwsza tak znacząca rola filmowa w jego karierze. Można powiedzieć, że dałeś kinu nowego aktora.

Piotr spędził wiele lat w teatrze, gdzie jak sądzę się spełniał, ale ludzi ciągnie do kina. Ma większy zasięg niż teatr, poza tym trwanie za długo w jednym miejscu może być nużące. Piotr ma fantastyczne warunki fizyczne i talent. Dla kina jest dość świeży, ale zaistnienie w jego ramach było dla niego tylko kwestią czasu. Cieszę się, że tak duża rola przypadła mu właśnie w moim filmie.

Przyznajesz, że bardzo silnie inspiruje cię muzyka. W twoim nowym filmie “magiczne pudełko”, czyli radio, pojawia się nawet w tytule.

Radio zawsze mnie inspirowało. Wychowywały mnie muzyka i audycje. W filmie pojawia się m.in. “Krakowski spleen” z repertuaru Maanamu, który ma dla mnie symboliczny wymiar. To rodzaj protest songu. “Czekam na wiatr, co rozgoni. Ciemne skłębione zasłony” – teraz te zasłony zamykają widoczność na świat. Daleko nam do oświecenia, jesteśmy ciemnogrodem. Bo jak Chrystus zostaje królem Polski w XXI wieku, to się pytam gdzie my jesteśmy?

“Człowiek z magicznym pudełkiem” udowadnia, że przy niskich kosztach można stworzyć wiarygodną scenografię i kostiumy. Jak wyglądała praca nad wizualną stroną filmu?

Nie mogliśmy sobie pozwolić na rozmach, więc wszystko trzeba było robić sposobem, tak jak to ma miejsce w kinie offowym. Wyszedłem z określoną wizją, ale była ona otwarta. To co widać na ekranie to nie tylko moja zasługa, bo wiele zależało od moich współpracowników. Film jest grą zespołową, sukces odnosimy wspólnie. Jestem tylko inicjatorem, bez tych ludzi byłbym nikim.

Po “Dziewczynie z szafy” planowałeś projekt science fiction, który właśnie możemy oglądać. Teraz też już masz sprecyzowane plany na kolejny film?

Pomysły są, ale już o nich nie mówię. Zawsze osadzam projekt w jakimś gatunku, ale później wszystko potrafi ulec zmianie. Na początku wydaje się, że powstaje komedia, a potem przychodzą kolejne pomysły i wywraca się to do góry nogami. Chciałbym wciąż się sprawdzać w różnych gatunkach, może poza horrorem. Po prostu lubię różnorodność.

Robert Skowroński
Robert Skowroński

Krytyk filmowy i muzyczny związany niegdyś lub wciąż związany z… długo by wymieniać. Ponadto amator kawy i urban exploringu, który już chyba na zawsze pozostanie niespełnionym perkusistą.


AUTOR

Polecamy

Komentarze